Kielecki Prerelease Fate Reforged – zestaw z opisem

Miałem nic nie pisać i pójść sobie spokojnie na pre, pobawić się i wrócić, ciesząc się po prostu Magiciem. Grało mi się jednak świetnie, a potem zaczęły się dyskusje ze znajomymi o tym, co im się wydarzyło na turniejach i jak obessali albo jak znaleźli się w topce. Jeszcze później Ober zaprezentował swój pool i postanowiłem pójść w jego ślady, mimo zmęczenia, niewyspania i braku czasu, zabrałem się za spisywanie zestawu na stronę. Wydaje mi się, że warto, bo pool miałem ciekawy. Niby sam się złożył, ale miałem problem nadmiaru kart. Zbyt wiele opcji też może wywołać ból głowy. Build nie był więc do końca optymalny, ale też jego wady wyszły na chłodno, kiedy mogłem w domu bliżej przeanalizować zestaw.

Na pre pojechałem do Kielc. W tamtejszym Wargamerze zebrało się 16 osób. Pre małe, ale atmosfera świetna i tylko szkoda, że jak zwykle nie dane było mi się wyspać i że nie znam tak dobrze ludzi z tamtej sceny jak bym chciał (będę musiał w końcu złożyć deck do EDH i przyjechać coby pograć sobie, to może ten problem się rozwiąże). Dla mnie to pre miało jeszcze ten sympatyczny aspekt, że był to pierwszy turniej na żywo jakoś od pół roku, od pre M2015.

Zestaw i deckbuilding

Wybrałem oczywiście Jeskai, tak jak wspominałem w analizie. Jak zacząłem składać, okazało się, że mam kilka opcji. Na dodatek kolory UWR miały dobrych kart aż w nadmiarze. Pierwsza przymiarka tych grywalnych wykazała, że mogłem rozważać koło 30 paru kartonów. Zestaw wyglądał tak:

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, i pierwsze na co zwróciłem uwagę, to bardzo fajny manabase. Podstawa do UWR była, a i zielony mogłem splashować z 3 dualami. Pod tym kątem też patrzyłem w karty. Z miejsca odrzuciłem czarny. Tam jest parę fajnych rzeczy, ale za krótkie to, aby coś sensownego składać, nawet na dopychu czy splashu. No i nie miałem pod to fixingu. Poleciały w ten sposób także multikolorowe spelle z czarnym i chyba tylko Harsh Sustenance było tu czymś wybijającym się, czego mogłem żałować. Potem odłożyłem sideboardowe, niegrywalne lub mocno przeciętne karty z pozostałych kolorów. Mam tu na myśli np. Renowned Weaponsmitha czy Defiant Ogre i Erase. Wiele w sumie nie odrzuciłem.

Zacząłem szukać koloru bazowego. Do tego trzeba mi było sprawdzić gdzie mam bomby, gdzie jest removal i orientacyjnie zapoznać się z możliwościami poszczególnych barw i jakie mam synergie. Jeśli chodzi o pierwszą kategorię patrzyłem głównie na:

Jeśli chodzi o removal, moją uwagę przykuł oczywiście End Hostilities w białym. W niebieskim dysponowałem Reality Shift, czerwony z kolei posiadał Collateral Damage, zielony Hunt the Weak i do tego dochodziły dwa multikolorowe Cunning Strike’i. W zielonym rzuciła mi się w oczy fajna rampa. Trzech Szeptaczy mogło uczynić z Ugina bardzo sensowną strategię. Zielony w ogóle miał też trochę dużych stworków i choć w sumie nie widziałem tu nic szczególnie mocnego, to kolor był na tyle solidny, że mogłem na nim się oprzeć. Brakowało mu tylko wczesnych dropów, ale tę sprawę załatwiałby biały. W białym miałem sporo tanich i fajnych zagrań. Ainok Bond-Kin, 2 Outcastów, Soul Summons, smok, lataki i dobre opcje sideboardowe kusiły. Od tego połączenia odstraszył mnie chyba w końcu brak removalu. Czerwony wychodził na tle innych kolorów mocno tak sobie. Miał kilka wczesnych kart jak biały, ale jakość kart była taka sobie. Z pojedynczych barw najbardziej spodobał mi się niebieski. Miał sporo ewazyjnych stworów, trochę prowessów i sztuczki, które mogły zastąpić mi removal, pozwalając na grę na tempo i ściganie się. Był też najbardziej synergiczny z białym.

Dromoka, the Eternal - Prerelease Fate Reforged

kliknij, aby powiększyć

W każdej możliwej konfiguracji biały wydawał się pewniakiem do grania. On więc stał się kolorem bazowym, do którego dokładałem resztę kart. Zacząłem oczywiście od tych niebieskich, a potem dołożyłem jeszcze grywalne czerwone. Wyszło mi tego tyle, że musiałem zacząć ciąć. Pierwszy build miał sporo tanich dropów. Było tam więcej dwójek, był i Aven Skirmisher. Kolory w CMC 2 zrobiły mi się mocno „amerykańskie”, bez wskazania na którąś konkretnie barwę. W late dropach, powyżej 5 CMC, miałem też trochę za dużo kart, a slot z trójką był tak zapchany, że nawet i z samych trójek mógłbym złożyć deck. Sztuczek i innych czarów, po ucięć np. 2 Refocusów, Honor’s Reward i innych takich, zostało mi i tak tuzin. Musiałem się też zdecydować – splashować Dromokę, czy nie? Dodawać może jakieś zielone karty, czy sobie odpuścić? Snowhorn Riderem mogłem przecież spokojnie grać. Ale czy faktycznie to mi się aż tak bardzo opłaca?

Przy trzech zielonych dualach i mieczyku uznałem, że nie mam wytłumaczenia, aby nie grać smokiem. Musiał wejść do decku. Zacząłem się też bliżej przyglądać temu, co te karty przede mną robią. Tak wyleciał End Hostilities, bo postanowiłem, że reszta kart nie wspiera kontrolnej strategii i chociaż to dobra karta, to skończę z tyloma stworami, że mi się to zupełnie nie zgrywa. Może być kartą sideboardową – postanowiłem i dokończyłem ścinanie noncreature spelli, aby mieć ich około 7-8. Została najcięższa rzecz – eliminacja nadmiaru stworów. Dragon Bell Monk, mimo że z Prowess, pod którego chciałem składać talię, wypadł ze względu na brak ewazji. Zdecydowałem, że stwory z lataniem mają priorytet. Postanowiłem ograniczyć liczbę czerwonych kart, przez co zrezygnowałem z ifryta, świni, Leaping Mastera, etc.  Zmniejszyłem też, z bólem, liczbę drogich kart, aby móc grać przez to na 16 landach. Tak wyleciał jeden Cunning Strike, biały smok, Aven Surveyor. Postanowiłem też postawić na card quality, poświęcając nieco tempo w pierwszych turach, zostając tylko na 3 stworach w 2 CMC. Z tego powodu dodałem Arashin Clerica (anty-aggro bloker morfów do wydłużania gier). Tu też odpuściłem Aven Skirmishera – miałem silniejsze karty, a i bolsterów w poolu było za mało, aby ptaszek dawał mi jakiś większy profit. Stworów z mechaniką Raid też nie posiadałem. Latające 1/1 jest w FRF jednak wcale nie takie bezużyteczne (nawet jeśli Aven zazwyczaj będzie co najwyżej zapychaczem).

Tak sobie argumentując przy każdej rozważanej karcie,  powoli zmniejszałem ich liczbę – 32, 28, 27, 25 i wreszcie dobiłem do 24. Ufff. Dodałem do tego randomową nieco liczbę basiców (randomową, bo na oko) i w ten sposób powstał taki deck:

pokaż / ukryj

Jeskai Dromoka

Nadmiar kart sprawił, że na pewno popełniłem parę błędów i dokonałem kilku złych wyborów. Przykładem może być pominięcie Goblin Heelcuttera. Powinienem był go zmieścić, ale… zapomniałem o jego abilitce. Coś mi się pomieszało i czytałem go jako zwykłą kreaturę 3/2 z Dashem. W pewnym momencie zapomniałem także, że w ogóle mam go w poolu. Dopiero jak przeglądałem sobie achievmenty na tej karcie, co od jakiegoś czasu Wizardzi je dodają do zestawów na pre, przypomniałem sobie o nim i to tylko ze względu na mechanikę. Ostatnim poleceniem było tam: zagrać stwora z Dash. Wtedy też skojarzyłem, że w sumie mógłbym i to zaliczyć, jako że mam w poolu Dashera. To była jednak czwarta runda i nie chciało mi się bawić. W piątej rundzie zobaczyłem za to goblina u oponenta i dowiedziałem się, że on ma coś więcej niż statystyki. Ot, taki typowy błąd wynikający z niedoczytania karty. Oczywiście przy przeglądaniu spojlerów nie miałem z nim problemu, co pokazuje, że nawet przy niezłej znajomości kart o pomyłki nietrudno.

Szybko też okazało się, że Dragonrage wygląda fajnie, ale nie siada. Albo nie miałem stworów, albo nie opłacało mi się tego zagrywać. Miałem nadzieję, że ta karta będzie w porządku, ale się przeliczyłem. Może nie miałem do niej szczęścia. Prędko też dorzuciłem Aven Surveyora i drugiego Cunning Strike’a do talii. Strike dobrze działał, a Aven okazał się zbyt dobrą kartą. W czasie turnieju robiłem też parę innych zmian, ale to wiele zależało od MU, jakie miałem. Talii brakowało na pewno twardego removalu, jakiegoś Kill Shota, albo Smite the Monstrous. Poza tym była całkiem fajna i jakkolwiek nie do końca byłem zadowolony i nie sądzę, aby był to najlepszy Jeskai podczas pre FRF, grało się tym deckiem całkiem przyjemnie.

Acha, no i jedna ważna rzecz. Nie jestem w stanie teraz powiedzieć, czy tak się składał deck, czy też świadomie tak zdecydowałem albo czy przez przypadek tak wyszło, ale talia wyszła niezła w kontekście meta turnieju. Ober twierdził w swoim tekście, że format jest wolny. I faktycznie, jak zagrałem z Abzanem, to gry były dość długie (znaczy powinny być, ale o tym później), jednakże w pozostałych rundach miałem dość szybkie partie. Może wiąże się to z tym, że większość graczy zdecydowało się wziąć Jeskaia, a drugie pod względem popularności było Mardu. Pozostałe klany były bardziej w pojedynczych sztukach. Moje wrażenie jest więc takie, że samo FRF jest dość szybkie, ale może to też specyfika meta, mojego decku i naszych gier.

Opis gier

Minęło już trochę czasu i tak szczerze za bardzo nawet nie pamiętam, jak nazywali się moi przeciwnicy albo jak dokładnie wyglądały nasze gry. Byłem niewyspany, mam teraz za mało czasu na pisanie i skupienie się, a też nie o to chodzi, by wszystko dokładnie opisywać. Chciałbym jednak podkreślić, że ze wszystkimi moimi przeciwnikami grało mi się bardzo dobrze i chodzi mi tu przede wszystkim o atmosferę. Wiadomo, trochę „sztywności” przy grach było, ale można było i pogadać, i pooglądać decki, i pośmiać się – jednym słowem było wszystko to, za co lubię turnieje na żywo. Tak więc jeśli jakimś cudem to czytacie, to dzięki za grę i Was pozdrawiam.

Zostawiając prywatę na boku, mój pierwszy przeciwnik okazał się świeżym graczem i było to jego drugie pre. Kolega nie złożył najlepiej talii i mógł grać lepiej. Trudno mi oceniać oczywiście, bo nie miałem wglądu do jego ręki, ale mógł na przykład poczekać turę albo dwie z atakiem w jednej z gier, gdzie przewidziałem jego sztuczkę i mogłem zrobić blowout, zostając przy życiu. Być może nie pomogłoby to oponentowi, bo miałem już wówczas dobrą pozycję na stole i dochodziły niezłe karty, ale można tu było zagrać ostrożniej. Przeciwnik grał też na 49 kartach i 19 landach oraz nie wsadził do talii najlepszych kart (miał 3 Ojutaiów w poolu, mógł grać przynajmniej dwoma). W efekcie trochę, jeśli dobrze pamiętam, screw przeszkodziło w normalnej grze i to mi ułatwiło wygraną. Nie było jednak wcale tak prosto. Mnie też przytrafiło się screw i brak landów trochę mnie przyhamował. Poczułem też siłę War Flare. W talii oponenta były ich aż 3 sztuki i to naprawdę mocna karta. Pasuje i do defensywy, i ofensywy. Na drafcie będzie to dla mnie dość wysoki pick. Liczę na to, że się będzie sprawdzać. Na pre się sprawdzało, choć wygrałem, ale to tak naprawdę kwestia doświadczenia. To dzięki niemu wygrałem. Przy okazji, mam nadzieję, że tuning decku po grze się przydał i że kolejne partie poszły lepiej. Szkoda, że nie było czasu dłużej nad tym posiedzieć. Sam zaczynałem nie tak znowu dawno i jeśli tylko mogę jakoś pomóc, to próbuję na ile jestem w stanie.

Pierwszy przeciwnik miał Jeskaia, drugi przeciwnik też miał Jeskaia! Szczerze przyznam, że tu zupełnie nie pamiętam jednak, jak wyglądały gry, choć coś tam z zapisków punktów życia mogę wydedukować. Pierwsza gra na przykład była mocno na korzyść oponenta. W drugiej z kolei to ja musiałem być dość brutalny, bo zaatakowałem za 14. A wydawałoby się, że będąc na 18 jest się bezpiecznym, prawda? W trzeciej grze z pewnością zagrałem taplanda, poten kolejnego taplanda i Arashin Clerica, bo życie skacze mi na 21, potem 22 i 25. Po drugiej stronie wyglądało to gorzej (19, 20, 16, 17, 10, x) i wygrałem. Swoją drogą, ładnie widać na takich zapisach, jak działają refuge landy. O ile pamiętam, mieliśmy w tej rundzie jakieś mulligany obopólne, a oponentowi jakoś tak przekładałem, że mu trafiały się onelandery albo drogie ręce. Sam też miałem chyba rękę 3 landy off-color, reszta biała, ale jak mówię – mgliście to wszystko kojarzę.

Archfiend of Depravity

kliknij, aby powiększyć

W trzeciej rundzie trafiłem na Abzana. Ale jakiego Abzana! Co tu dużo opowiadać, najpierw poszło trochę nieoptymalnych zagrań z mojej strony (np. wystawienie się pod Zakapturzonego Asasyna), a potem zobaczyłem Archfiend of Depravity i zrobiło mi się niewesoło. Turę później zobaczyłem drugiego Archfienda i dla odmiany zrobiło mi się bardzo wesoło, bo jednak trudno się nie uśmiechnąć, widząc TAKĄ potęgę na stole. Żeby było śmieszniej, ja miałem na stole dwa stwory przez te kilka tur do mojej śmierci, przy czym jednym z nich był Dromoka, do którego podpiął się miecz. Smok 8/7 to jednak nie byle co Smile. Sam jeden wygrać oczywiście nie mógł, a przeciwnik zaczął wstawiać masę stworów. Nie pomogły Crippling Chille, Cunning Strike’i i Warden of the Eye dla CA. Musiałem się złożyć, ale po epickiej grze. Wsajdowałem Disdainful Stroke’a, End Hostilities, jakieś inne cuda i zaczęliśmy drugą grę. Zaraz też skończyliśmy. Mi nie doszedł żaden sideboard. Po drugiej stronie zobaczyłem zaś najpierw Siege Rhino, a potem znowu demona, który swoją drogą wpadł na battlefield przez mój manifest, bo jeśli dobrze pamiętam byłem zmuszony skorzystać z Reality Shifta. Mogłem tylko rozłożyć ręce i pochylić czoła, bo pool był piękny. Przeciwnik fajnie złożył deck pod te 3 karty, nastawiając się na lategame. Bardzo mi się ten Abzan podobał.

W czwartej rundzie spotkałem chyba Mardu. Szybko przegrałem pierwszą grę tutaj, ale i pierwsza, i druga gra były dość wyrównane. W trzeciej za to przeciwnik miał pecha i zamiast czarów dochodziły mu same landy. Dobrał w sumie chyba 13 landów na 17. Bo tak, to różnie mogło być. W pierwszej grze mieliśmy też ciekawą sytuację, w której zostałem zaatakowany Kolagenem i dwoma stworkami, a miałem w stole Humble Defectora. Zablokowałem jednego ze stworków, odpaliłem umiejkę, zagrałem Refocusa, odpaliłem jeszcze raz i zaczęliśmy się zastanawiać, co się dzieje z Defectorem. Czy trafiając pod kontrolę oponenta opuszcza on combat i dmg w niego nie wchodzi, czy też otrzymuje obrażenia. Zastanawialiśmy się tak dobrą chwilę, czekając na werdykt sędziego i wstrzymując się z wykonaniem triggerów (znaczy, zdążyłem już dociągnąć karty, ale nie kontynuowaliśmy gry), po czym zorientowałem się, że smok i tak mnie zabija, bo daje dopak także sobie, a nie tylko innym stworom i przeszliśmy do kolejnej gry.

A teraz najlepsze – zapytałem potem Sebola (sędzia, którego możecie kojarzyć m.in. z forum mtgnews.pl) jak to jest z tym Humble Defectorem. Dopiero on zwrócił mi uwagę, że przecież na tej karcie jest napisane, że mogę odpalić dociąganie kart tylko w swojej turze! Całe szczęście tamta sytuacja nie miała znaczenia, ale nie jestem pewien, czy czasem w piątej rundzie nie miałem podobnej i czy nie miała ona wpływ na grę. Jeśli tak, to mogę tylko przeprosić, bo się nie zorientowałem. Nie zorientowało się też kilka osób, które w czasie pre też zastanawiały się nad tym zagraniem. Głupio mi trochę, zwłaszcza że wystarczyło tylko uważnie przeczytać kartę. Ba, zwróciłem na to uwagę zarówno gdy pierwszy raz ją zobaczyłem, jak i kiedy z Sołtysem robiliśmy przegląd kart. Ot, uroki pre, i przy następnym podobnym błędzie będę mówił to samo – wystarczyło przeczytać kartę.

Ale też nie była to jedyna rzecz, która wzbudziła wątpliwości i pytania w czasie turnieju. Jakoś Wizardom „udało się” wydrukować w FRF trochę niezbyt intuicyjnych kart. Sporo było też skomplikowanych sytuacji na battlefieldzie, ale to akurat trzeba zaliczyć na plus. Wracając jednak do Defectora – co by się stało, gdybym jednak mógł odpalić abilitkę? Okazuje się, że nie ma znaczenia, kiedy ją „uruchomię”. Blok zachodzi, więc zasadniczo nie otrzymuję obrażeń, ale stwór wychodzi z combatu. Jeszcze raz podziękuję tu Sebolowi za rozjaśnienie tej kwestii. Mam nadzieję, że i wam się kiedyś ta wiedza przyda.

W piątej rundzie trafiłem na starego znajomego, z którym już nie raz miałem okazje i przyjemność zagrać. O ile dobrze pamiętam, poprzednio to ja wygrałem. I to dużą liczbą punktów życia. Tym razem sam się mogłem przekonać, jak to jest. Soulfire Grand Master oppa sprawił, że Mardu Charm i atak z lifelinkiem pozwoliły my wskoczyć na 26 życia. Potem to już z górki, nic nie mogłem zrobić, bo zaryzykowałem rękę z Humble Defectorem, Collateral Damagem i dwoma landami. Reszta spelli, choć tania, nie miała znaczenia, bo zaciąłem się na manie po tym jak Charm spalił mi Defectora. W drugiej grze to ja byłem górą. Najfajniejsza była jednak trzecia gra, mimo paru moich błędów (m.in. nadziałem się na Arcbounda, zabrakło mi cierpliwości) bardzo wyrównana do momentu, w którym zobaczyłem Citadel Siege z nakładaniem counterków. O jaka ta karta jest dobra w limited! I jaka szkoda, że nie miałem okazji zobaczyć jej wcześniej, bo tak to bym się odpowiednio przesajdował. Miałem w końcu 3 karty na enchanty w białym. W połączeniu z Noxious Dragonem, zrobiła na mnie ogromną presję. Lataka pozbyłem się exilując go z Reality Shift, ale tylko odwlekałem to, co nieuchronne, bo stół miałem raczej pusty. Zaczęły mi jednak dochodzić jakieś karty i choć sytuacja nadal była zła, miałem szanse! Tak złapała nas terminacja i… trudno powiedzieć, kto by wygrał. Skończyło się remisem, ale po naprawdę ciężkim boju. Żeby było śmieszniej, mój oponent miał w tym momencie 2 wygrane i 3 remisy, bo do tak skomplikowanych sytuacji na battlefieldzie dochodziło, że go łapały terminacje. W sumie można to zaliczyć na plus FRF.

Podsumowanie i wrażenia z Prerelease Fate Reforged

W punktach, ale bez plusów i minusów:

  • To był bardzo fajny event. Atmosfera w sklepie dobra, gracze fajni, format ciekawy i mimo pewnej prostoty skomplikowany i dość głęboki.
  • FRF wydał mi się dość szybkim formatem, co wynikało chyba z tego, że grałem przeciwko aggro deckom. Na pre na pewno przeniesiona była waga z 3 i 5 tury na 2.
  • Ważne było tempo. Może nie było to tak wyraźne jak w Therosie, ale kto zaczynał, kto pierwszy zagrał kreaturę, ten narzucał inicjatywę i trudno było potem tę przewagę nadrobić.
  • Spokojnie można robić było dwukolorowe decki, ale nie zawsze się to opłacało. Jeśli ktoś miał fixing i dobre karty, to powinien był składać deck wielokolorowy, licząc na card quality.
  • Sprawdziłem to na swoim decku, i na talii przeciwnika z Abzanem, ale mogę założyć, że dotyczy większości talii na Pre: zmieściłem 6 kart z Khansów (nie licząc oczywiście Refuge Landów). W Abzanie było ich 7. Co dokładnie to oznacza, nie wiem, ale bez kart z KTK mój deck nie byłby równie mocny.
  • Jeskai spełnił moje oczekiwania. Pozwala grać na tempo, pozwala robić chore comba i CA, a Warden of the Eye jest tu chyba jeszcze lepszy niż był w czystym KTK. Humble Defector z Collateral Damage i Refocusem pozwalają zrobić piękne combo. Jeskai wreszcie wzbił się w powietrze, ale tak konkretnie, a nie na paru kartach. W KTK aż tak bardzo w przestworzach nie bujaliśmy.
  • Wynik 3-1-1 może nie wyglądać imponująco, ale wystarczył na zajęcia niezłego miejsca, bodaj czwartego i jakieś tam nagrody. W praktyce jednak równie dobrze mogłem pójść 1-1-3 i nic nie wygrać, a i tak bym był happy, bo FRF dało mi dużo frajdy. No i dawno nie grałem Magica na żywo, co też ma znaczenie.
  • Dromoka z mieczem to absurd. O ile artefakt ten sam z siebie jest po prostu ok, tak nawet przy jednej legendzie w decku sporo zyskuje i warto nim grać.
  • Dołączam się do tego, co Ober pisał w swojej relacji z Prerelease Fate Reforged. Manifest okazał się świetną mechaniką.
Print Friendly, PDF & Email

Komentarze