„Graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy”

Zbierałem się na napisanie czegoś wartościowego, zbierałem i jakoś nie mogłem znaleźć ani weny, ani tematu, aż wreszcie – jak grom z jasnego nieba – temat spadł mi sam : )

Żeby go jakoś sensownie rozwinąć, zacząłbym od zadania pytania: czy w ogóle warto oszukiwać i czy jest to przyjęty proceder, który zazwyczaj nie wychodzi na jaw (a jak wychodzi, to kończy się banem), czy precedens i odstępstwo, tępione przez zdecydowaną większość magicowej braci?

 

Podejrzewam, że spora część magicowego community, zarówno na poziomie Regular, jak i Competitive, debatowała w kwestii zbanowanego niedawno Alexa Bertonciniego. O ile same dowody, tłumaczenia (polecam podcast, w którym Alex, jeszcze przed wiadomością o banie, tłumaczy się z tego i owego), jak i poszlaki nie zostawiają wielkiego pola manewru, a możliwe, że jeszcze Drew Levin faktycznie przerysował kwestię winy Alexa, to ten niewątpliwie zasłużył zarówno na bana, jak i opinię oszusta. Główna linia obrony (sloppy play), którą przyjął, jest dosyć popularna w tego typu sytuacjach – jak nie wiesz, co powiedzieć, to powiedz, że nie wiesz co się dzieje – ale jak sam powiedział „gdybym był winny, tłumaczyłbym się tak samo, ale przecież ja wiem, że to nie było celowo!” – dowiodło to tylko jego winy. I o ile kwestię Bertonciniego można uznać za częściowo zamkniętą (poza tym, co dalej będzie robił – do tej pory grinder SCG i MtG), to sama kwestia oszukiwania, zarówno celowego, jak półcelowego (bo całkiem „przypadkowe wałki” nie istnieją) – jest jak najbardziej otwarta.

Wierzę, a przynajmniej chciałbym wierzyć w to, że jest spory ułamek graczy, którzy faktycznie przez całą swoją karierę są uczciwi i wystrzegają się wszelkich odstępstw od zasad gry, ale prawda jest taka, że zdecydowana większość o ile nie przycina notorycznie (bo i źle się to zazwyczaj kończy), to gdy widzi okazję, w dodatku nieokraszoną ryzykiem, żarliwie ją wykorzystuje. Za przykład mógłby tu świadczyć Brian Kibler – de facto jeden z najlepszych graczy na świecie, Hall of Famer i jego „misstrigger” Angel of Despaira – do dziś nie wiadomo, czy Kibler był świadomy tego wałka, czy nie, ale z ogromnym prawdopodobieństwem mogę założyć, że tak. Dla przeciwwagi mamy choćby gracza, który „wałował” zarówno siebie, jak i przeciwnika – mowa tu oczywiście o Billym Moreno, który w półfinale PT Los Angeles omal nie dostał game lossa przy stanie 2-2 (w fazie swiss taka sytuacja game lossem by się najprawdopodobniej skończyła, ale chyba nie chciano robić szumu w półfinale PT). Oczywiście nie wiemy, czy było to jedynie „sloppy play” w ultra wydaniu, czy bardzo niewyrafinowane próby przycinki, ale jak na półfinał Pro Toura, Billy dał naprawdę niezłe show. Warto tu dodać, że w top8 PT, przy obecności kilku sędziów i kamer, bardzo trudno jest przepuścić jakiekolwiek oszustwo, a skoro takowe się zdarzały – ciężko sobie wyobrazić, ile tego typu sytuacji ma miejsce w fazie swiss.

Wracając do głównego wątku – analitycznie patrząc, zbyt notoryczne oszukiwanie nie jest w długim okresie opłacalne, choćby z uwagi na to, że dostaje się dużo warningów, co może skutkować wzmożoną uwagą przeciwników (patrz: choćby Marcio Carvalho czy Katsuhiro Mori), a ostatecznie banem, a nie zawsze skutkuje wygranymi meczami. Samo przylepienie sobie łatki oszusta i podejrzanego gracza jest bardzo niekorzystne, ale już wykorzystywanie „okazji”, jeśli się takie nadarza, i to najlepiej tak, by przeciwnik nie był tego świadomy, już takiego ryzyka ze sobą nie niesie – co sprawia, że większość graczy raz na jakiś czas zrobi coś kontrowersyjnego lub mówiąc bardziej trywialnie – na „czymś” przeciwnika przytnie. O tego typu przycinkach społeczność dosyć szybko zapomina (patrz: Yuuya Watanabe w finale z naszym rodakiem Adamu Ciśnieniem, aka Łukaszem Musiałem), a sędziowie nie będą mieli dość podstaw, by wyciągnąć konsekwencje – są więc one przyjęte (o gromy i niebiosa!) za dosyć powszechne. Abstrahując od aspektów moralnych, można by nawet stwierdzić, że tego typu oszukiwanie ma współczynnik EV+: mało ryzykujemy, sporo możemy zyskać.

Czy warto więc oszukiwać? Albo jak duża musi być stawka, by było warto? Od razu napiszę, że zależy to chyba od ambicji i oczekiwań gracza. Dla lokalnego prosa przycięcie dzieciaka na FNM-ie może być „good deal”, bo w końcu zrobił swoje 1 miejsce; dla graczy o zasięgu światowym jest to raczej kwestia punktów na GP/PT wiążących się bezpośrednio z pieniędzmi. Tłumaczenia wobec samego siebie, które zazwyczaj pojawiają się w tego typu wypadkach, mają dość trywialny charakter („on nie zasługiwał, by wygrać”, „on nie ogarniał, więc co mi szkodzi”, „ważne, żebym wygrał” etc.), ale wbrew pozorom całkiem skutecznie potrafią przygasić ewentualne wyrzuty sumienia.

Często spotyka się „półświadome” oszustwa, polegające na tym, że w pewnym momencie zaczynamy sobie zdawać sprawę, iż nie odside’owaliśmy karty lub posiadamy mniej many, niż zapłaciliśmy, ale nie chcąc dostawać gamelossa/tracić dobrej sytuacji na stole, siedzimy cicho i czekamy na rozwój wypadków. Albo naprawdę „niechcący” zobaczyliśmy jedną kartę z decku przeciwnika. No cóż, bywa, sędziowie w takich wypadkach zazwyczaj wierzą w dobrą wolę i kończy się to na warningu, możliwe że i słusznie, bo skąd mamy wiedzieć, czy takie zdarzenie miało w sobie celowość?

Cosmopolitan radzi: jak nie dać się oszukać

Co by jednak nie obstawać przy samych ogólnikach, przejdę do konkretów, czyli jak gracze nieuczciwie wypracowują sobie przewagę by odnieść profit. Jednym z bardziej subtelnych sposobów jest bez wątpienia zestackowanie decku przeciwnika i wrzucenie na górę biblioteki jakiejś bezużytecznej karty, lub zestackowaine własnego decku, po użyciu efektu shuffle. Wbrew pozorom, nawet na imprezach typu Pro Tour tego typu akcje przechodzą. NIE KAŻDY przekłada opponentowi talię, nie mówiąc już o obserwacji tego, co przeciwnik robi z naszym deckiem – a naprawdę – ZAWSZE należy to robić! Możemy bardzo wiele stracić; nawet Ober miał w tym temacie swoją nauczkę w postaci utraty top4 na GP Warszawa. Efekt stackowania jest o tyle dobry, że można zyskać turę, dwie – do przodu, a jeśli gra z topa, zwiększa to jego szanse nawet o paredziesiąt procent (w wypadku decku przeciwnika), albo po prostu dobrać swojego outa i wygrać grę (w wypadku swojego decku). Oczywiście przeciwnik może się zorientować, że podejrzano mu kartę, ale – niestety – tłumacząc się „nie wiedziałem, niechcący”, maksymalną karą jest zazwyczaj warning.

Jeśli chodzi o stackowanie decka, dokładanie dodatkowych kart na rękę, podmienianie kart czy dobieranie dodatkowych kart – najprostszym sposobem obrony przed takimi zagrywkami jest czujna obserwacja tego, co robi przeciwnik, zarówno z naszą talią (a także w jaki sposób ją tasuje), jak i swoją ręką czy kartami na stole oraz w grobie. Warto też pytać o liczby kart w tych strefach. Jak dokładnie przyjrzycie się filmowi z Alexem i jego Brainstormem za 4, to zobaczycie specyficzny ruch ręką. Nie bierze po jednej karcie, nie odlicza, tylko od razu kładzie całą dłoń na bibliotece i zgarnia karty na bok. Zakrywa je w ten sposób nie tylko przed przeciwnikiem, ale i dość skutecznie przed kamerą. Wielu obserwatorów wciąż nie widzi, aby tu był cheat.

Do bardziej wyrafinowanych sposobów celowych oszustw należą próby przedłożenia sędziom, że to przeciwnik próbuje nas oszukać (np. skipnięcie jednego drawu i sugerowanie, że przeciwnik dobrał dodatkową kartę), wierzcie lub nie, ale spotkałem się z tego typu praktykami. Linia obrony w takiej sytuacji jest dosyć ciężka, ale na pocieszenie powiem, że jeśli przeciwnicy danego gracza będą notorycznie „przycinać na kartach”, to sędziowie się nim w końcu zainteresują.

Rozwijając sytuację półprzycinek lub ich braku tam, gdzie niektórym mogą się wydawać widoczne, to jak pisałem, jest dużo częściej spotykane zjawisko. Chyba większość graczy zgodzi się, że widząc korzystną, choć nie do końca prawidłową sytuację na stole, nie zawołają sędziego, prosząc o ukaranie siebie, nie wspominając już o sytuacjach, w których zapomnieli się odside’ować (po co dostawać GL, jeśli można spróbować wygrać?). Takie sytuacje są o tyle skomplikowane, że mogą być różnie interpretowane przez sędziów, najczęściej kończy się jednak na werdykcie, że obaj gracze źle określili sytuację na stolę – obustronnym warningiem bez dalszych konsekwencji dla tego, kto prawdopodobnie na takiej sytuacji skorzystał. Co robić, by tego unikać? Przede wszystkim uważnie obserwować to, co się dzieje na stole, doczytywać karty i – koniecznie! – jeśli mamy jakieś wątpliwości, wołać sędziego.

Należy pamiętać, że nie wszystkie „półprzycinki” są celowe, jeśli jednak jesteśmy świadomi, że przeciwnik nawet niekoniecznie celowo robi coś sprzecznego z zasadami gry, zawsze warto zawołać sędziego. Jeśli zaistniała sytuacja była wypadkiem, nie powinna się więcej powtarzać i jeden warning nie będzie miał większego znaczenia, jeśli jednak była celowa, warto dać DCI możliwość by to odnotować i w przyszłości wyciągnąć konsekwencje…

Najbardziej „wyrafinowanym” i chyba najtrudniej karalnym/wykrywalnym sposobem oszukiwania jest sztuczne stackowanie talii, czyli układanie sobie landów przed oddaniem do tasowania/specyficzny sposób tasowania kart przeciwnikowi prowadzący do niekorzystnych układów rąk startowych. Jest to w zasadzie oszustwo balansujące w granicach „uczciwości”, bo choć nielegalne, to niezwykle trudne do udowodnienia, aczkolwiek były już w historii PT dyskwalifikacje za stackowanie landów. Jedynym, co mogę polecić na tego typu sytuacje, jest – jeszcze raz – dokładne tasowanie talii przeciwnikowi i uważanie na to, jak on ją nam tasuje (jeśli uznamy, że robi to niewłaściwie, możemy poprosić sędziego o interwencję).

To oczywiście nie wyczerpuje nawet czubka góry cheatów, całej gamy oszustw i przekrętów, na jakie można trafić w Magicu i innych grach karcianych, ale temu poświęcono wiele książek…

Suma zysków i strat

Wracając do tezy postawionej na początku tego felietonu, czy warto jest oszukiwać? Może odpowiedź będzie kontrowersyjna, ale z punktu widzenia opłacalności jako takiej (tudzież „EV”) – wydaje mi się, że tak. Oszczędnie i umiarkowanie, tylko przy dobrych okazjach (tudzież „furtkach”), z niskim ryzykiem wykrycia i raczej na krótką metę (taki Alex się tu nie mieści, choć i tak długo biegał na wolności Wink), co by owe ryzyko zmniejszyć, ale mimo wszystko tak. Jeśli jednak poruszyć kwestię moralności i chęć „oczyszczania” środowisk magicowych, jak i zdrowego podejścia do karcianki – zdecydowanie nie. I – tu chyba podzielam pogląd popularnego sędziego Amplitura – uważam, że dobrą i przede wszystkim dokładną grą można zyskać dużo więcej niż nawet najbardziej wyrafinowanymi oszustwami. Bo o ile furtek do oszukiwania jest trochę, to furtek do wygrania gry przez zwyczajne błędy przeciwnika jest naprawdę multum (w końcu MtG to gra błędów). A w gruncie rzeczy statystycznie Magic jest trochę jak poker: na krótką metę różnie bywa, ale jeśli jesteśmy dobrzy to na dłuższą metę, w końcu tak czy siak nam „siądzie”. Udowadniają to choćby gracze ChannelFireball, osiągając regularnie topowe wyniki. Osiągnięcia są krzywą, na którą składa się solidna, dokładna gra, znajomość meta i gra psychologiczna (w tym, całkowicie legalne – wywieranie presji na przeciwniku) z opponentem, a dopiero w dalszej mierze ewentualne oszustwa.

Sumując i kończąc w ten dosyć niespodziewany sposób owy artykuł chciałbym powtórzyć – z perspektywy gracza, który półprofesjonalnie bawił się w tę karciankę dobry rok (a może i dalej się jeszcze pobawi, kto wie ^^), pozytywnym podejściem jest gra całkiem uczciwa i fair, nawet jeśli przeciwnik sam siebie oszukuje (tak, wiem że to trudne, zwrócić przeciwnikowi uwagę, że jego karty działają trochę lepiej, niż mu się wydawało ;p). Czy taka sytuacja kiedyś nastanie i czy proceder kiedyś zaniknie – tego nie wiem, ale pozostaje mieć na to nadzieję. A nawiązując do tytułu tego tekstu, mam nadzieję, że Magic nie stanie się w efekcie grą największych oszustów, w której wygrywają ci, którzy robią lepsze wałki.

– Mikołaj „Elendix” Wyspiański


Mikołaj „Elendix” Wyspiański – Mistrz Polski 2010. Z MTG spotkał się po raz pierwszy przy okazji wyjścia dodatku Judgment, grając z przerwami do dziś. Na MTGO zdarza mu się grać od czasu do czasu pod nickiem ‚Ell’.

Student 1 roku Finansów i Rachunkowości na UW, niespełniony prawnik o zróżnicowanym guście muzycznym (oscylującym głównie dookoła rocka). Fan fantastyki i zapalony gracz League of Legends (LOL).

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze