Netdecking – dobry, zły i brzydki

Przyszło nam żyć w czasach, w których w zasadzie każda informacja jest „o dwa kliknięcia od nas”. Jaka będzie jutro pogoda, kto nie śpi, bo trzyma kredens, jaka dziś jest promocja w markecie. To wszystko stało się już na tyle naturalne, że przeniknęło też do naszego magicowego świata. Teraz mamy od ręki dostęp do decklist z Grand Prix/Pro Tour czy też różnych Rogue Decków. Netdecking to zjawisko powszechne jak poranna kawa czy internet w telefonie.

Jednak niewielu graczy pamięta (lub wie), jak to wyglądało kilka (-naście) lat temu, kiedy Magic jeszcze nie był zadomowiony w internetach, a po decklisty sięgało się np. do InQuesta. Ba, często nawet taka prasa była tylko dla „wybranych”. Decklisty rozchodziły się pocztą pantoflową, a talie powstawały „na schodach przed sklepem”.

Dziś najczęściej śledzi się większe turnieje i patrzy, co takiego wymyślili prosi lub co zostało na te eventy złożone. Netdecking stał się z jednej strony dużym udogodnieniem, a z drugiej przekleństwem. W tym artykule podzielę się z wami swoimi przemyśleniami i chociaż dla niektórych mogę brzmieć jak Kapitan Oczywistość, to uważam, że warto tej kwestii poświęcić moment refleksji.

Netdecking może być:

 

DOBRY

Thirst for Knowledge i netdecking w mtg

Thirst for Knowledge

No dobrze, macie już trochę kart w segregatorze/pudełku i chcielibyście coś z nich złożyć, ale nie jesteście w tym na tyle biegli, żeby zobaczyć wszystkie połączenia i możliwości, jakie możecie z waszych kart wycisnąć. Jestem niemal pewny, że nie tylko wy stajecie przed takim problemem. Co więcej znalazł się już ktoś, kto to rozgryzł i postanowił podzielić się swoim konceptem.

Super! Wy też go zauważacie i zaczynacie rozumieć, a nawet na jego podstawie widzicie kolejne rzeczy – uczycie się o tym, jak działają archetypy i jak wyglądają zmiany w meta. To czy dany archetyp jest silny/słaby w danym formacie i lokalnej grupie pozostaje już osobną kwestią.

*

Mija jakiś czas i macie nawet całkiem przyjemną talię, która trzyma się jakiegoś archetypu, ale czegoś wam brakuje i nie bardzo wiecie czego. Zaczynacie szukać i w pewnym momencie następuje klasyczny facepalm: – Fucktycznie, czemu na to nie wpadłem(-am)? Dzięki temu, po drobnej korekcie, wasza talia zaczyna sprawiać wam jeszcze więcej przyjemności z gry i być może zaczyna wygrywać więcej meczy. Dlaczego być może? Bo inni gracze też mogą szukać informacji i dostosować swoje talie do spodziewanego meta. Albo dlatego, że nawet ta zmiana w decku może nie poprawić jego skuteczności na tyle, aby rzeczywiście radził sobie w szerszym otoczeniu. Choć nie zmienia to faktu, że sam deck jest sprawniejszy.

*

Rozstaliście się z MTG. Ale tak naprawdę! Tak serio, serio!

No dobra. To jest jak nałóg, który okazuje się jednak silniejszy od was, więc postanawiacie wrócić. Wrócić, tylko z czym? Przecież karty albo sprzedaliście, albo oddaliście, albo już dawno wypadły z obiegu i nawet dla EDH’owców nie są interesujące. Załóżmy, że jednak chcecie zdobyć kilka punktów i mieć talię, a format który was interesuje to Standard, bo jest w nim najmniejsza pula kart do nauczenia. Bez ilości wiedzy dostępnej w sieci, byłoby to trudne, albo wymagało wiele czasu. Oczywiście mieć talię, a potrafić nią grać, to dwie zupełnie różne kwestie, ale tu również można wspierać się streamami, nagraniami, czy też starą dobrą… praktyką. Doświadczenie zawsze się przydaje.

*

Istnieją też gracze, którzy na podstawie popularnych decklist przygotowują się do turniejów – czy to indywidualnie (najczęściej na MTGO), czy to w grupie/teamie. Dla nich znajomość aktualnego meta jest bardzo ważną informacją, gdyż pozwala na wybór konkretnej talii, opracowanie konkretnej strategii i przygotowanie sideboardu. Niby proste, prawda? Otóż nic bardziej mylnego. Przygotowując się do dużego turnieju tacy gracze mogą jedynie gdybać i zakładać pojawienie się konkretnych archetypów, a wystarczy niewielkie przeszacowanie lub niedoszacowanie i cała strategia zaczyna się walić, bo nagle okazuje się, że w danym MU jest w talii jedna piąta martwych slotów.

 

ZŁY

Mad Prophet i netdecking w mtg

Mad Prophet

Jest poniedziałek. Wczoraj było Grand Prix Lorem Ipsum.

– Zobaczmy decklisty z Top 8… O! „Ta” fajna, ale w sumie to już ktoś „czymś takim” u nas gra, więc zobaczmy z czym przegrała… Hmm… nie przegrała, ale na poprzednim GP przegrała „z tym”. No to lecimy ze spisem.. to mam, to mam, ale reszty nie… No, to trzeba te karty szybko wyklikać w sklepach on-line, żeby na piątek były wszystkie, bo przecież przed FNM talia musi być złożona…

Sami przyznacie, że dość często pojawia scenariusz, w którym na turnieju przeznaczonym głównie dla początkujących pojawia się ktoś z topową talią i wymiata całe towarzystwo. Można się zawsze tłumaczyć: – Przecież inni też tak mogą zrobić.

Są jednak przynajmniej dwa powody, dla których nie mogą: albo ich nie stać, albo chcą próbować samodzielnie. Na dłuższą metę takie podejście szkodzi, gdyż potrafi mocno zniechęcić nowych graczy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z kartami.

*

„Kupię 4x Spell Queller, 4x Selfless Spirit, 4x Reflector Mage”
„Kupię 4x Cathartic Reunion, 4x Prized Amalgam, 4x Narcomoeba”

Wygląda znajomo? Zapomniałbym:

„TANIO” Wink

Chociaż nikt nie powiedział nic wprost, to równie dobrze mógłby sobie przyczepić kartkę „Gram U/W Flash”, czy też „Gram Dredgem”. Tu oczywiście mogą pojawić się komentarze w stylu: „no i co z tego?”. Albo: „a jak mam to inaczej kupić?”. O ile sposobów zdobycia kart jest obecnie sporo, a sprowadzenie kart z zachodu jest często tańsze niż zakup lokalny, o tyle przykład pierwszego komentarza jest jak najbardziej na miejscu. Czemu? Chodzi o informację. Tak – zwykłą informację, która dla jednych nie ma znaczenia, ale ma duże dla innych. I nie chodzi mi wcale o to, żeby talie składać „w podziemiu”, tylko żeby zwrócić trochę częściej uwagę na to co, kiedy i w jaki sposób się mówi.

*

Powszechność decklist w internecie prowadzi do spadku kreatywności graczy, bo przecież „po co mam się wysilać, skoro to wygrało tu i tu”. Wracając do wstępu – dawniej gracze dużo więcej kombinowali ze swoimi taliami, a nie brali gotowe „z półki”. Ten brak kreatywności wśród graczy jest niestety bronią obosieczną, bo śledząc rozkład meta można z dużym prawdopodobieństwem założyć pojawienie się konkretnych konstrukcji na danym turnieju, a to daje pole do popisu graczom kreatywnym, którzy mają meta w poważaniu i odkopują konstrukcję, na którą nikt nie jest przygotowany, wygrywając duży turniej. Tu nie trzeba wcale daleko szukać – wystarczy spojrzeć na ostatnie GP Dallas, które wygrał Skred Red.

 

BRZYDKI

Greed vs netdecking

Greed

Osoby, które zdecydowały się na poszukiwania spisów w sieci często googlają i trafiają na pewien „wytapowany” serwis, który swoimi zasobami przypomina bardziej stóg siana niż bazę sensownej wiedzy. Popularność i powszechność tego serwisu powoduje, że ludzie wrzucają tam bardzo różne decki. Często są tylko szkicami wrzuconymi „na chwilę” i nie są otoczone chociaż słowem komentarza.

Tego nie wiedzą niestety roboty indeksujące, więc możecie zupełnie nieświadomie trafić na taki spis „z tyłka” i w dobrej wierze zaopatrzyć się w brakujące karty. Później okazuje się, że wydaliście niepotrzebnie pieniądze, bo talia „nie działa”, a karty nie przydadzą się wam nigdzie indziej. Po taką wiedzę lepiej zajrzeć do bardziej zaufanych źródeł jak np. MTGGoldfish, ChannelFireball, MTGSalvation czy GatheringMagic.

*

Nie sposób nie poruszyć tematu nieodzownie towarzyszącemu grze, czyli kwestii pieniędzy; w końcu Magic to karcianka kolekcjonerska. Nie będę tu poruszał tematu przysłowiowego „leszczenia”, ale skupię się raczej na inwestorach i spekulantach. Dla takich osób informacja jest kluczowa, a dostępność decklist pozwala na konkretne działania. Oczywiście, dodatkowym źródłem tego rodzaju wiedzy są streamy z większych eventów, podczas których często dochodzi do wykupu konkretnych kart w sklepach on-line. Wiadomo. Praw ekonomii nie oszukasz, a popyt rodzi podaż. Co innego, jeśli kupujesz np. playset, którym masz zamiar grać i chcesz to zrobić póki jeszcze cena nie wzrosła, a co innego, jeśli ktoś wykupuje wszystkie najtańsze sztuki i sztucznie winduje cenę danej karty tylko po to, żeby za chwilę sprzedać te karty drożej. To niestety bardzo popularna praktyka w dzisiejszych czasach, a cierpią na tym przede wszystkim nowi lub mniej zamożni gracze.

Na koniec nasuwa się zasadnicze pytanie: czy netdecking jest dobry, zły czy brzydki? Tak jak w życiu – każdy kij ma dwa końce, choć w tym wypadku mamy raczej w ręku procę. Mógłbym odpowiedzieć: – 3x TAK, ale…

 

Balance vs netdecking

Balance

 

To „ale” jest tu kluczowe. We wszystkim można znaleźć złoty środek. Netdecking może z jednej strony pomagać w rozwinięciu zmysłu budowania talii, jednocześnie z drugiej prowadzić do spadku zróżnicowania wykorzystywanych kart i archetypów oraz mocno mieszać w karcianych finansach. Pewnie nie wszystkie kwestie poruszyłem w tym tekście. Niemniej wiedza o tym, czym jest netdecking i jak z niego korzystać, powinna być rozpowszechniana, zdobywana i użytkowana świadomie. To czy więcej płynie z tego korzyści, czy też więcej tu negatywów, pozostawię już indywidualnej ocenie każdego gracza.

To tyle na dziś. Trzymajcie się i pamiętajcie o swoich triggerach!


Grzegorz „VILQ” Wilczyński

Przygodę z MTG rozpoczął w czasach Mirage, by przerwać ją w okolicach Odyssey na ponad 10 lat. Nadrabia zaległości od Avacyn Restored. Ulubiona gildia: Golgari. Ulubiona karta: Hymn to Tourach (FE ver.1).

Autor serwisu/aplikacji Mana Vault oraz kanału na YouTube, a od niedawna sędzia Level 1.

Prywatnie ojciec, programista, muzyk i majsterkowicz.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze