[Blog] Liga Gatecrash: ostatni turniej – powrót do Orzhovy

Kończy się przygoda z ligą Gatecrash. Przyszedł czas na ostatni turniej.

Tym razem mogłem się lepiej przygotować i na spokojnie już w poniedziałek kupiłem boostera. W środku znalazły się takie karty:

 

 

Nightveil Specter, Hellraiser Goblin, Tower Defense, Sunhome Guildmage, Clinging Anemones, Ivy Lane Denizen, Riot Gear, Furious Resistance, Deathcult Rogue, Primal Visitation, Tin Street Market, Devour Flesh, Greenside Watcher, Hands of Bindning.

Może nie jest to aż tak zła paczka, ale nie byłem za bardzo zadowolony. Boostera kupowałem razem z kolegą, który trafił na Zeganę – ta zaś świetnie by się wpasowała do mojego Simicowego decku. Gdybym pierwszy sięgnął po paczkę, pewnie byłaby moja. Ale tak to sobie zawsze można gdybać. To też jest urok Magica.

Z boostera na szybko wyciągnąłem tylko Devour Flesh, choć wolałbym trafić point removal, nawet w postaci Angelic Edicta albo Debtor’s Pulpit. Na turnieju brak takiej karty trochę mnie pokarał. Na razie jednak na szybko w sklepie rozegraliśmy pozaturniejową grę (Orzhova vs. Orzhova), którą bez większych kłopotów wygrałem. Problemy zaczęły się, gdy kolega pokazał swój zestaw graczowi o nicku saturos MTG. Z Orzhova powstał bardzo fajny, lekko zaczerwieniony Simic, który mocno mnie poturbował. Z kilku – może kilkunastu – rozegranych gier, nie udało mi się wygrać ani razu. Wiedziałem, że jak się spotkamy na turnieju, nie będę miał żadnych szans przeciw tej talii. Po powrocie do domu zacząłem kombinować z całym poolem, który wyglądał w ten sposób:

Cały zestaw:

White (23)
Blue (14)
Black (13)
Red (20)
Green (19)
Multi (39)
Colorless (8)
Land (6)
Pobierz decklistę w formacie:MWSMTGOCockatrice

Nadal sądziłem, że mój deck na Orzhovie nie jest optymalny. Wiedziałem też, czego mogę się spodziewać po deckach innych graczy. Postanowiłem zrobić sobie dwa inne warianty. Jako że trafił mi się Nightveil Specter i miałem trochę nieblokowanych stworów, postawiłem na Dimira. Wcześniej nie miałem okazji grać na żywo czymś takim, a spróbować nie zawadzi. Oto co mi wyszło:

pokaż / ukryj

Mój Dimir

Do złożenia drugiego wariantu skłoniła mnie obecność Sunhome Guildmage w ostatnim boosterze. Wcześniej i tak przymierzałem się do złożenia jakiegoś WR. Nie miałem większych złudzeń co do siły powstałego decku (w innych Borosach latały przecież Aurelia, Guardian of the Gateless, Firemane Avenger o Assemble the Legion nie wspominając), ale pocieszałem się sporą ilością kart za dwa many, Wrecking Ogrem i Gideonem. Do Borosa mam zresztą spory sentyment po prereleasie GTC, a i nawet biorąc pod uwagę wyrównany poziom wszystkich gildii, tę traktuję jako najbardziej solidną. Moja wersja Borosa wyglądała tak:

pokaż / ukryj

Mój Boros

Niestety, nie wiem, jak by się sprawdzała. Dzień przed turniejem poszedłem do wspomnianego wyżej znajomego potestować talię. Zacząłem od Dimira, z którym wiązałem większe nadzieje, ale znowu odbiłem się od tego Simica jak od ściany. Wygrałem chyba tylko raz, a i to ze względu na color screw u przeciwnika. Łudząc się, że może jednak da się coś poprawić, albo że mam zwykłego pecha, dalej waliłem głową w mur i po Borosa już nie sięgałem. Wyszły za to wszelkie wady decku – ot, choćby fakt, że Basilica Screecher mimo Flyinga i Extorta w zasadzie nic nie robi, że optymistycznie wsadziłem Shadow Alley Denizena, licząc na Best Case Scenario i w late nie robił nic, w early szybko przestawał mieć znaczenie. Za dużo było też drogich czarów i często zdarzało mi się podziwiać piękne magicowe obrazki na ręce, ale ani razu na battlefieldzie. Do tego przewaga po drugiej stronie była po prostu miażdżąca – jego Simic z dwoma Guildmage’ami, Fathom Magem, Zeganą i Domri Rade z Gruul Ragebeastem śmiał mi się w twarz i wprawiał w coraz większą depresję.

– Nie było sensu kombinować – uznałem i wróciłem do Orzhova, trochę ją modyfikując. Wszystko jednak z podejściem „whatever, i tak nic nie zrobię”. Skleciłem coś takiego:

pokaż / ukryj

Deck turniejowy: Orzhova

Kilka rzeczy wypadałoby skomentować. Po pierwsze, choć przy okazji całego turnieju chciałem, by podejmowane decyzje co do doboru kart miały sensowne uzasadnienie, tym razem w ogóle się tym nie przejmowałem. Talię składałem bardziej „na czuja” i trochę desperacko, bez wyszukiwania synergii. Po drugie, wypadałoby wyjaśnić obecność i nieobecność niektórych kart. I tak:

Nightveil Specter, mimo trzech czarnych mana w koszcie, spodobał mi się w czasie gry Dimirem i nie potrafiłem się przekonać do tego, że źle byłoby go wstawiać. Ponadto, trójka w plecach windowała go poza zasięg Mugging, o ewazji nie wspominając.

Undercity Plague – wstawiłem w miejsce, które później zajął Assault Griffin. Uznałem jednak, że potrzebuję coś w rodzaju finiszera, kartę silniejszą od wymienionego tu commona. Assault Griffin zazwyczaj szybko spadał, nie zmieniał obrazu gry (stąd początkowo aż dwa wylądowały w side). Tu była na to niewielka szansa. No i miałem Crypt Ghasta – niby synergii nie szukałem, ale jeśli były tak oczywiste…

Brak Basilica Guards mogę z kolei wyjaśnić tym, że – podobnie jak Orzhov Keyrune – karta ta w ogóle się nie sprawdziła. Był bo był, niby dawał Extorta, a w praktyce zagrywając go, oddawałem turę przeciwnikowi. Wszystko spoko, gdyby gra polegała na ustawianiu pasjansa. Ja jednak wolę atakować i wywierać presję, a nie być chłopcem do bicia.

Deathcult Rogue wybrałem do side, bo nie jest to zbyt silna karta, ale potrzebowałem czegoś z ewazją, gdyby po drugiej stronie pojawił się Domri Rade.

Vizkopa Confessor – „koleś 1/3, za 5 mana, nie wsadzaj go, jak by miał cztery w plecach to jeszcze” – tak usłyszałem, gdy zastanawiałem się wcześniej, czy skorzystać z tej karty. Sensowna argumentacja, szczególnie w środowisku, w którym lata sporo Borosów z kritami z trójką z przodu. Tym razem, wraz z Purge the Profane, uznałem, że to moje ostatnie deski ratunku przeciw deckom, które dociągają spore ilości kart (czyli Simici), a i na Borosa je wrzucę jeśli się sprawdzą. I faktycznie: sprawdziły się. W specyficznych warunkach, ale nie traktuję ich już jak zapychaczy w decku, gdy nie ma innych, lepszych kart.

Mając gotowy deck, z niezbyt optymistycznym nastawieniem powędrowałem na turniej (wcześniej sprawdziłem jeszcze jak ta Orzhova działa przeciwko Simicowi kolegi – wniosek: nadal nie działa). I tu zaczyna się to, co najciekawsze, czyli pojedynki turniejowe, ale – jak mawiał Bogusław Wołoszański – nie uprzedzajmy faktów. Najpierw wypada wspomnieć o jednej z gier ligowych, które zagrałem z Randomem. Tym razem podaję także decki przeciwników. Oto z czym przyszło mi się mierzyć:

pokaż / ukryj

Deck Randoma

Pozaturniejowa gra z Randomem

Random wygrał rzut kostką (9 do 4) i po mulliganie (Molten Primordial na ręce z jednym landem) zaczynał; ja keepnąłem od razu (bodajże Orzhov Guildgate, landy, Devour Flesh, Alms Beast, Syndic of Tithes). W drugiej turze po drugiej stronie stołu pojawił się Daring Skyjek, którego od razu ściągnąłem Devour Flesh (20-21). Trochę to opóźniło mojego przeciwnika, narzekającego na brak Foresta, dzięki czemu inicjatywa przeszła na moją stronę. Na stole pojawił się Syndic of Tithes, Crypt Ghast (niemal natychmiast spadł), a następnie Alms Beast i szybko zrobiło się 24 do 5, bo moje stwory nie były blokowane. Dopiero przy następnym ataku bestia spadła dzięki Martial Glory (24-11). Poszło też Clan Defiance (21-11). Ja jednak zagrywałem już Nightveil Spectera, który w kolejnym, kluczowym ataku zexilował Gruul Charma (23-3) i miałem otwartą drogę do zwycięstwa. Random miał na stole między innymi Truefire Paladina i Syndic of Tithes i tylko w powietrzu mogłem się przebić. Gdy jednak zagrał Madcap Skills na Paladyna i mnie zaatakował (18-3), ja odpowiedziałem Executioner’s Swing i było po grze.

Wygrana lekko mnie zaskoczyła, ale też całkiem dobrze dobierałem i miałem dobrą startową rękę. Wcześniej też zresztą tak bywało, że pierwszą grę z deckiem Randoma wygrywałem, by potem dostać wciry. Po drugiej stronie też były pewne problemy z maną – nadal nie byłem więc optymistą.

Druga gra również zaczęła się od mulligana (Ceratok, Prism, jeden land, reszta dwumanowe krity). Random wolał nie ryzykować skoro pierwszą grę przegrał. Zaczęliśmy standardowo – od drugoturowych dropów (ja oczywiście Syndic of Tithes) i wymiany ciosów (zeszliśmy do 14-16, u Randoma Skyknight Legionnaire i Syndic, u mnie dwóch Syndiców) aż do czwartej tury, w której pojawił się Alms Beast zaenchantowany w kolejnej turze Gift of Orzhova. Po ataku było już 21-7, ale wiele się jeszcze mogło zmienić. Sporo zależało od tego, czy dobiorę landa (by mieć 6 mana), czy nie; wystarczyłby choćby Act of Treason, albo niezablokowany bloodrush z Wrecking Ogre, abym to ja musiał się bronić. Random zresztą prędko wywindował się na bezpieczniejsze pozycje (27-10), lecz nie miał już niczego, co blokowałoby w powietrzu. To o tyle istotne, że wcześniej zagrałem Nightveil Spectera i Undercity Plague z Cipherem. Gdy więc potem dobrałem Gideona (od razu urósł do 7 LC) i zagrałem go z jednym extortem (28-9), a następnie zaatakowałem za siedem (28-2), mogłem odpalić plagę z kolejnym extortem i zerowałem Randomowi życie.

Gra turniejowa z Randomem

Szybko okazało się, że Random będzie miał okazję do rewanżu. W naszych pierwszych pojedynkach w lidze to on miał przewagę. Ostatnio bywało jednak różnie. Raz ja wygrywałem, raz on. Tym razem to ja zaczynałem. Zatrzymałem rękę, Random narzekał na swoją, ale też został i zaczęliśmy grę. T1 u mnie: Swamp, u niego: Mountain (i nienajlepszy draw); T2: Plains i Syndic of Tithes, Random w swojej dostawia landa; T3: kolejny Syndic z extortem i atak za dwa (21-17), po drugiej stronie Mountain i mogę grać; T4 to atak i Alms Beast, a u Randoma Ghor-Clan Rampager i kluczowe pytanie: mam removal, czy nie mam. Miałem. Poszło Devour Flesh z dwoma extortami (23-11), a na stole zadawałem 10 obrażeń. Random został na 1 i po chwili mogliśmy zaczynać kolejną grę. Gdybym nie miał Devour Flesh, straciłbym Alms Beasta. Random na ręce miał dopałki, ale Devour Flesh siadło w odpowiednim momencie. Wnioski przeciwnika po tej grze: agresywniej się mulliganować.

No i jak się okazało, w drugiej grze mulligan był niezbędny. Ja zostałem przy siedmiu kartach. Kolejna ręka stawiała przed Randomem to samo pytanie: zostać z tym, co jest, czy zejść do pięciu kart. Przeważyła pierwsza opcja, choć z lekko pesymistycznym nastawieniem. Zaczęliśmy prawie tak, jak poprzednio: ja od Syndyka, Random od landów. Tym razem pojawił się u niego Prism, Syndyk i po chwili punkty życia ustabilizowały się na 22-22. Wystawiony przeze mnie Crypt Ghast (z extortem, 23-21) został zmieciony przez Mugging, a szkoda bo 8 mana sprawiało, że w zasadzie się wysypywałem z kart i robiłem dużą presję. A tak musiałem wybierać kogo zagrać, nie wspominając o braku trzeciej czarnej many pod Nightveil Spectera. Gdy chwilę potem mi ginął, a na stole miałem Undercity Informera, zapomniałem zapłacić za jego poświęcenie i nie przewinąłem Randoma do landu. Wiele bym nie zmielił, bo land okazał się kolejnym drawem, ale to był jednak mały błąd, zwykłe gapiostwo, którego powinienem unikać. Na stole w tym momencie był względna stagnacja z Undercity Informerem, Vizkopa Guildmagem, Syndiciem i Basilica Screecherem u mnie oraz Wrecking Ogrem, Gruulowym Guildmagem i Syndykiem po drugiej stronie stołu. Być może w punktach życia miałem przewagę (23-14), ale była ona dość iluzoryczna. Random ostrożnie atakował mnie pojedynczym landem, ja asekurancko wpuszczałem, lecząc się extortami i bijąc nietoperzem za jeden w powietrzu. Oddałem jednak inicjatywę i w pewnym momencie Random zdecydował się zaatakować wszystkim przy 7 many i poziomie życia: 14-5. Desperackie natarcie równie desperacko zablokowałem. Zwiedziony przez Randoma, który twierdził, że ma na ręce Skarrg Goliatha, prawie wszystkie swoje stwory postawiłem na drodze Wrecking Ogre’a (ze Skarrgiem zadawałby 24 obrażenia). Liczyłem na to, że jakoś się wybronię, a w następnej turze coś uda mi się dobrać. Nie była to najlepsza decyzja, choć zamiast Goliatha pojawiło się równie problematyczne Martial Glory. Ogr, jak to ogry, zmiótł swoją wielką pałką moje stwory (14 toughnessa) i wbił mi z kolegami jeszcze parę obrażeń – było 6-5, ale nie miałem się już czym bronić. Nie dobrałem niczego, co by mnie ratowało. Zobaczyłem jeszcze Molten Primordiala i jedyne co mi zostało to roztasować karty.

Tym razem obaj wzięliśmy mulligana (u mnie były dwa Alms Beasty, Gideon i tylko jeden land – Swamp). Random zszedł jednak do piątki i zaczęło się podobnie jak w poprzednich grach (Syndyk u mnie, Prismy u kolegi), choć dość szybko spadliśmy na 11-9. W tym momencie rzuciłem Gift of Orzhova na Syndyka i zacząłem się odbijać (16-9), pojawił się Alms Beast, chwilę potem Gideon… i terminacja. Tu już się działy niezłe kwiatki (Random podleczył się z Alms Beasta, strącając go przy okazji; zagrał czerwonego Primordiala i pozbył się Gideona przejmując mojego Syndyka z Giftem, a nad stołem latały rady w stylu: „dobierz kartę z Prisma” [leżącego na stole u mojego przeciwnika]). W ostatniej turze udało mi się jednak jakimś cudem wbić siedem obrażeń i gra skończyła się na stanie 21-0.

Gra Turniejowa z Ensenem

Okazało się, że w kolejnej rundzie zmierzę się z Ensenem. Jego Simic był dla mnie, jak na tamtą chwilę, niepokonany. Wystarczy zresztą przyjrzeć się jego kartom, by zrozumieć dlaczego:

pokaż / ukryj

Deck Ensena

Rzut wygrałem ja, ale zacząłem od mulligana – biała ręka z dwoma czarnymi lądami, za duże ryzyko. Niewiele mi to pomogło, bo i tak po kilku turach stanąłem na dwóch landach i dwóch Syndykach, a po drugiej stronie wysypywały się stwory – od Cloudfin Raptora, Shamblesharka, Gyre Sage’a po Frilled Oculusa. Pojedynczy Executioner’s Swing w Sage’a niewiele zmienił (poszedł w manodajkę, bo bałem się drogich stworów, jak Zegana – nie wiedziałem, że Ensen zdecydował się grać bardziej agresywnie) i po którymś z kolei ataku musiałem się złożyć.

Mimo wygranej, Ensen zdecydował się przesajdować kilka kart. Musiał też mulliganować – ręka z jednym landem, bez pierwszoturowego stwora i ryzyko color screw. Początek to dwa removale z mojej strony (Devour Flesh i Executioner’s Swing) oraz Syndyk z Gift of Orzhova i po kilku atakach było 26-14. W tym momencie wszedł Alms Beast, który spadł w kolejnym ataku (30-19) i został zastąpiony kolejną bestią. Zameck Guildmage u Ensena nie dobierał niczego w odpowiedzi (praktycznie same landy), a w dość istotnym momencie Nightveil Specter zexilował mojemu przeciwnikowi Rapid Hybridization z topa i było po grze (przed ostatnim atakiem 39-2). Byłem zaskoczony przebiegiem gry, ale dwa Alms Beasty rzadko się trafiają. Gift of Orzhova również pokazał, że nawet na zwykłym chłopku 2/2 może sporo namieszać.

Ostatnia gra nie było już tak szczęśliwa. Zamiast Syndyka pojawił się Basilica Screecher (dopiero w T3, w T2 Devour Flesh w Experiment One). Gdy miałem trzy landy, Ensen uznał, że należy grać agresywnie (w obawie przed Alms Beastem) i zaatakował dwoma stworami dopakowując jednego ze Slaughterhorna (10-19). Zamiast bestii na stole pojawił się Crypt Ghast. I tu ciekawa rzecz, w kolejnej turze, w moim upkeepie, Ensen zagrał nań Rapid Hybridization – nie mogłem więc atakować, a do tego nie mogłem skorzystać z dodatkowej many produkowanej przez czarne lądy. Gra skończyła się moim błędem – Ensen zaatakował mnie, a ja zaryzykowałem i wpuściłem. W efekcie Ensen pozostał niepokonany: +3/+3 z Simic Charma zakończyło tę partię.

Warto tu jeszcze oddać na chwilę głos Ensenowi o jego sideboardzie:

„1 Burst of Strength – nigdy nie wsajdowałem
2 Adaptive Snapjaw – jednym z nich grałem na początku
2 Leyline Phantom – jw. jedna sztuka zanim trafiłem lepsze karty
1 Prime Speaker Zegana
1 Sapphire Drake – tym i powyższą koleżanką grałem mając 6, 7 i 8 boosterów, poźniej uciąłem szóstki i piątki i jednego landa, żeby zwiększyć agresję i zmniejszyć średni cmc. Oba wsajdowywane na wolniejsze MU
2 Hands of Binding – na decki z mala iloscia removalu, czyli na poczatku na Gruule (zanim dostaly lepszy removal) i na Simici
1 Totally Lost – grałem na początku, zanim dostałem charmy
1 Pit Fight – na Gruule, gdzie Burst of Strength nigdy nie siadał przy jego ogromnych bloodrushach
2 Scab-Clan Charger – grałem nimi na początku, później wsajdowywałem na Borosy
1 Drakewing Krasis – kiedy go wreszcie dostałem, wszyscy mieli już tak agresywne deck, że typ się co najwyżej wymieniał z Wojek Halberdiers i Boros Elite’ami. W sidzie na Espera.
1 Ooze Flux – za późno go dostałem, wszyscy mieli już tak dobre decki, że enchantment za 4 mana był za słaby, zwłaszcza na aggro, gdzie chciałem się szybko wymieniać. Wsajdowywałem na Espery.

Opcje na splash:

Czerwony:
1 Domri Rade, 1 Zhur-Taa Swine, 1 Ghor-Clan Rampager, 1 Gruul Keyrune, 1 Gruul Guildgate

Czarny:
1 Consuming Aberration, 1 Soul Ransom, 1 Balustrade Spy, 1 Dimir Keyrune, 1 Dimir Guildgate, 1 Watery Grave

3 Prophetic Prism

Ale w żadne splashe się nie bawiłem (raz na Espera dołożyłem czerwony, ale nie wystarczyło).”

Gra turniejowa z Fargornem

Kolejna runda i spełniły się moje najczarniejsze sny sprzed turnieju. Trafiłem na wspomnianego na początku kolegę z jego świeżo złożonym Simiciem. Tu już nie chodziło nawet o punkty – wygrana przyniosłaby mi po prostu sporo satysfakcji, wzmocniła morale i udowodniła, że jakoś tę grę ogarniam. Byłaby po prostu małym sukcesem. Oto deck mojego przeciwnika:

pokaż / ukryj

Deck Fargorna

Jako że wygrałem rzut, zaczynałem – oczywiście od Syndic of Tithes. Szybko go jednak straciłem zaskoczony atakiem, w którym przeciwnik dopakował się bloodrushem ze Scab-Clan Chargera (a miała być wymiana). Mój następny Syndic spadł od Mugging. Przy trzech Forestach i Simicowym Guildgate na stole pojawił się Fathom Mage – w tym momencie już było słabo. Wstawiony chwilę potem Crypt Ghast spadł od dopakowanego Frilled Oculusa z Pit Fightem, a gdy chwilę potem zobaczyłem Domri Rade, Adaptive Snapjaw i Cloudfin Raptora, wiedziałem że już po mnie. Żadne moje zagranie, nawet z extortami, nie mogło mnie z tego wyciągnąć. Żeby było zabawniej, przy stanie 6-8, zobaczyłem jeszcze Zeganę z 6 counterami. Ostatnia deska ratunku, Undercity Informer, niestety nie pomogła. Udało mi się przestallować, jedną turę blokując i poświęcając cztery stwory, ale w bibliotece przeciwnika pozostały jeszcze trzy landy. Nie dało rady.

Tym razem musiałem sięgnąć po sideboard. Nie liczyłem na to, że to cokolwiek zmieni, ale było jeszcze parę kart, którymi wcześniej nie grałem. W ten sposób do decku trafiło dwóch Vizkopa Confessorów i dwa Purge the Profane oraz Deathcult Rogue. Wyszło zaś – o ile dobrze pamiętam – Aerial Maneuver, 2x Basilica Screecher, Vizkopa Guildmage i Undercity Plague.

(Interlude: w międzyczasie inni gracze zaczęli rozkminiać opcję przeprowadzenia ligi Pokemon, a niektórzy zmaterializowali się w postaci avatarów z boosterów Lego – na stolikach pojawili się malarz i chłopek z gitarą: End of Interlude)

Grę zacząłem – do znudzenia w zasadzie – od Syndyka i Executioner’s Swing w kritę przeciwnika (19-17). Po drugiej stronie w tym momencie był Prism, dwa Foresty, Guildgate i Island, u mnie tylko trzy landy, bo nie dobrałem. W piątej turze udało się wystawić Swampa i Alms Beasta. Straciłem jednak Syndyka, a w stole pojawił się spory problem – Domri Rade (druga umiejka + dopak Oculusa). Atak bestią nie wyeliminował Planeswalkera (blok Oculusem: 19-16), ale zagrałem Vizkopa Confessora za 3 życia i pozbyłem się jednej karty z trzech (został Forest i Drakewing Krasis). Te zaś, wraz z kolejnym Oculusem z Domriego, pojawiły się na battlefieldzie. W kluczowym momencie zagrałem kolejnego Confessora (tak, doszły dwa!) i pozbyłem się Gruul Ragebeasta z ręki (11-16). W tym momencie było już po grze, mimo że z Confessorów i ataków mojego przeciwnika straciłem sporo życia. Tym razem to Domri nie dał rady, Zegana z 3 counterami również nie pomogła (szczególnie zneutralizowana Purge the Profane, też doszło!). Ciągły napór i trochę szczęścia dały mi zwycięstwo.

To jednak nie gwarantowało sukcesu. Na szczęście w trzeciej grze szybko doszedł Gideon, który zdominował partię i szybko wskoczył na 13 LC. Nawet nie bawiłem się w ultimatum i zaatakowałem (przeciwnik chyba liczył, że będę chciał je osiągnąć, dlatego nie atakował mojego PW, bijąc we mnie). Znowu udało mi się skorzystać z Confessora, a z ciekawszych zagrań warto wspomnieć tylko o Devour Flesh w stół, na którym jest tylko Frilled Oculus – dopakowany przez oppa, co daje mu nie 3 a 5 życia. Niby to drobiazg, ale warto pamiętać o takich szczegółach. Zdarza się, że decydują o wygranej.

Gra turniejowa z Riardinem:

Podbudowany zwycięstwem wiedziałem, że nawet jak przegram ostatnią rundę, to i tak wygrałem. Do gry z Riardinem podszedłem na luzie. Na pierwszą grę spory wpływ miał szybko wystawiony Gideon, mulligan do sześciu po stronie mojego przeciwnika i jego mana flood. Nawet Act of Treason i Guardian of the Gateless tu nie zmienili sytuacji. Po raz kolejny zagrałem też Alms Beasta. Dopiero teraz, spisując przebieg tych gier, zaczynam naprawdę doceniać tę kartę. Wymaga pewnych umiejętności w posługiwaniu się nią, bywa sytuacyjna, ale – jak można to zaobserwować po tym wpisie – często wygrywała mi gry.

Nie wiem czy słusznie, ale po wygranej pierwszej grze wsajdowałem Purge the Profane. Riardin na pewno dorzucił do talii czerwonego Primordiala. Druga gra nie była dla mnie już tak szczęśliwa: Truefire Paladin, Wojek Halberdiers – to mocne kreatury. A gdy jeszcze dostaje się z Act of Treason w Alms Beast to nawet i Gideon nie pomoże. Zresztą, żeby tylko raz… spotkały mnie dwa akty zdrady. Cytując mojego przeciwnika: „nie przegrałem ani jednej gry, w której trafiły mi się dwa Act of Treason”. Dodajmy, że w naszej grze zaczynał właśnie z nimi dwoma, paladynem i trzema landami na ręce.

Trzecia gra to kolejny mulligan u mojego przeciwnika (bez landów). W drugiej turze mój Syndic of Tithes został niecnie zmuggingowany. Uparte próby wstawiania kolejnego skończyły się kolejnym Muggingiem. Przyszedł więc czas na Alms Beast. Dwa ataki później (20-8) zagrałem Purge the Profane (discard Skyknight Legionnaire i landa), ale Riardin nadal trzymał dwie karty na ręce, a na stole siedział Daring Skyjek i Truefire Paladin. I tu popełniłem błąd, który najprawdopodobniej kosztował mnie wygraną. Postanowiłem grać asekurancko i zamiast wystawić Gift of Orzhova na Alms Beasta, wstawiłem Nightveil Specter. Bałem się Act of Treason i czułem się trochę zbyt pewnie – na stole miałem przewagę. Gdy w ataku straciłem Alms Beasta (wymiana z paladynem z +4/0 bez first strike’a, bo Riardin długo miał pięć lądów), nie sądziłem, że sytuacja może się odwrócić. Tymczasem chwilę potem pojawił się Guardian of the Gateless, na którego musiałem poświęcić Spectera i zagrać na anioła Executioner’s Swing. Chyba i tu powinienem zaatakować czym innym, bo w turze Riardina zobaczyłem kolejnego Mugginga, który – dla zasady – zmiótł mi trzeciego już Syndyka. Doszliśmy do sytuacji, w której ja miałem na stole Gideona i Undercity Informera z Gift of Orzhova, a Riardin Skyknight Legionnaire i Wojek Halberdiers. Niby nie wyglądało to źle, tyle że wtedy mój przeciwnik dobrał kolejnego landa. Na stole pojawiła się kiszona od samego początku Aurelia i po kilku desperackich próbach obrony, musiałem składać karty. W końcówce pojawił się także Firemane Avenger oraz Act of Treason – miały jednak minimalne znaczenie dla sytuacji na battlefieldzie. Z wydawałoby się bezpiecznych 21 punktów życia spadłem do 0 w jednym combacie. Mimo wszystko, tak przegrywać to ja mogę – po emocjonującej i wyrównanej grze, a nie ze względu na kłopoty z deckiem. Na koniec jeszcze decklista Riardina:

pokaż / ukryj

Deck Riardina

Punktacja końcowa i deck Aliena

W ostatni tygodniu mogłem dodać na swoje konto 18 punktów. Niewiele to jednak zmieniło, jeśli chodzi o miejsca nagradzane i zatrzymałem się na siódmej pozycji. Po zakończeniu całej ligi klasyfikacja wyglądała następująco (więcej informacji tutaj):

Jakub Kozak 126
Wojtek Herdzina 126
Philip Ten Elsen 120
Jakub Jemiołek 87
Mateusz Lelątko 81
Konrad Krzywański 79
Emil Marcinkowski 73
Marcin Świeboda 69
Łukasz Ledwożyw 54
Paweł Łoziński 48
Maciej Łoboda 42
Michał Mierzwa 34
Paweł Woźniak 21
Krzysiek Wywrot 12
Marcin Wajda 9
Mateusz Wodecki 9
Dawid Barciak 0

Maksymalnie za całą ligę można było uzyskać około 150 punktów (144 jeśli nie uwzględniać punktów możliwych do uzyskania z „małych” gier). Jak widać pierwszym trzem graczom niewiele zabrakło do tego poziomu. Ci z niższych miejsc grali sporadycznie lub dość szybko zrezygnowali (a szkoda). Moje siódme miejsce z jednej strony nie jest jakimś szczególnym sukcesem, z drugiej jestem zadowolony, bo odrobiłem sporo punktów po początkowych porażkach.

Opis ligi chciałbym uzupełnić jeszcze spisem talii Aliena z Top 4 – tak się akurat złożyło, że nie graliśmy ze sobą w ostatnim tygodniu. Po sajdzie miał on inny, bardziej agresywny deck, w którym  znajdowało się m.in. trzech Burning Tree-Emissary, co kładło większy nacisk na RG i dawało w rezultacie Naya tempo z aniołem i charmami z białego. Domyślnie wolał jednak postawić na Battalion. Side wykorzystał zresztą tylko w jednej grze z Ensenem (ze względu na dużą liczbę tabelek i długość tekstu, ograniczam się tylko do podania main):

pokaż / ukryj

Deck Aliena

Na zakończenie:

Liga to bardzo fajna forma gry. Towarzyszą jej większe emocje niż w przypadku pojedynczych turniejów. Spora w tym zasługa boosterów dochodzących co tydzień do puli. Turnieje Sealed lubię właśnie przez tę niepewność – co się trafi, jak się otworzy boostera i jak z tego poskładać deck. Sealedy mają to do siebie, że pula kart jest mocno ograniczona – zazwyczaj jest tylko jedna sensowna opcja na deck. Gdy jednak dochodzi do tego pięć paczek, zaczynają się problemy z obfitością. Nagle nie mamy za mało opcji, a zbyt wiele – coś, co sprawiło mi sporo kłopotu na wspomnianym w pierwszym wpisie 2HG.

Formuła ligi mogłaby być jednak dopracowana. Założenia – mecze ligowe, turnieje, małe i duże punkty – są idealne w próżni. W praktyce wyniki są podatne na manipulację, a prowadzenie punktacji jest czaso- i pracochłonne. Jest to też na tyle zagmatwane, że i samym uczestnikom towarzyszy niepewność, co do uzyskiwanego miejsca (choć oddanie tego elementu pod ich kontrolę, powinno część problemów z podliczaniem rozwiązać).

Niezależnie od tego, jeśli tylko kolejna liga w Dragonusie zostanie zorganizowana, to również wezmę  w niej udział – o ile oczywiście czas pozwoli. Mimo że nie udało mi się załapać na boosterowe miejsce, świetnie się bawiłem – w równej mierze dzięki samej lidze, jak i wyrównanemu środowisku limited GTC. Na koniec, chciałbym jeszcze podziękować organizatorowi za przeprowadzenie ligi i pozostałym graczom za wspólną grę. No i do następnego razu Smile

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze