Dwa reportaże z PTQ Świdnik

Prezentujemy dwa reportaże z PTQ Świdnik, nadesłane nam przez kolegów z Trójmiasta. Ponieważ autorzy są z jednej ekipy i temat reportaży ten sam, to oba teksty publikuję razem.

Pierwszy z nich, autorstwa Mirosława Rynkiewicza, jest w wersji „Fantasy”, drugi od Andrzeja Dubiela w wersji „Modern”. Oczywiście treści mogą się wielu czytelnikom wydać bardzo lokalne, a nawet hermetyczne, jednak relacje są dość luźne, bardziej rozrywkowe niż edukacyjne i przez to przyjemne w lekturze.

 

Wersja „MODERN”

Andrzeja Dubiela

Jako, że tęsknię za chwilami, które przeżyłem w łikęd z PTQ, postanowiłem krótko i treściwie napisać kilka zdań o naszym wypadzie. Tak żeby za bardzo się nie rozwodzić, chciałbym podziękować Wam za wspólnie spędzony czas. Pozwólcie, że tylko Adasia Brzezickiego wymienię z imienia, bo zasługuje na to jak nikt inny i bez niego i jego dużego wkładu w organizację nie było by tak epicko. Ale, ale, ale… wszyscy jesteście zajebiści!

Nie chcę pisać relacji z punktu widzenia osoby trzeciej, tylko dać wam możliwość zasiąść za sterami mojego umysłu i przeżycia tego wyjazdu razem ze mną. Zacznijmy od tego jak przebiegały przygotowania do samego wyjazdu. Testing, pożyczanie kart, rozkmina nad deckami, wszystko jak prawdziwi prosi. Jasne, że można by dużo jeszcze poprawić, ale i tak frekwencja na testowaniu i chęć Ziomali do pożyczania swoich karciochów na potrzeby decku – jestem pod wrażaniem. Można by podejrzewać ,że ludzie chcą mieć wkład w wygraną i otrzymać wymierne korzyści. Po pierwsze mój want został zaspokojony w niecałe 5 min i jeszcze zamiast 2 Gryfów i 4 Strandów, otrzymałem 6 gryfów i 7 Strandów. Wszystkie one pojechały ze mną do Świdnika, żeby każdy kto nie mógł być tam z nami poczuł tą specyficzną woń. Głównie chodzi o smród papierochów, rozlanej wódki i spoconych palców, ale pamiętajcie to wydarzyło się tam. No, ale w tym wszystkim coś nie pasuje. Kto o zdrowych zmysłach mógł zakładać że JA coś ugram na PTQ?  Myślę że reszta Ziomali ma podobne odczucia.

Dobra przejdźmy teraz do tego jak wyglądał ten pamiętny piątek, sobota i niedziela. Jak każdy mądry Polak postanowiłem w czwartek wyjść na koncert, zrobić kilka bronksów i wrócić do domu nad ranem, żeby zaraz po wejściu do auta przybić gwoździa w fotel kierowcy i przespać 6 godzin. Jak to zawsze bywa, chu… bombki strzelił. Okazało się, że wypiłem za mało i nie doniosłem bani do autka, a wypiłem za dużo i nabawiłem się kaca. Ja na kacu równa się szczypta kąśliwych uwag do pełnego kotła gęstego marudzenia.

Przybyłem na miejsce zbiórki jako pierwszy i to już świadczy o tym, że było ze mną źle. Ja nigdy nie przychodzę pierwszy. Zdziwiło mnie to tak samo jak padający zamarznięty chleb z nieba przed moją klatką. No dobra, kac, nie kac trzeba zrobić zakupy na podróż. Wbijam do Lidla wrzucam w kosz trzy bułki, sześć batoników (sentyment z wycieczek szkolnych), Ibuprom, sok pomidorowy, cztery browarki i pół literka (miałem nadzieję, że Adaś zmięknie i jednak da się przekonać do planu wesołego autobusika, niestety). Małe zamieszanie przed wyjazdem, wycieczka do Gdyni, no ale w końcu ruszyliśmy w trasę. Jak to przed prereleasem, wszyscy nie mogli doczekać się kiedy będziemy na miejscu. I jak to w Magic’u bywa, zdarzyła się też kupa rzeczy po drodze. W autku jechałem z Adamem, Jackiem i Radkiem. Więc grono zacne i podróż też całkiem szybka, no nie oszukujmy się zapier… przez Polskę jak Cygan za złotą obrączką.

Dotarliśmy na 16:30, idealnie na mecz naszych gladiatorów z Katarem. Ziomki zebrały dupska i poszli gromić w Modernie, a ja dzielnie kibicowałem w pokoju, który co chwilę odwiedzała recepcjonistka. Zawsze w gronie obsługi musi być gestapowiec, który myśli że goście przyjeżdżając do hotelu chcą go podpalić, ograbić i napisać na ścianie odchodami: Byłem tu!

Okazało się, że moja decyzja była jednak kiepska (nie ostatnia na tym wyjeździe), szczypiorniści nie zagrali wielkiego meczu i dostali baty, a za to Ziomki rozbiły Świdnicką scenę Moderna na kawałki. No dobra, zdarza się. Resztę piątku można porównać do obecnej meta w Standardzie. Czyli przegląd wszelakich kombinacji: od ostrego naporu, poprzez midrange, aż do twardych kontroli. Kiedy wszyscy już dotarli rozpoczęliśmy z wysokiego C. Zaczęliśmy od browarowo–szotowego aggro w pizzerii niedaleko miejsca rozgrywek, przekładanego zacnym jedzonkiem. Sami przyznacie że 5 piwek i 4 szoty w 2 godziny to już niezłe tempo. Wiedzeni instynktem zabijania i zerowania oponenta w jak najkrótszym czasie postanowiliśmy dołożyć do tego połóweczkę i jeszcze po piwku. Wróciliśmy po tej szybkiej, ale intensywnej partii na drafta. Tu zaczyna się midrange, czyli nudny do porzygu (dosłownie – podczas draftowania o mały włos mi się nie ulało), przewidywalny styl grania w odcięciu od rzeczywistości. Nie powiem wam czy paczki były dobre, jak wyglądał pod, ponieważ średnio ogarniam ówczesne wydarzenia. W każdym razie znowu Trójmiasto zrobiło topy. Ostatnia część dnia to pełna kontrolka z jeszcze większą ilością wódki i piwka, eliminująca kolejnych graczy z precyzją szalonego neurochirurga przecinającego kolejne rdzenie kręgowe swoich ofiar. W każdym razie prosi tego stylu pokazali na co ich stać.

liski rabusie na PTQ ŚwidnikSobota to kolejny kocioł marudzenia i jęczenia. I kolejne wspaniałe decyzje. Przy okazji GPT zdecydowałem, że zamiast ogrania swojego decku przeciwko innym graczom, zrobię kacowego Mardu Midrange’a z topami bez synergii i odpowiedniej mana curve’y. No i zrobiłem Top ELP (Event Last Player). Przynajmniej miałem chwilkę żeby się kimnąć przed decydującymi testingami. No i zamiast grać z kim popadnie, zrobiliśmy z Radziem serie mirrorów. Rozłożyliśmy swoje decki na czynniki pierwsze i stwierdziliśmy, że równie dobrze możemy rzucać kostką i na tym kończyć swoje mecze.

Przekonaliśmy się również, że wśród nas są nie tylko ludzie ogarnięci szałem „kręcenia kartonu w lewo” (ja tapuje w lewo, a co), ale również poeci, czego dowodem okazał się list Mirka do ekipy. W każdym razie to wcale nie Lisek, który wygrał GPT jest zwycięzcą tego dnia właśnie Mirek, ponieważ jako jedyny… (tu musicie puścić wodze fantazji, ale wierzcie mi, zwyciężył).

Jeszcze tylko zupka na kolację, kilka partii z UW Kupą i do łóżka.

NIEDZIELA!!!

To moje pierwsze PTQ, ba to mój pierwszy sankcjonowany turniej z sędziowaniem i graniem na poważnie o stawkę. Jest stres, są nowe koszuli, jest play mata, są kostki (warto podkreślić, że wyjeżdżając do Świdnika nie miałem ani jednej i używałem sławnej skarbonki. Jednak wpływ i trening pana Mateusza L. zrobił ze mnie niezłego złodziejaszka i takim sposobem dorobiłem się już sześciu sztuk) były też red bulle i to był kolejny błąd.

Do pierwszej gry podchodziłem zlany potem, z rękoma, które równie dobrze mogłyby służyć za shaker, co nie ułatwiało tasowania podwójnych nowych koszulek! Szczęście, że trafiłem na Jędrka i przynajmniej stres nieznanego przeciwnika odpadł. Przegrałem 2:1 po serii fatalnych rąk i draw’ów. No nic trzeba się ogarnąć i grać dalej, w końcu mój mirror niszczy ludzi.

Dwa głębokie oddechy, seria narzekań na los i są paringi na drugą rundę. Żebym mógł się odstresować trafiłem na Obera! Fajnie, że poznam go na żywo, ale nie fajnie, że podczas gry na PTQ i to jeszcze po nieciekawej porażce w pierwszej grze. Dobra siadam, trzęsawka nie ustępuje, red bulle dalej się wchłaniają. Ober patrzy na mnie z politowaniem a ja coś tam bełkoczę, tasuję talię 10 min, z rąk mi leci. Pewnie niezła beka z jego strony. W każdym razie mój oponent poczuł się tak pewnie na mój widok, że nie przeszkadzał sobie moim UW Heroic aggro z pełnym floodem na stole i kręcił rampę pod Temur kombo. Moja bezradność tak go pochłonęła, że nic sobie nie robił z wystawienie drugiego Polukranosa na battla po swojej stronie. I tak oto zostałem pojechany za swoją głupotę i brak dystansu do grania. Druga gra była już bardziej wyrównana do momentu kiedy z topa doszła przeciwnikowi sidowa karta, w każdym razie Ober na pięciu życia wystawił Ugina i zresetował mój stół. Poddałem się żeby nie zabierać mu czasu i z nadzieją, że nie zapamięta mojej zlękanej twarzyczki na przyszłość. Może kiedyś to ja pojadę go dwoma Sarkanami. Znowu narzekanie i marudzenie, głównie Adasiowi, o tym jakiego to ja mam pecha i jak to wszystko jest niesprawiedliwe. Ale naprawdę coś w tym było… (rzeczywiście, wyglądało jak flood z kosmosu i chyba podparty jakimiś mulliganami – przypis. red.).

Trzecia gra to bardzo nieprzyjemne spotkanie z Jackiem S. który bezlitośnie harassował mnie od momentu podejścia do stołu. Nieprzyjemny typ, uważajcie na niego, dowala się o triggery, nie pozwala cofać zagrań, w każdym razie to jeden z tych: Untap, Upkeep, Draw. Tak jak przypuszczałem potrzebowałem kilku minut na rozprawienie się z nim. Nieważne, jego UW kupa nawet po mocnym sidzie nie była się wstanie przeciwstawić mojemu Heroicowi i epickim zagraniem zakończyłem partię wbijając za 18 w trzeciej turze terminacji. Było minęło, jest win.

Czwarta runda to spotkanie z RW aggro które przegrałem rzutem kostką. 2:1 dla przeciwnika i mój udział w turnieju był już oficjalnie tylko formalnością. Za to mój mirror szedł całkiem dobrze 2:2, co dawało jeszcze szansę na topa. Oczywiście jak cały dzień był mull do 5, był flood ponad stan, były gorzkie żale po rundzie.

Runda piąta to ciężka walka, ale zakończona wygraną 2:0 z Infinity Space kombo tzn. przeciwnik zdropował.

Ze stanem 2:3 na chillu podszedłem do kolejnych partii, które gładko przegrywałem z floodem na battlu, lub mulami do 5. Na szczęście miałem świadków którzy widzieli mój stół w 6 turze z 10 lądami (4 feche na cmentarzu) na 20 w decku. Można? Można. Prawdopodobieństwo to suk… z którą się bardzo nie lubimy. Przez to miałem czas żeby pogadać z fajnymi ludźmi, którzy ogarniają temat w dość wyjątkowy sposób. Mały przykład – co ma wspólnego taka historia z Magiciem?

Gość mieszka z rodzicami. Matka truje, że schowa mu lapka, jak pójdzie na imprezkę. No i spełnia swoją groźbę. Gość ogarnia temat i chowa mamie lokówkę.
Rano:
– Gdzie jest moja lokówka?!
– Gdzie jest mój laptop?
I nie uwierzycie jak szybko znalazł się laptop…

Wracając do tematu, ta historia opowiada wszystko o właściwym zachowaniu przy stole. Po pierwsze: rób co twoje, obserwuj przeciwnika, wybadaj jego słabe punkty, jeżeli ich nie widać, to zabierz mu coś cennego, czyli spokój. Zwycięstwo jest twoje.

Niestety na kilka poważnych szans do topa wszedł tylko Bartek, który dzielnie reprezentował Trójmiasto aż do samego finału. Jesteśmy dumni. Nastąpił czas pożegnań i zakręciła się łezka w oku ;( Takie życie, taki mamy klimat. Powrót do domu, znowu szybka akcja, burzliwa rozkmina minionych wydarzeń i kilka kwaśnych bąków. Nic szczególnego. Warto by zwieńczyć cały ten galimatias literacki jakąś anegdotką z pobytu albo hasłem imprezy, ale niestety dialog wypadu jest nie do opublikowania. Wspomnę tylko, że była to wzruszająca i szczera rozmowa pomiędzy Adamem B. i Mateuszem L. po kilku browarkach. W każdym razie w normalnej sytuacji pan L. powinien stracić jedynki, ale jak to pan L. nic się nie stało.


„Fantasy PTQ BATTLE”

Mirosław Rynkiewicz

Ja mam troszeczkę odmienną wersję wydarzeń, które przedstawił Andrzej, ale są one równie prawdziwe. Mam nadzieję, że się nie zanudzicie.

Wyrocznia wezwała 13 wojowników do walki z mrocznymi siłami na południowych krainach, jednakże 13 wojownik nie mógł pochodzić z północy, drużyna musiała odnaleźć 13 wojownika w swojej trasie do wyznaczonego celu. Poznając tą przepowiednię wyruszyli w podróż, której końca nikt nie mógł przewidzieć. Opancerzeni w potężne zbroje, zapoznani z najmocniejszymi czarami tego świata, niektórzy wsiedli na potężne nosorożce, inni dosiedli ogromne orły, niektórzy lecieli na zabójczych smokach, przerażających morskich potworach, a nieliczni mieli tyle sił i determinacji, że wystarczyło im jedynie ciepłe okrycie, broń i zapał do walki, który ogrzewał ich całą drogą i dodawał sił. Nim dotarli do celu, zatrzymali się w pewnej wiosce, gdzie dołączył się do nich człowiek, który miał ze sobą masę leśnych stworzeń. Drużyna nawet go nie zapytała, kim jest, wiedzieli, że jest to 13 wybrany członek ich kompani.

Gdy już dotarli do przedsionka swojego celu, uznali, że powinni uczcić tak zacną podróż. Wstępując do karczmy napotkali na miejscowego mędrca, który opowiedział im o miejscowych legendach, stworzeniach zamieszkujących okolice oraz zagrożeniach, które czekają wojowników. Hart ducha i zapał drużyny wcale nie został zachwiany, a stało się wręcz przeciwnie. Wyśmienita strawa, trunki i najlepsza kompanija, jaką widział świat świętowała do późna. Część osób jeszcze ćwiczyła swoje umiejętności magiczne, niektórzy uznali, że wolą nabrać sił w odpoczynku i zdarzyła się nawet osoba, która przeżyła nadmiar mocy i jej siły nie pozwoliły na utrzymanie takiej potęgi, na którą nie była przygotowana i musiała się jej pozbyć.
Tak minął wieczór i poranek, dzień pierwszy.

Po wymęczającej nocy dla większości członków drużyny nastał czas na regenerację sił. Nikt nie spodziewał się, jak zacne może być śniadanie w tak odległej i nieznanej krainie. Po porannej strawie nie mogło zabraknąć sił na dalsze przygotowania do ostatecznej walki. Niektórzy nawet nie musieli się posilać, mieli w sobie nadal nadmiar mocy, który nabrali poprzedniego dnia. Większość wojowników wyruszyła na pobliską arenę, gdzie mogli sprawdzić swoje siły z tutejszymi wojownikami. Po krwawych walkach, zabójczych czarach, wielu poparzeniach i ran od włóczni, wśród naszych 13 wspaniałych wyłoniony został zwycięzca. Morale rozeszły się po wszystkich członkach drużyny, każdy z nich czuł, że jutrzejszy dzień będzie ich dniem zwycięskim. Jednakże stało się coś, czego wyrocznia nie przepowiedziała. Pojawił się 14 wojownik. Zasiadając na potężnym jednorożcu, jak niektórzy z drużyny został przyłączony do grupy bez żadnych pytań. Wiedzieli, że najbardziej niespodziewane wydarzenia, mogą mieć najważniejszy wpływ na bitwę.

Nie każdy jednak brał udział w bojach, była jedna osoba, która postanowiła szukać wiedzy w miejscowych krainach. Słyszała wcześniej, że okoliczne wioski zamieszkiwane są przez mityczne nimfy, którym podobno nie da się oprzeć. I taką właśnie postać spotkał jeden z 14. Być może nabrał on więcej sił przez to spotkanie, niż cała jego drużyna podczas krwawych walk.

Gdy już wszyscy powrócili do wspólnej siedziby, nie odmówili sobie okazji do świętowania. Jednak tego dnia każdy wiedział, że jutro czeka ich poważna walka i tym razem wstrzymywali się od osłabienia swoich zmysłów. Ostatnie przygotowania, wymiana taktyk i pomysłów zakończyło dzień drugi.

Dzień, w którym miało się wszystko wyjaśnić, w którym miało się okazać, jakie losy czekają 14 wybranych, był dniem od początku sprawnie zorganizowanym. Wszyscy członkowie drużyny zebrali się, spakowali swój ekwipunek, najedli się, napoili i wyruszyli w wyznaczone miejsce.

Gdy dotarli do nieznanej krainy, okazało się, że było tam więcej takich jak oni. Najpotężniejsi czarodzieje, najwięksi wojownicy ze wszystkich siedmiu królestw zjawili się w jednym miejscu. Okazało się, że wszyscy tutaj zebrani mają zmierzyć się w największym turnieju mocy, który wyłoni najpotężniejszego pośród nich wszystkich.

nosorożec14 walczyło najlepiej, jak potrafiło. W zamęcie walki zdarzało się, że ranili nawet siebie nawzajem, ale nie zadawali sobie śmiertelnych ran. Jeden z drużyny przyzwał swoją armię goblinów, która szarżowała przez wszystkich, zostawiając za sobą jedynie rozbitych wrogów. Jednak destrukcyjna magia jego przeciwników zmiotła jego stworzenia z powierzchni. Inny używali swoich czarów, do przenikania przez obronę przeciwnika, byli nieuchwytni i nie można było ich zranić, jednakże nie wystarczyło im sił, by pokonać wrogów. Potężny smok, którego dosiadał jeden z nas i biegnące za nim hordy leśnych stworzeń zostały zatrzymane przez potężnego nosorożca, którego ryk powalił bestie. Morskie potężne węże wpadały w stan hipnozy i owijały się na gardłach współtowarzyszy, których siły witalne zostały ostatecznie wyssane przez krwiożercze pijawki.

Wielu poległych nie było już w stanie podnieść się i walczyć dalej. Wtedy spośród 14 wyłonił się nieznany wędrowiec, który przyłączył się do drużyny wczorajszego dnia. Widząc jedno ze swoich martwych stworzeń użył magicznego pejcza, którym ożywił swoją martwą bestię i zaszarżował na ostatniego z walczących wrogów. Zanim dobiegł do przeciwnika w jego kierunku poleciały dwa potężne orły, które strąciły go z bestii. Tak nastąpił upadek herosa, którego bohaterskie poświęcenie, hart ducha i wola walki zostaną zapamiętane na zawsze.

 

mtg3cityteam

-x-


Andrzej DubielAndrzej Dubiel – o sobie pisze… dość sporo  Grin

„Cześć nazywam się Andrzej, jestem anonimowym… magicoholikiem. Swoje pierwsze spotkanie z kartonikami miałem w wieku lat trzynastu (powoli kończył się blok Urzy i zaczynało Prophecy), był to burzliwy okres gimnazjum w pewnej śląskiej miejscowości. Zaraziłem się w lokalnym sklepie modelarskim, gdzie z przyjacielem chodziliśmy popykać w Warhammera. Ogólnie jestem samoukiem, nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale innej opcji nie było. Internet w tamtych czasach to był rarytas, a grono wprawionych Magicowców raczej liczyło na to że ograją nas w kolejnym turnieju i zleszczą na karty. Mimo to przy pomocy bieda decku BW (gdzie play set to słowo obce) udawało mi się zrobić jakieś Top 8 w lokalnych turniejach. Pamiętam moją największą wygraną – paczka Prophecy z Avatar of Woe. Dawne dzieje, może gdybym nie zaprzestał kręcenia kartonu w lewo dziś mój poziom byłby o niebo wyższy. Trudno, człowiek dorasta i widzi jak wygląda towarzystwo, koledzy też mają już tego dość, a paczuszki w naszym ukochanym sklepie robią się droższe i droższe. Nastąpiła więc ponad dziesięcioletnia przerwa w graniu i tak oto pewnego razu przyjaciel wyczaił artykuł o M:tG. Jak to pewien psycholog uczy dzieci z problemami rozwojowymi prawidłowej interakcji z otoczeniem za pomocą naszych ukochanych kartoników. Kilka draftów w Inistradzie ze znajomymi i zaczęło się na nowo, jak już raz zostaniesz ~holikiem to zawsze nim będziesz. Tym razem jednak z pomocą przyszedł mi Internet i pomocna dłoń trójmiejskiej sceny Magic’a. Od dwóch lat znowu jestem praktykującym Magicoholikiem bez perspektywy wyleczenia. Z dawnych czasów pozostał mi jednak wyuczony oportunizm do topowych Decków. Zawsze staram się „złamać standard” swoim niekonwencjonalnym podejściem. Oczywiście skutki są różne (przeważnie zbieram baty), ale radość z odkrycia UW Heroicka ponad osiem miesięcy przed resztą społeczności i wygranie okazyjnego FNM’a – bezcenne.


Mirosław RynkiewiczMirosław Rynkiewicz – o sobie pisze: „Historia zaczyna się, jak wiele podobnych: 10 lat temu, karty wzięte od starszego gracza, wiele błędów i porażek, ale zapał i hart ducha do walki.

Umiejętności przyszły z czasem. Granie od Legacy, poprzez Extended, aż wreszcie Standard, w którym zadomowiłem się. Nigdy nie trzymałem się spisów, zawsze ćwiczyłem swoją kreatywność tworząc własne konstrukcje i tak zostało do dziś”.

 


 mtg3cityteam - banner

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze