Part 4 – extension: Korea

Pod koniec studiów na chemii miałem opcję darmowego uczenia się języka koreańskiego, taki bonus z Uniwersytetu Warszawskiego. Uczęszczałem na nie z zapałem i chłonąłem wszystko, co się dało. Po trosze wynikało to z podniety, że uczę się czegoś egzotycznego, po trosze uzupełniało moją wiedzę o kulturze wyniesioną z treningów Taekwondo – koreańskiej sztuki walki, a jeszcze spory wpływ miał nasz nauczyciel, doktor Christoph Janasiak, geniusz językowy i jednocześnie taki rubaszny, stary Indiana Jones.

Wspominając jego przygody, wybraliśmy Koreę na nasz wizowy reset. Jednak wyśniony raj okazał się nie być aż ta wspaniały jak myślałem…


Ale po kolei, czemu w ogóle polecieliśmy do Korei – jako odpowiedź wystarczy wytłumaczyć moje określenie „wizowy reset”. ponieważ Rymi ma tylko 90 dniową wizę turystyczną, więc po trzech miesiącach musieliśmy wyjechać z Japonii i wjechać jeszcze raz. Wyliczyliśmy, że emigracja ma trwać co najmniej 4 dni, także potrzebowaliśmy wycieczki. Szukaliśmy wylotu taniego, spokojnego i jednocześnie ciekawego. Po weryfikacji restrykcyjnego prawa, bezprawia, islamistów, dziwnych wiz, zwyczajów, itp. padło na Koreę Południową, która jak już wspomniałem była od lat moją wymarzoną destynacją. Super, wszystko się pięknie zgrało so far. Tania promocja lotnicza w AirAsia, zabookowanie niedrogiego hostelu w Seoulu, szybkie pakowanie i możemy lecieć.

 

Brudna strona medalu

Nie licząc dziwnego współpasażera lotu, (który był przykuty do swojego telefonu przez całą drogę – po prostu miał mus sprawdzania wszystkiego, odświeżania wiadomości, a przy tym był gburem), zaczęło się całkiem nieźle. Po dwóch godzinach lotu mieliśmy szybką odprawę na ładnym lotnisko Incheon, zaatakowały nas światła, cuda wianki i jeszcze na miejscu trafiłem na  jedną z moich ulubionych pączkowni – Dunkin Donuts!

Syt, bardzo lubiłem pączki z D&D jak jeszcze rezydowali w przejściach Dworca Centralnego. Co prawda Warszawa nie zrozumiała ich ideologii i z tego co wiem bezpowrotnie zwinęli się z naszego kraju. Smuteczek : (

Był wieczór, my lekko zmęczeni, więc bez dalszych ceregieli udaliśmy się do kolejki, pocieszyliśmy światełkami miasta, potem przesiadka do metra i… czar prysł. Mój współpasażer z samolotu nie był najwyraźniej gburem, był Koreańczykiem, takim jak każdy inny. W tym kraju wszyscy byli przykuci do telefonów, padów, tabletów, sretów, bzdetów – wszystkiego co miało telewizję, gry i opcję rozmowy. Rymi zresztą ładnie to opisała: http://osowiala-sowa.blogspot.jp/2012/11/blog-post_25.html (polecam wejść po prostu na bloga i czytać od góry, jest częściej aktualizowany niż mój i piękniej pisany).

Praktycznie 90% pasażerów transportu miejskiego jest podłączona do telewizorni. Ja wiem, że ludzie to kochają, jest proste i łatwe, ale dla mnie to ogłupianie do kwadratu. Ba, nie tylko pasażerowie – sprzedawcy, kelnerzy, przechodnie, słowem wszyscy. Co w tym złego? No niby nic, ale zawsze fajniej jest spędzać czas konstruktywnie, dla przykładu w japońskim metrze większość osób coś czyta, jakiś komiks, książkę czy podręcznik. Zresztą ludzie w większości niezainteresowani, odburkujący, patrzący krzywo, zajęci swoimi grami i rozmowami, zmęczeni. Gdzie nie poszliśmy, to same kawiarnie, imprezownie, jadłodajnie, fast foody (no przyznam, że mam słabość do Burger Kinga i Dunkin Donuts, ale to moje małe grzechy).

Miasto brudne, przy ulicy bywały miejsca totalnie niepasujące, całkowicie otwarte wysypiska, złomownie. Spacer po dzielni śmierdzi kimczi (taka ich kiszona kapucha na ostro, bez której życia nie widzą – w sumie smaczna, ale idąc ulicą wszędzie czuć jej przetrawiony albo ściekowy zapach), ludzie się przepychają, a motory jeżdżą po chodnikach, sick. W Korei czułem się jak w Polsce – pani Halinka za kasą gapi się czy nic nie kradnę, zero uśmiechu, nieprzyjemne komentarze pod nosem i ciężka atmosfera frustracji, w końcu przeszkadzam jej oglądać telewizję na zapleczu. W Seoulu na każdym kroku miałem wrażenie, że chcą mnie na czymś przyciąć. Zaczęło się od właściciela hostelu, który jako pokój exclusive pokazał nam śmierdzącą klitkę o wymiarach 3 na 3 metry (jak podziękowaliśmy i zaczęliśmy się zbierać, to nagle znalazł ładny duży pokój), a skończyło na restauracji lotniskowej gdzie dostałem słabe żarcie z mikrofali z jakimś zmyślonym, bonusowym podatkiem +10%, wtf?

Za to w „naszej pięknej Japonii”…

 

Błyskotki i pozytywy

Dobra, trzy akapity narzekania wystarczą, bo mógłbym tak długo. Poza tym, może generalizuję, może Seoul jako stolica rządzi się swoimi prawami? Może to jest jak z Paryżem, którego nienawidzę a poza nim lubię Francję (przy okazji jeszcze raz dziękuję Góralowi za wyczajenie świetnej miejscówki w murzyńskim getcie a potem śmierdzącego hotelu z narkomanami w dzielnicy portorykańskiej, było git!), albo jak Warszawa, której w Polsce prawie nikt nie lubi?

Anyway, Seoul miał swoje dobre strony i imprezowiczom bardzo by się spodobało: Koreanki chyba ładniejsze niż Japonki (ponoć bardzo popularne są tutaj operacje plastyczne i Korea słynie z turystyki ‚urodowej’), wszystko takie bardziej zabawowe i łatwe, nocą miasto żyje, krzyczy i tańczy. To może się podobać. Ceny też niezłe, takie podobne do warszawskich jak chodzi o jedzenie, zakup ubrań czy kawę z ciastkiem. Nocleg złapaliśmy bardzo tani, bo wyszło z 70-80 zł za noc. Pokój nie był idealny, ślepe okno i brud w kątach psuły ogólne wrażenie, ale była np. koreańska kablówka (ponad dwieście kanałów, w tym kanał „120” poświęcony tylko grze w GO, kanał „123” podobnie, ale poświęcony League of Legends, sporo chińskiej tv, japońskich anime, bajek Disneya, trailerów itd). Nie jest mi niezbędne do życia, ale może się podobać. Do tego mieliśmy na własny użytek komputer z internetem, wifi, nieograniczoną kawę + tosty z dżemem oraz ogrzewanie podłogowe, również bez ograniczeń.

W Japonii jest problem z pokerem – przez internet można grać, ale nie ma praktycznie kasyn czy klubów pokerowych, co jest dość dziwne, bo Azjaci poza pracą i życiem rodzinnym są kosmicznymi hazardzistami. Są gralnie z pachinko, są loterie, automaty z grami losowymi, ale nie miałem w ogóle styczności z pokerem. Korea pod tym względem bardzo góruje; już na lotnisku przywitała mnie wielka reklama kasyna, której „twarzą” był Robert De Niro, chwilę potem walkę o prym nad umysłami hazardzistów podjęło 7luck Casino. Jakbym dłużej posiedział w tym mieście, to na pewno spędziłbym kilka godzin przy zielonym stoliku.

Korea słynie z niezłego i bardzo ostrego żarcia, na powyższym menu wybrałem coś co miało być mięsne i średnio ostre. Kelner wrzucił spory misko-garnek na palenisko, które mieliśmy na środku stołu i po kilku minutach jak zawrzało, zacząłem jeść.

Moje średnio ostre mogło powalić konia, a ja naprawdę lubię mocno doprawiać i w młodości żarłem dziki, kopany chrzan w formie hobby. Do dziś zastanawiam się jak smakuje ostatni poziom piekła, czyli „inferno-hot”…

Innego dnia trafiliśmy na ciekawe miejsce. Wyglądało pusto i przyjemnie, poza nami siedziała tylko jakaś para. Pytamy na wstępie o menu, a pani odpowiada coś po koreańsku, po czym krzyżując ręce krzyczy „NOŁ MENIU”. Pokazała nam dwa napisy na ścianie, palcem wskazałem jeden z nich i po chwili dostaliśmy podobną michę, tylko z innym zestawem w środku.

Koreańczycy używają do jedzenia metalowych pałeczek, czasem widelców, a do mięsa stosują zamiast noża po prostu wielkie nożyce. Nawet spoko rozwiązanie. Ogólnie jedzenie na plus. W ogóle większość restauracji koreańskich ma niskie stoły przy których się klęczy, czy jakoś dziwnie siedzi, a na środku każdego stołu jest automatyczne palenisko grillowe. Jedzenie pichci się na twoich oczach. W dobrych jadłodajniach płaci się raz a potem co chwilę donoszą kolejne potrawy, dodatki, inne mięso na grilla, nowe warzywa i dolewki napojów. Ogromny pozytyw.

Azjaci lubią Amerykę, kopiują ją, zachwycają się popkulturą i z ich naśladownictwa wychodzą czasem wspaniałe rzeczy, np. kombinują na potęgę z hamburgerami Cow 2. Zajadałem się w koreańskiej Retro Mamie fajnym, ogromniastym burgerem za całkiem przyzwoitą cenę. Zresztą Japończycy też mają swoje wymyślne burgery, które czasami lubię pałaszować. Tak, to moja słabość zaraz po pączkach. Swoją drogą, jak tylko wrócę do kraju, to kupuję kilo kiełbasy i kilo pączków, tego mi naprawdę brakuje w Japonii. Niby wędliny są, ale liche, nie trafiłem na razie na wartą uwagi, a pączki maja fatalne nadzienia, za często wyławiałem w nich słodką fasolę, która mnie odrzuca.

 

매직더개더링, czyli Magic: the Gathering

Starczy tego jedzenia. Info dla magicowców: łatwo znaleźć jakąś gralnię, wystarczy poszperać w Event & Store Locatorze, porównać mapki z googla i po prostu się przejść do najbliższego sklepu. Najbliższy sklep, Dive Dice, był lekko ukryty na zewnątrz, drzewo zasłaniało szyld, ale łatwo było znaleźć adres na budynku i szybko trafiliśmy do środka (a na przykład w Japonii nie jest już takie proste, bo domy nie mają numerów ani nazw, tylko gdzieniegdzie są jakieś mapki z opisami, których i tak nie potrafię odcyfrować).

Dive Dice shop jest przestronny, dobrze zaopatrzony i sprzedawca mówi po angielsku, co wcale nie takie oczywiste w Korei. Na miejscu kupiłem sobie boosterek z koreańskim Supreme Verdict, także mam dobre wspomnienia z tego miejsca. Aha, cena boostera taka jak w Polsce.

Naliczyłem krzesełek na turniej 50 osobowy, czyli sporo już można w takim miejscu zrobić. Toaleta, automat z napojami, karty i planszówki na miejscu, a w okolicy kilka pubów i restauracji, seems fair enough.

Nie pytajcie o papier toaletowy, może to część wystroju? Nevermind – pooglądałem jeszcze grę jakiś lokalnych mistrzów i tyle z mojej turystyki magicowej. Jakbym trafił na jakiś draft, to może bym został nauczyć miejscowych pokory, ale zapowiadał się właśnie turniej constructed, a bez talii nie porucham.

 

Podróż do miłości na Górę Namsam

Olaliśmy wiele atrakcji turystycznych Seoulu, metodą eliminacji odrzuciliśmy strefę zdemilitaryzowaną, bo poza tym, że to krok do Korei Północnej, to nic ciekawego tam nie spodziewaliśmy się zobaczyć, odpadła też dzielnica Gangnam, bo i tak całe miasto było oblepione PSYm i motywami z ich G-Style’a. Skipnęlismy też muzea i ze wszystkiego wybraliśmy spacer po okolicy lokalnego uniwersytetu, dzielnicę handlową oraz Górę Namsam z wieżą widokową.

To jest część seoulskiego uniwersytetu, piszę z małej litery, bo nie jest to pełna nazwa przybytku. Oglądając tylko mapę metra naliczyłem chyba 7 różnych uczelni wyższych. Koreańczycy ewidentnie stawiają na edukacje i rozwój. Pewnie dzięki temu szybko odbudowali się po wojnie domowej i wystrzelili ze swoją technologią. Otoczenie uniwerku to masa pubów, kawiarni, dyskotek i sklepów z przetworzonym żarciem takich jak Seven Eleven, za to nie byliśmy w stanie znaleźć żadnego sklepu spożywczego czy marketu. Nawet nie widziałem jednej piekarni.

A to już jest obrazek z podróży na Górę Namsam. To nie jest akurat specyfika Korei, bo w Japonii jest taki sam bajzel w okablowaniu. Słyszałem argument, że kable muszą iść na widoku, żeby nic nie zakopywać ani za bardzo nie przytwierdzać, bo w razie trzęsienia ziemi musi być łatwo dostępne, ale jakoś mnie to nie przekonuje.

Lubię spacerować po małych, ciasnych uliczkach. Droga na Górę Namsam była bardzo ciekawa, nie tylko dlatego, że od miejscowych dostawaliśmy sprzeczne informacje jak tam się dostać, ale też ze względu na uroki małych domków, zapleczy, ciekawych graffiti, jakiś wąskich schodków itp.

Hehehe, kutafix. Bardzo śmieszne Ober, bardzo.

To jest mapa jak dostać się na szczyt góry idąc parkiem, w sumie średnio nam pomogła i z kwadrans straciliśmy wybierając złą drogę. Na szczęście pogoda była niezła, jeszcze królowała koreańska szkarłatna jesień, aura i widoki skuteczne poprawiały nastroje.

Mogę skazać się na lincz, ale mam nieodparte wrażenie, że Polska Złota Jesień może się schować przy tutejszej. Drzewa są obsypane bardzo intensywnymi kolorami, złote, brązowe, czerwone, ba, nawet jakaś purpura mi mignęła. Zdjęcia niestety nie mogą tego oddać, na pewno nie te zrobione na naszej cyfrowej małpce.

Dotarliśmy na szczyt podczas zachodu słońca, także oświetlenie bardzo zmieniało nam odbiór otoczenia. Z ładnych kolorów wypalanych cegieł, poprzez chwile ciemności aż do błysku świateł miasta. Poza tym wieża na Górze Namsam jest ponoć wieżą miłości, kłódki zakochanych poprzyczepiane do poręczy, kawiarnie, jakieś wspólne zdjęcia przefotoszopowane aby mieć wieżę w tle i masa pochodnych zabiegów mająca wycisnąć z turystów reszty koreańskich wonów. Idealna atmosfera aby się oświadczyć, tak też zrobiłem.

W konspiracji przygotowałem pierścionek, pięknie poprosiłem i zdobyłem! Rymi chyba akceptuje moją dziwną naturę gracza, albo przynajmniej na razie przymyka na nią oko ;p

A powyżej ławka dla zakochanych. Wiąże się z nią zabawna historyjka, widzieliśmy azjatycką parkę, z której chłopiec usiadł na samym skraju a dziewczyna w środku. Siedział taki na maxa zestresowany, ale dziewczyna przebiegle przyciągnęła go do siebie, co jest dość łatwe na tej ławce : ) randka udana!

 

Korea – instrukcja obsługi

W Korei Południowej obowiązują koreańskie wony, przelicznik na złótówki, jeny, euro czy dolary możecie znaleźć w pierwszym lepszym kalkulatorze walutowym,  wyszukanym z googla. Ja znalazłem ten: http://www.money.pl/pieniadze/kalkulator i trzymam go w zakładce przeglądarki. Wychodzi, że na ostatni dzień roku:

10000 krw = 28,94 pln

10000 krw = 805,34 jpy

a za to 10000 jpy = 359,35 pln, ale to akurat wyjątkowo niska cena za jeny, najczęściej bujały się lekko ponad 4 złocisze za 100 jenów.

Do poszukiwania lotów wykorzystałem Google, a najtańszą ofertę znalazłem w Air Asia, które zresztą sporo osób mi polecało. Akurat była jakaś promocja i znalazłem lot w dwie strony, dla dwóch osób za 41000 jenów, czyli około 1656 zł. Całość opłaciłem kartą Moneybookers z której często korzystam do wypłacania kasy za granica i płatności internetowych. Z takich portfeli internetowych często korzystają pokerzyści, bo płatności i wyciąganie kasy z bankomatów nie jest nigdzie księgowane. Mi wystarczy fakt, że karta nie jest droga, a na całym świecie jest traktowana jak karta kredytowa, mimo, że nią nie jest.

Wiza do Korei Południowej nie jest wymagana, dostajemy na granicy wizę turystyczną bez zbędnych ceregieli, pewnie problem się zaczyna jak ktoś chce przyjechać na kilka miesięcy i pracować, ale to nas nie dotyczyło.

Nasz Hostel nazywał się „Hongdae Uncle Residence – Mr Kim’s Branch”, adres 459-7 4floor, Seogyo-dong, Mapo-gu, Seoul, South Korea – wyczailiśmy go równiez Googlami, przez stronę Hostel World, ale tej noclegowni nie polecam. Za to rekomenduję moją standardową metodę szukania noclegu – poświęcić 2-3h na zwiedzanie jakiejś okolicy i wyczajenie w niej noclegowni, jak przychodzi się na miejsce i pyta o nocleg, to zawsze jest taniej, niż kiedy robi się wcześniej rezerwację. Nie wiem jak to działa, ale zawsze sprawdzało się na wyjazdach magicowych. Pewnie jadą na wiejskiej psychologii, że jak już się zapłaciło jakieś grosze, albo rezerwuje miejsce, to ludzie nie będą chcieli go zmienić.

A w ogóle dla totalnie potrzebujących takie info jakie przygotowałem sobie przed wyjazdem „just in case”:

Spoiler
AMBASADA

70 Sagan-dong, Jongno-Gu
110-190 Seoul, Republika Korei
Tel.: (00-82 2) 723 96 81
Tel. dyżurny: (00-82 17) 206 77 88
Faks: (00-82 2) 723 96 801
http://seul.msz.gov.pl/pl
E-mail: seul.amb.sekretariat[at]msz.gov.pl

PRZYDATNE NUMERY TELEFONICZNE:

119 – POGOTOWIE RATUNKOWE, STRAŻ POŻARNA
112 – POLICJA
1330 – INFORMACJA TURYSTYCZNA

PRAKTYCZNE INFORMACJE (udzielane w języku angielskim)
SOS INTERNATIONAL

Adres: 15th Fl. Apple Tower 175 Jamsil-dong Songpa-gu, Seoul
Telefon : 02 3140-1700

CENTRUM INFORMACJI MEDYCZNEJ W NAGŁYCH WYPADKACH

Emergency Medical Information Center
Telefon: 1339
Spoza Seulu i z telefonu komórkowego: 02-1339
Strona internetowa:  http://world.1339.or.kr/eng/

LISTA SZPITALI ORAZ LEKARZY SPECJALISTÓW

Dostępna na stronie Seoul Metropolitan Government:
http://english.seoul.go.kr/lh/medical/msff.php
Dostępna na stronie Ambasady USA w Seulu:
http://photos.state.gov/libraries/korea/187344/ACS/Health_Information.pdf

POLICJA

1/ National Police Agency/Foreign affairs bureau
Adres: #91, Uijuro (#209,Migeun-dong) Seodaemun-gu, Seoul, 120-704
Telefon: 1566-0112, 02-3150-2276~7
Fax: 02-3150-2775
Kontakt: Kim In Kyung (Michelle KIM)         
Telefon komórkowy:  011-413-9582
E-mail: yesmadamkim@empal.com
 
2/Seoul Metropolitan Police Agency/Foreign Affairs Division
Kontakt: Ms. KIM Min Jin
Telefon: 02-700-6200
Fax:  02-720-012
Telefon komórkowy: 011-9937-6038
E-mail: jiny-37@hanmail.net

URZĄD IMIGRACYJNY

Korea Immigration Service
Strona internetowa: http://immigration.go.kr/
Oddział w Seulu:
Seoul Immigration Office
Adres: #121, Mokdongdong-ro, Yangcheon-gu, Seoul
Telefon: 02-2650-6211
Dział Administracji:
General Administration Section
Kierownik: YANG Cha-Seung
Telefon: 02-2650-6203
Dział Zarządzania i Pomocy:
Management &Support Team
Kierownik: CHOI Mun Sik
Telefon: 02-2650-6211
Sekretariat: 02-2650-6200
Dział dochodzeniowy:
Investigation (Section 1)
Kierownik: LEE Dong Kwon
Telefon: 02-2650-6203
Dział wizowy:
Visa Section
Kierownik: JANG Young Choi
Telefon:  02-2650-6360

GŁÓWNE PORTY LOTNICZE

Seoul Incheon International Airport (ICN)
Adres: 2172-1 Woonseo-Dong, Joong-Gu, Incheon City 400-340
Telefon: 01577 2600
Centrum Zarządzania Kryzysowego: 032-741-2964~5
Centrum Medyczne (Terminal): 032-743-3119
Strona internetowa: http://www.airport.or.kr/

Seoul Gimpo International Airport (GMP)
Adres:  No 274 Gwahea-Dong, Gangseo-Ku, Seoul, 157-711
Telefon: 02 2660 4461
Fax: 02 661 9924
Strona internetowa: http://http/gimpo.airport.co.kr

Busan Gimhae International Airport (PUS)
Adres:  2350, Daejeo 2-Dong, Gangseo-Gu, Busan 618-142
Telefon: 0519 702 313
Fax: 0519 702 380

Strona internetowa: http://www.gimhaeairport.co.kr/


Jak bardzo chcecie jechać do Korei to tutaj macie instrukcje obsługi języka skradziona z 9gaga, który skradł to jeszcze z innego miejsca: http://psychatog.pl/wp-content/uploads/2012/12/koreanski-w-15-minut.jpg, kilka podstawowych rozmówek:

A poza tym językowy niezbędnik:

  • 네 [ne] / 예 [je] – tak 
  • 아니요 [anijo] – nie
  • 고맙습니다 [gomap-symnida] = 감사합니다. [gamsa-hamnida] – dziękuję
  • 안녕하세요. [annjong-hasejo] – dzień dobry
  • 실례합니다 [śillje-hamnida] – przepraszam (prosząc o coś)
  • 미안합니다 [mijan-hamnida] – przepraszam (przepraszając)
  • 제 이름은 xx 입니다. [je irymyn xx imnida] – Na imię mam …
  • 저는 폴란드사람 입니다. [czo-nyn phollandy saram imnida] – Jestem Polakiem/Polką
  • 모르셌습니다. [mory-gessymnida] – Nie rozumiem.
  • 화장실이 어디에요? [hłaczangśiri odijejo?] – Gdzie jest toaleta?
  • 대중식당 어디 있습니까? [deczung śik-dang odi issymnikka?] – Gdzie jest tu jakaś niedroga restauracja?
  • 강아지가 너무 예뻐요! [czangacziga nomu jeppojo!] – Jaki śliczny szczeniak!
  • 아이스크림 좀 드시겠어요? [a-i-sy-khy-rim czom dyśigessymnikka?] – Chciałabyś/Chciałbyś loda?
  • 당신은 너무 다정해요! [dang-śinyn nomu daczong hejo] – Jesteś naprawdę milutka.

Powinno wystarczyć.


Podsumowanie wyjazdu

Mam mieszane uczucia co do wyjazdu. Z wycieczki wizowej wyszła nam piękna podróż do narzeczeństwa, z bajki o świetlistej i wyluzowanej Korei wyszła azjatycka Polska, jej brudna część, której nie lubię.

Może siedząc dłużej w Korei znalazłbym jej zalety, wyekstrahował z ulicznego brudu i nieprzyjemnych twarzy przechodniów, ale nie miałem na to czasu ani ochoty. Cieszę się za to, że spędziłem miło czas z ukochaną, zobaczyłem inną twarz Azji, spełniłem swoje młodociane marzenie i odkorkowałem kolejny życiowy Achivement.

Korea Południowa – Checked ✔

Co do sztuczki z wizą, to wcale nie obeszło się bez problemów, Rymi musiała się trochę tłumaczyć po co wraca, czemu nie studiuje w Japonii, posiłkowała się dokumentem z mojej pracy. W efekcie, po ponad 20 minutach rozmowy została zaakceptowana, a jej status wyjazdu zmieniono z turystyki na odwiedzanie rodziny. Cieszę się, że urzędnik tak ładnie nas określił.

A to jeszcze zabawny akcent z lotniska, gdzie mieliśmy okazję pojeździć plastikowymi łyżwami po plastikowym torze. Hardcor totalny, bo ledwo da się utrzymać równowagę, jeszcze trudniej się przemieszczać. Była też opcja dla ludzi długo oczekujących na loty – lotniskowe kino z międzynarodowymi hitami.

 

Jeszcze tak z sylwestrowej beczki

To niby jest taki semi-sylwestrowy wpis, bo koniec roku, ale nie spodziewajcie się fajerwerków, w Japonii nie ma za bardzo zwyczaju hucznego świętowania ostatniego dnia. Ludzie spotykają się w pracach na imprezach „Ends Year Party”, jedzą suto, a na końcu wypowiadają formułkę, że zostawiają trudy poprzedniego roku za sobą i oby nie wróciły, robią na raz jeden głośny klask i koniec. Cała impreza.

W pracy są wolne 3 ostatnie dni w roku i 3 pierwsze dni kolejnego, na Sylwestra siedzi się z rodziną i pewnie ogląda Polsato. Cytując stronę: http://praktycznyprzewodnik.blogspot.jp/2011/12/sylwester-na-swiecie.html

„O-Shogatsu to nazwa nowego roku i jego pierwszego miesiąca. Japończycy wyprawiają bonen-kai, uroczystą kolację w gronie rodzinnym, dzięki której możesz oddać długi i pogodzić się ze wszystkimi. Jedzą wtedy makaron gryczany toshikoshi-soba mający dać długowieczność. O północy wybijają 108 razy dzwony w świątyniach buddyjskich, co uwalnia od 108 złych pokus, które wg buddyzmu każdy z nas chowa w głowie. Nowy rok wita się w Japonii trzy dni. Wejścia i bramy ozdabia się kodomatsu – ozdobami z sosny, bambusa lub śliwki. Dzieci dostają o-toshidama – gotówkę włożoną do zdobionych kopert.”

I z tego co mi mówili znajomi, zaraz po tym są ponoć mega wyprzedaże w sklepach – już zacieram pazerne rączki!

-x-

W kolejnych wpisach mam zamiar podać instrukcję obsługi wycieczek z Polski do Japonii (akurat pisałem znajomemu w mailu i wyszło sporo informacji, a może komuś się jeszcze przyda), Azja nie jest aż tak niedostępna jak ludziom się wydaje) i zrobić relacje z wypadu do sklepu Saito, gdzie ustrzeliłem Top 8 GPT Sydney : )

 

Pozdrawiam,

– Ober


mam śmieszną głowęInne części podróży po Japonii:

Planeswalking across Japan. Part 1 – przybycie

Planeswalking across Japan. Part 2 – magical!

Planeswalking across Japan. Part 3 – casual

Planeswalking across Japan. Part 5 – Tokyo

Planeswalking across Japan. Part 6 – instrukcja jak używać Japonii

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze