Jak małym kosztem zacząć grać limited i rozwinąć umiejętności?

Dla uniknięcia wątpliwości już pierwszym zdaniu zaznaczę – artykuł skierowany jest do graczy początkujących, których ciągnie do formatów limited (sealed deck, draft), ale nie pozwalają im fundusze, a do tego bardzo nie lubią przegrywać Smile

Starzy wyjadacze nie znajdą tu raczej nic ciekawego, ale zachęcam wszystkich do czytania.

Do rzeczy. Wciągnęliśmy się w M:tG, pograliśmy trochę ze znajomymi jakimiś pożyczonymi kartami albo gotowymi złożonymi dekami. Dowiadujemy się, że istnieją dodatkowe formaty, gdzie talię składa się na samym turnieju. Co więcej, okazuje się, że te formaty są bardzo fajne, ale przy tym dosyć wymagające. No dobrze, jak się podszkolić. Pojawiają się dylematy – kupić bustery i pograć z kolegami, iść na zorganizowanego gdzieś drafta, złożyć na swoje potrzeby modną ostatnią kostkę (cube), a może po prostu zacząć grać na MTGO? Większość początkujących graczy rozpoczyna przygodę z limited od bardzo przyjaznych w formie turniejów prereleasowych, ale potem często brakuje motywacji lub pomysłu na dalsze granie limited i kolejne spotkanie z formatem następuje dopiero przy okazji następnego pre. Tylko że przy takiej częstotliwości grania, coś wyniki nie chcą się poprawiać. Postaram się wyjść w tym tekście naprzeciw potrzebom takich graczy i podać parę wskazówek, które pozwolą dobrze wejść w limited bez przegrywania przy tym dużej kasy – każdy doskonale wie, że na pewnym etapie życia po prostu dochody są zupełnie nieprzystające do potrzeb : )

Rzućmy zatem okiem na wspomniane we wstępie sposoby:

  • Drafty z oryginalnych busterów organizowane we własnym zakresie

Pomysł brzmi świetnie, tylko ma jedną podstawową wadę – jak na narzędzie ćwiczeniowe dla początkujących jest dosyć kosztowny. Na ogół trudno znaleźć grupę 6–8 chętnych, którzy wyłożą po minimum 30 złotych na głowę, żeby pograć sobie 4 godzinki na kuchennym stole. A znalezienie takich, którzy zdecydują się na taką inicjatywę więcej niż raz w tygodniu, to już w ogóle utopia. Druga sprawa to ten „własny zakres” – warto zadbać, żeby obejmował kogoś, kto na medżikowym gruncie stawia już nie pierwsze, ale choćby drugie czy trzecie kroki.

  • Oficjalnie organizowane drafty

Tutaj pozbywamy się wielu kłopotów wcześniejszej opcji. Mam kasę, to gram, nie muszę czekać aż koledzy uskładają. Spotykam lepszych graczy, uczę się od nich. Mimo tego jest jedna bariera, która skutecznie odstrasza wielu młodych od gry – ciągle dostaję po dupie, nic nie wygrywam i tracę kasę, którą mógłbym wydać inaczej. Oczywiście wiadomo, że na początku nie można oczekiwać superwyników i swoje baty trzeba zebrać, ale nie dziwię się części młodych graczy, którym po kilku bolesnych porażkach ochota na granie trochę odchodzi.

  • Drafty na MTGO

Tutaj sytuacja wygląda trochę jak w punkcie poprzednim. Dochodzi wprawdzie psychologiczny komfort, że nikt naszej porażki nie widzi, nikt nie wytyka głupich błędów i nie mówi – „&%$@%, jak mogłeś to puścić??!!”. Porażkę zdecydowanie lepiej się znosi w domowym zaciszu, ale też trudniej wyciąga się z niej wnioski. Inna ważna kwestia jest taka, że o ile MTGO świetnie sprawdza się do szlifowania umiejętności przez dobrych graczy, to u początkujących wyrabia nawyki, które nie pomagają im potem w normalnej grze. Tutaj nikt nie przypomni o triggerze ani nie przeszkodzi przeciwnikowi w płaceniu zieloną maną za czerwone zaklęcia lub przypadkowemu zagraniu dodatkowego lądu. Różnice między grą w realu a grą online to temat rzeka, ale uwierzcie mi na słowo, że pilnowanie i siebie, i przeciwników to w M:tG umiejętność podstawowa, a na MTGO się tego nie nauczycie.

  • Oglądanie draftowania prosów z Channel Fireball lub ich polskich odpowiedników
Trening matką i ojcem sukcesu

Trening matką i ojcem sukcesu

To dosyć rozwijające, ale oczywiście nie można tego traktować jako jedynej formy nauki. To trochę tak, jakbyście na podstawie pornosów chcieli się dowiedzieć, jak wyrwać koleżankę ze szkoły czy studiów. Po pierwsze nie ten poziom, po drugie potrzebna jest samodzielna praktyka (z kartami, nie pornosami).

  • Cube drafty

Kostka wydaje się świetnym rozwiązaniem. Daje dużo zabawy, można ją złożyć z posiadanych kart, więc nie trzeba się wykosztowywać, można zagrać wielokrotnie – no po prostu pięknie. Kluczowe jest tutaj to „złożyć”, bo złożyć dobrą kostkę trzeba umieć, a do tego trzeba ją porządnie przemyśleć i przetestować, żeby dobrze zbalansować kolory i układ poszczególnych typów kart w ramach poszczególnych kolorów. Nie wystarczy wrzucić losowo wyjęte karty z pudła. Nie mówię tutaj, że nie da się samodzielnie złożyć fajnej kostki, ale po pierwsze jest to wbrew pozorom dosyć czasochłonne, a po drugie dla początkujących może być trudne.

 

Co zatem proponuję? Swoiste połączenie wspomnianych metod, które jest bardzo proste, ale wciąż chyba niezbyt często praktykowane – drafty z samodzielnie przygotowanych repacków z danego setu (nawet bez erek, o tym później). Oto kilka zalet:

a) Łatwość skompletowania commonów i uncommonów.  Przy 8 graczach (czyli 24 busterach) potrzebujemy 240 commonów. Na przykład w dodatku Theros commonów (bez basic landów) jest 101, czyli właściwie po 3 sztuki każdego commona wystarczą, do przygotowania bazy, z której wylosuje się karty, które trafią do busterów. Oczywiście fajnie, kiedy kart będzie więcej, ale od czegoś trzeba wyjść. Uncommonów potrzebujemy 24×3, czyli 72. W Therosie jest ich 60, czyli minimum po 2 sztuki każdego uncommona powinny wystarczyć do stworzenia bazy. Skąd wziąć karty? Jeśli zagracie prerelease, ktoś przy okazji zagra rerelease, ktoś jakiegoś drafta, to po zebraniu wszystkiego do puli okaże się, że wiele już macie. O commony i uncommony warto też poprosić innych graczy, często dostaniecie je za darmo. Można też spróbować je kupić dosłownie za parę groszy. Oczywiście w każdym secie zdarza się kilka uncommonów kosztujących parę złotych, ale na ogół nie ma ich wiele.

dragon w limitedb) Zanim przejdę dalej, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, które wielu osobom pewnie od razu przychodzi do głowy – co z kartami rzadkimi i mitycznymi? Wersja minimalistyczna – grać bez nich i wrzucić w ich miejsce czwartego uncommona. Oczywiście w tym momencie draft oddala się trochę od rzeczywistości, ale dla celów szkoleniowych może to nawet wyjść na plus, a radości z gry także bardzo nie psuje. Spytajcie kiedyś dobrych graczy limited, czy wolą mieć po drafcie średni deck z dwoma rzadkimi bombami, czy synergiczny i dobrze ułożony kosztowo deck bez nich – odpowiedź będzie jedna. Złożenie dobrej talii, w przeciwieństwie do wyciągania z busterów potężnych erek, wymaga umiejętności, a to właśnie temu, poza dobrą zabawą, mają te repackowe drafty służyć. W czasie samej gry, kiedy trzeba zastanowić się, jaką sztuczkę przeciwnik może mieć na ręku, bierze się pod uwagę także głównie commony i uncommony. Trudno planować swoje ataki, przyjmując że jeśli przeciwnik gra czerwonym, to istnieje duża szansa, że w następnej turze wleci w nas Stormbreath Dragonem. Kolejna kwestia związana z tzw. bombami wygląda tak, że często po ich zagraniu przeciwnik ma turę na odpowiedź, a potem gra się kończy i żadne umiejętności tutaj nie pomogą. A to o szlifowanie umiejętności najmocniej nam chodzi.

Oczywiście po coś te karty rzadkie wymyślono i rozgrywka bez nich nie jest taka sama. Jeśli macie dosyć dużą pulę rzadkich kart, to fajnie jest dodać je do repacków i móc je draftować. Zdaję sobie jednak sprawę, że zwłaszcza na początku taka pula erek nie będzie łatwa do zgromadzenia. Pamiętajcie tylko, by nie próbować na siłę grać rzadkimi kartami, jeśli macie ich na styk – wiedza o tym, jakie rzadkie karty zostaną „otwarte”, może mocno wypaczyć i draftowanie, i grę. (Ta sama zasada obowiązuje, jeśli zdecydujecie się zasymulować występowanie w busterach foliowanych kart.)

c) Przygotowana pula kart jest oczywiście wielorazowa, więc po skończeniu jednego drafta można szybko zebrać karty i odpalić następnego – przy dobrej organizacji można zagrać 2 albo nawet 3 drafty na jednym spotkaniu. Niestety repackowe drafty pozbawione są radości i dreszczyku emocji związanego z otwieraniem nowych kart (każdy przecież skrycie wierzy, że w drafcie uda się otworzyć jakieś megasyty) i możliwością ich wygrania. Zamiast tego można podsycić chęć rywalizacji, którą przecież wszyscy kochamy, poprzez ustalenie jakiejś kwoty wejściowej, z której wypłacone będą nagrody (nawet jeśli kwota będzie symboliczna).

d) Dosyć ważna kwestia to dobór grających. Fajnie się gra ze znajomymi o podobnych umiejętnościach, ale chodzi o nam o to, by równać w górę, więc przydałoby się włączenie do ekipy także graczy o trochę większym doświadczeniu. Skąd ich wziąć? Cóż, każdy medżikowiec ma kolegów (z koleżankami bywa już czasem gorzej Big Smile, koledzy mają jeszcze innych kolegów i gdzieś w tym gronie pewnie znajdzie się ktoś grający lepiej. Warto poprosić, wielu grających zdaje sobie sprawę, że środowisko warto rozwijać, więc powinno się dać kogoś namówić.

e) Sealed czy draft? Formaty są trochę inne i trochę inne decki się w nich składa (w drafcie na ogół talie wychodzą nieco szybsze). Draft wymaga jednak zdecydowanie większych umiejętności i mniej zależy w nim od szczęścia, więc na etapie szlifowania umiejętności zdecydowanie polecam właśnie ten format. Dobry drafter na ogół będzie też dobrze składał decki w formacie sealed, natomiast dobry konstruktor decków w sealed nie zawsze będzie dobrym drafterem.

Mam nadzieję, że znajdzie się parę osób, które skorzystają z opisanej propozycji i uda mi się zachęcić do częstszego grania limited osoby, które nie są do końca przekonane do tego formatu M:tG lub brakuje im gotówki, by regularnie grać drafty sklepowe lub internetowe. Po zagraniu kilku draftów w domowych warunkach, zdobyciu trochę ogrania i pewności siebie zdecydowanie zachęcam do uczestnictwa w oficjalnych turniejach granych z nowych busterów. Bo tak naprawdę to tam można nauczyć się najwięcej i gra się najprzyjemniej. Zachęcam też do stawiania odważnych kroków – większe i poważniejsze turnieje cechują się bardzo motywującą atmosferą, która może naprawdę solidnie przełożyć się na Wasze umiejętności. Już za półtora miesiąca w naszym kraju odbędzie się święto medżikowego limited, czyli Grand Prix Warszawa (9-11 maja, 2014). Nie dajcie sobie wmówić, że umiecie za mało i brakuje Wam umiejętności. Zamiast tego grajcie dużo (na początek choćby repackami), odłóżcie trochę grosza i weźcie udział w solidnym turnieju. Gwarantuję, że przyrost umiejętności również będzie solidny, a wrażenia niezapomniane.

Do zobaczenia!

 


wicher redAdam Wicher – Gracz, który w Medżika bawi się od 15 lat, na przemian odchodząc od grania i do niego wracając. Uważa, że draft jest najlepszym z formatów, tęskni za Rochesterem.

Największe sukcesy to Top 32 i Top 64 na dwóch Grand Prix. Prywatnie redaktor i tłumacz języka angielskiego.

 

 

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze