Parę słów o Grand Prix Warszawa

Zacznę od tego, że nie kieruję tego wpisu do osób, które na turniejach typu Grand Prix bywały już nieraz. Wy już wiecie, z czym wiąże się tego rodzaju impreza. Wiecie, czego się spodziewać i na co się przygotować. Jeśli jednak ktoś wcześnie nie był na żadnym GP, może znajdzie tu coś ciekawego. Po części kieruję go właśnie do tej grupy czytelników Psychatoga. Przede wszystkim jest to jednak osobiste podsumowanie Grand Prix Warszawa – pierwszego mojego dużego magicowego turnieju. Nie jest ono jednak pisane z perspektywy gracza, a jedynie obserwatora.

 

Grać czy nie grać?

Im bliżej było do GP, tym bardziej się wahałem. Z jednej strony Ober potrzebował pomocy przy robieniu relacji. Z drugiej, taka okazja prędko się nie powtórzy. W tamtym czasie nic nie zapowiadało, że w 2014 będziemy mieć powtórkę (Warszawa, potem Praga), a wiedziałem, że do czeskiej stolicy w tym roku na pewno nie jadę (event kolidował z Polconem, coś trzeba było wybrać). Z kolei na dalsze eskapady nie miałem i nadal nie mam ochoty. Może kiedyś. Na razie bardziej mnie interesuje lokalna turystyka magicowa i jeżdżenie po Polsce.

Dodatkowym czynnikiem był brak ogrania. Nie miałem za bardzo okazji bawić się Magiciem w tamtym czasie. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz grałem turniej w standardzie. No i przede wszystkim – nie znałem formatu. Co z tego, że śledziłem zmiany, jakie wprowadziło M14? Co z tego, że oglądałem mecze i śledziłem decklisty? Co z tego, że orientowałem się w spisach decków, skoro to za mało. Znajomość formatu łączy w sobie zarówno wiedzę teoretyczną, jak i praktyczną. Tej drugiej mi brakowało.

Mimo to zacząłem składać różne decki. Grywałem nimi gdzie i kiedy tylko mogłem, głównie w sieci. Zacząłem też rozglądać się za kartami, które by mi było potrzebne. Przymierzałem się do różnych rzeczy, ale z jakiegoś powodu najbardziej nęciło mnie White Weenie (na przekór formatowi miałem ochotę na deck monokolorowy). Nawet w jednym z turniejów talia tego rodzaju znalazła się w jakimś topie. Szybko się jednak okazało, że wybierając coś takiego raczej nie mam szans w ówczesnym meta. Talie były za słabe, za szybko się składały – wszelkie WR (wspomnę tylko Boros Aggro Craiga Wescoe) czy WB na dłuższą metę miały przekichane, nie wspominając o czystym WW. Kombinowałem jednak dalej, dokupując karty i szukając możliwości pożyczenia brakujących do samego końca. Odpuściłem tak naprawdę dopiero jak już dojechałem do Warszawy. Za bardzo to moje „przygotowywanie” było chaotyczne by gra miała sens. Nastawiłem się więc na robienie relacji i na ewentualne side eventy – tyle miało mi wystarczyć.

Welcome to Magic

 

Jak tam jest?

Najpierw wypada powiedzieć, że na niektórych GP organizowane są konferencje sędziowskie. Więcej o nich (i o pracy sędziego) opowiadał Sebastian Pękala, poproszony przez nas o rozmowę w czasie Grand Prix. Zachęcam do poczytania tamtego wywiadu, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji. Niezależnie od tego, czy taka konferencja się odbywa czy nie, można chyba założyć, że jeśli przyjedziemy na miejsce bardzo wcześnie, to trafimy głównie na sędziów. Na GP jest ich zresztą tak wielu, że praktycznie potykasz się o nich co krok. Niekoniecznie obsługują oni sam turniej. Niezależnie od tego czy sędziują, czy przyjechali towarzysko, czy głównie na konferencję, znaleźć kogoś takiego na GP to nie problem. Piszę o tym dlatego, że w piątek, kiedy się pojawiłem w turniejowej hali, jeszcze zanim wszedłem do budynku, trafiłem na kilka sympatycznych osób. Szybko okazało się, że to właśnie sędziowie. Innymi słowy: o sędziego na GP nietrudno. I – jak mówił Sebol – po to oni tam są, by z ich pomocy korzystać, gdy ma się jakieś wątpliwości.

Równie prędko ustawiono dekoracje, a sklepy rozstawiły asortyment. Wkrótce też zaczęli pojawiać się pierwsi gracze. Spora część osób skupiła się wokół stoisk. Druga duża grupa stała w kolejce do zapisów na piątkowe triale i sobotni turniej główny. Po uzbieraniu się 32 osób zaczynały się pięciorundowe turnieje. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile ich odpalono – było tego trochę. Dla graczy ważne może być jednak to, że jeśli wybieramy się w piątek na GP, to nie ma raczej sensu, by zbierać się tam z samego rana. Lepiej się wyspać, dojechać sobie na spokojnie, zapisać się na turnieje, zagrać w trialu, popatrzeć na cudze decki, pohandlować ze sklepami (lub z graczami) i przygotować się na sobotę.

Z kolei sobota to już prawdziwe magicowe święto. Masa osób, masa znajomych (o ile macie znajomych ;p), masa prosów i znanych twarzy. Jest z kim pogadać, pośmiać się, pójść na piwo po wtopionym evencie – zresztą, co ja wam będę mówił. Wiecie o co chodzi, bo przecież na pewno bywacie na turniejach. Różnica tkwi w skali. Więcej wszystkiego – tak w skrócie można temat podsumować. GP jest więc znakomita okazją do tego, by spotkać się z innymi graczami, których znamy tylko z sieci. To oczywiście banalne stwierdzenie, ale warto rzecz podkreślić. Pół biedy jeśli chodzi o localsów – tych możesz znaleźć na wielu krajowych eventach albo złapać w necie. Jeśli jednak masz ochotę poznać swojego idola z zagranicy na żywo, tu będziesz mieć ku temu najlepszą okazję (nie wspominając o fajnych ludziach, na których można trafić w czasie gry).

Niedziela różniła się od soboty liczbą osób. Nie jest tak, że nagle hala się wyludniła i zostały puste stoły pośród których snuli się nieliczni  sędziowie i szczęśliwcy z Day 2. Mniejsza liczba graczy rzucała się jednak w oczy. Zwiększona liczba kibiców niewiele tu zmieniała. Pewnej zmianie uległa też atmosfera. Nie było już takiego gwaru, pojawiło się trochę więcej napięcia (kto wejdzie do topa!), ale ogólnie dzień był spokojniejszy. Liczba graczy ma jednak spore znaczenie – ale o tym też nie muszę chyba mówić. Wystarczy po małym FNM-ie wybrać się na prerelease’a. Oczywiście, im bliżej końcowych rund, tym więcej było słychać głosów: wejdę – nie wejdę? Mam szanse czy nie? Gdy zaczynał grać top, na hali mocno się przerzedziło. W zasadzie jedyna większa grupa jaką pamiętam, zgromadziła się wokół strefy, w której grała finałowa ósemka.

sklepy na grand prix warsaw

Sklepy na Grand Prix Warsaw

Warto powiedzieć tu słowo o układzie pomieszczenia. Na środku hali oczywiście rzędy krzeseł i stolików. Już sama ich ilość robi wrażenie. Niedaleko głównego wejścia na halę rozstawiła się akredytacja. Kawałek dalej – w piątek/sobotę, później się przenieśliśmy – było stanowisko dla Psychatoga i oficjalnego wizardowego coverage’u. Jeszcze dalej rozłożono ogrodzenia i stoliki dla feature matchy. Tu też ostatniego dnia rozgrywano topa. Na samym końcu, trochę na uboczu, znajdowało się kolejne ogrodzone stanowisko. Tam zaś mogliśmy znaleźć komentatorów, których gadanie cieszy nas lub irytuje w czasie oglądania meczów. Po drugiej stronie hali znajdowały się wspomniane wcześniej sklepy. Tam też było również miejsce dla artystów, z którymi przeprowadziliśmy rozmowę, czyli Jesperem Ejsingiem i Jeffem Miracolą. Kolejka – krótka bo krótka ale jednak – ustawiała się przy nich niemal non stop. Jeszcze dalej ustawiono konsolę z Duels of tha Planeswalkers. Mimo wygodnych kanap, niewielu zaszczycało ją swoją obecnością. Na ścianach i po bokach hali porozwieszano bannery i inne dekoracje. W pamięć zapadł mi szczególnie jeden z nich, ustawiony na zewnątrz z napisem: Welcome Magic: the Gathering. Miałem wrażenie, jak bym stał u drzwi czyjegoś domu – albo może raczej, jakbym stawał u bram do innego, fantastycznego świata. Porównać to mogę do uczucia, jakie może towarzyszyć oczekiwaniu na koncert czy ważny mecz.

A propos meczów – brakowało mi przy Top 8 jakiegoś telebimu czy czegoś w tym rodzaju. Nie przeszkadzałoby to w końcu innym graczom – oni wszakże już skończyli grę – pozwoliłoby za to kibicować bez przepychania się przy strefie dla topa. Zdaję sobie sprawę, że zorganizowanie czegoś takiego tylko dla tych ośmiu graczy to raczej zbyt dużo zachodu. Fajnie by jednak było, gdyby można było śledzić przebieg turnieju nie tylko na komórkach, czy domowych komputerach, ale i na samym sajcie. Może dzięki temu kręciłoby się na miejscu jeszcze więcej osób? A to z kolei mogłoby prowadzić do jeszcze większej liczby side eventów. Znaczy, fajnie gdyby przełożenie było takie proste. Chodzi mi jednak o to, że gracze i fani mieliby kolejny powód, by przebywać na miejscu. Im więcej atrakcji dla osób nie biorących udziału w grze, tym lepiej dla samej imprezy.

Oczywiście, główna oferta to dodatkowe drafty, moderny, standardy i legacy, jednak jest to droga zabawa. Były co prawda happy hours – można było grać za połowę ceny – ale o ile perspektywa draftu M14 za 40 złotych jeszcze nie jest jakaś straszna, o tyle wydanie na niego dwukrotnie wyższej kwoty odstraszała część osób. A szkoda – gdyby kwota ta była choćby na poziomie 50-60 złotych, pewnie organizatorzy wyciągnęliby ze mnie więcej kasy. I tak znalazło się sporo amatorów grania, ale koniec końców „zagrałem” tylko jednego. Zagrałem jest tu specjalnie w cudzysłowach, gdyż turniej był rozgrywany na zasadzie single elimination. W decku – zbierałem GW – trafiło mi się kilka sliverów, kilka fajnych stworów (Seraph of the Sword – 1 pick, Witchstalker), ale niemal wcale removalu i sztuczek. Gracz z prawej puszczał mi biały i zielony – kolory wydawały się więc otwarte. Gracz z lewej otworzył jednak – jak się potem dowiedziałem –  Archangel of Thune – nie muszę chyba mówić, co to oznaczało. W pierwszej rundzie trafiłem zaś na przeciwnika grającego RB. Jak zobaczyłem w drugiej grze dwóch Blightcasterów to zwątpiłem. Pozostaje mi więc zapamiętać – jeśli gracz ma na koszulce Supermana, lepiej będzie mi od razu się złożyć.

Przy okazji mojego drafta, warto jednak wspomnieć o sposobie zapisów na coś takiego. Oczywiście idziesz, płacisz wpisowe i w tym momencie dostajesz coś w rodzaju pagera, wyświetlającego liczbę graczy w kolejce, pikającego jak się zbierze ósemka. Udajesz się wtedy w umówione miejsce zbiórki, a potem sędzie sprawdza obecność i prowadzi chętnych do stolika. Podobało mi się to rozwiązanie – jest wygodne i bezstresowe. Na marginesie, nie wspomniałem tu o dwóch ponoć fajnych rzeczach na warszawskim GP: konkursie Richarda Hagona i konkursie organizowanym przez sędziów. Mówię „ponoć”, bo sam nie brałem w tych atrakcjach udziału. Słyszałem jednak, że się podobało. Niestety, to wiedza z drugiej ręki.

Oczywiście, nie wyczerpałem tematu. Chodzi mi jednak o uzupełnienie relacji o parę – w gruncie rzeczy – banalnych kwestii. Wraz ze zdjęciami powinno być teraz łatwiej wyobrazić sobie, czego można się spodziewać na GP. Żeby zaś dowiedzieć się o innych kwestiach (symbolicznie nazwę je tu „urokami barki”), trzeba po prostu przyjechać na miejsce i zagrać. Rzecz jasna ze znajomymi.

 

Psychatogowa relacja z Grand Prix Warszawa

Najważniejsza dla mnie kwestia w tym wpisie znajduje się w tym miejscu. To była moja pierwsza relacja live z turnieju i ciekaw jestem, co się w niej podobało, co było słabe, co można by dorzucić, czego było za dużo. Relację robiliśmy w kilka osób – jest tutaj. Część planów wypaliła. Część rozeszła się po kościach lub na bieżąco była zmieniana. Tu mały przykład: z artystami miały być dwa wywiady, a nie jeden; przygotowane wcześniej pytania nie padły lub zostały zmodyfikowane w zasadzie przed samą rozmową; na porządne przygotowanie się i zapoznanie z twórczością obu panów nie starczyło mi już czasu. Standard – każdy plan w zderzeniu z rzeczywistością, zgodnie z prawami Murphy’ego, jest na straconej pozycji. Były też rzeczy, które nie wyszły (mieliśmy robić coś w rodzaju „Quick question” i ankiet. Z pewnością niektóre rzeczy dało się zrobić lepiej. Dlatego na przyszłość chętnie usłyszałbym sugestie i wszelkie pomysły. W końcu relacja z turnieju powstaje dla czytelników Psychatoga.

grandi prix warsaw ficzery

feature match area

Oczywiście mam swoje własne przemyślenia. Choćby w wywiadzie z artystami widzę parę rzeczy, które można byłoby lepiej poprowadzić. Podobnie przy spisywaniu przebiegu jednej z gier, nie zdążyłem już dojść do polskiego gracza, zapytać go o zdanie. Udało mi się tylko pogadać z Reidem – ale co to była za rozmowa. Facet sympatyczny, mówi rzeczowo i dużo, a ja stoję nie bardzo wiedząc, jak spamiętam wszystko, co mówi. Dobra to była lekcja na przyszłość. Następnym razem będę bardziej przygotowany.

W ogóle to spisywanie gier unaoczniło mi jedną rzecz – niby wydaje się, że opisać coś takiego to rzecz banalna. Wyszło jednak coś, co kiedyś na FB ktoś podsumował mówiąc, że moje teksty sprawiają wrażenie, że nie wiem o czym piszę. Częściowo słowa te trafiły w punkt. Nie aspiruję do tego, by być wyrocznią w jakiejkolwiek sprawie dotyczącej Magica. Nie jestem nią. Jest masa rzeczy, których nie wiem. Brak wiedzy jest dla mnie jednak w pewnym stopniu, bez przesady rzecz jasna, zaletą. Pozwala świeżo spojrzeć na rzeczy, które dla bardziej doświadczonych osób wydają się oczywiste – a takie nie są. Pozwala to też zachować ciekawość tematu. Pomaga drążyć go, próbować znaleźć inne sposoby jego opracowania i przede wszystkim – nie pozwala się nim znudzić. Nie ma nic gorszego jak ekspert, który wie wszystko, a jego zdanie jest „święte” i jedynie słuszne. W tym sensie brak wiedzy jest dla mnie obronną tarczą, dzięki której mogę nadal pisać o Magicu i czerpać z tego przyjemność.

Nie oznacza to jednak, że uważam, iż należy być „opornym na wiedzę”. Wręcz przeciwnie, trzeba robić wszystko, aby poszerzać swoje horyzonty, a krytykę przyjmować z pokorą i z dystansem. To oznacza też, że warto się do danego zadania dobrze przygotowywać. I tu wracamy do kwestii znajomości formatu. O ile orientowanie się do kibicowania wystarczy, o tyle do prowadzenia relacji to trochę za mało. Tu brak wiedzy objawia się w złej postaci, co w efekcie daje powierzchowne potraktowanie pewnych problemów lub sadzenie błędów. Niezłym przykładem na zobrazowanie tego zjawiska mogą być ostatnie kontrowersje wokół komentarzy Dariusza Szpakowskiego (niczego mu nie umniejszając, choć tu dochodzą jeszcze inne kwestie). W praktyce u mnie, w czasie relacji z GP, skończyło się na tym, że choćby Reida nie bardzo wiedziałem, o co zapytać. A nawet jak wiedziałem, czasem trudno mi było to wyrazić. No ale cóż, człowiek stale się rozwija i uczy na własnych błędach.

W sumie jednak jestem zadowolony. Poznało się przy okazji parę fajnych osób. Powstała relacja chyba była w miarę fajna, a sądząc z komentarzy wywiady też się spodobały. A propos – nie chcę zapeszać, ale jest – na razie mała – szansa, że na Psychatogu ukaże się jeszcze jeden tekst tego rodzaju, będący pokłosiem Grand Prix Warszawa. Zobaczymy, czy się uda.

Przy okazji mała prośba – jeśli będziecie kiedyś na GP i Psychatog będzie prowadził relację, to śmiało uderzajcie do nas z plotkami, uwagami i spostrzeżeniami, komentarzami, dzikimi techami, czy relacjami z meczy! Twórzmy te relacje wspólnie. I przy tej okazji – dzięki wszystkim, którzy nam przy tym pomagali.

 

Drobiazgi, o których warto pamiętać

Jeszcze zanim zakończę ten wpis, chciałbym wspomnieć o kilku rzeczach. Na tej liście na pewno nie wielu ważnych kwestii. Jak ktoś ma własne uwagi do dodania, to zachęcam by je wpisywać w komentarzach. Może się przydadzą kiedyś przy przygotowywaniu tekstu do działu „Jak zacząć” czy też dłuższego artykułu poradnikowego o przygotowaniach na Grand Prix. To co tu wypunktowałem nie wynika też z mojej gry, a z tego co widziałem, z tego co się działo na sali.  Dla wielu będą to kwestie dobrze znane, niektóre nawet oczywiste. Myślę jednak, że warto o nich przypominać lub po prostu polecić je uwadze graczy, którzy jeszcze nie byli na tak dużym turnieju:

  • grand prixPrzed GP warto wystarać się o 1-2 baje (bye). Jest masa triali i turniejów przygotowujących do tej imprezy. Ostatnia szansa na ich zdobycie jest w piątki przed samym turniejem, ale lepiej mieć temat z głowy i spokojnie jechać z bye’ami w kieszeni na turniej. To banał, ale te trzy rundy z górki w sobotnim turnieju głównym to jednak spory profit.
  • Lepiej jest się zarejestrować online przed turniejem – wtedy zostaje już ewentualnie tylko kolejka po maty i promki w piątek. Dodatkowo, wprowadzono ostatnio zmiany, jeśli chodzi o możliwość rejestracji na miejscu. Do tej pory można to było robić jeszcze w sobotę przed turniejem. Teraz zostaje tylko piątek. Lepiej więc mieć temat z głowy i na ten dzień przyjechać tylko po to, by na spokojnie potwierdzić udział w imprezie.
  • Dobrze jest przygotować sobie walutę. Nie tyle chodzi tu o nastawianie się, że w czasie weekendu przehulamy ostatnie oszczędności – to też – ale jeśli będziemy chcieli handlować ze sklepami, to prawdopodobnie będą one miały ceny w euro. Tak było przynajmniej na GP Warszawa. Jak to wygląda w innych miejscach – nie wiem. Przeliczniki były jednak na korzyść sklepu. Można się oczywiście targować, ale jeśli ktoś nie potrafi/nie umie/nie lubi, to powinien sprawdzić jakie sklepy mają zgodę na handel kartami. Warto tu dodać, że sklepy mają chyba wszystko, co tylko można dostać. Jeśli zaś ktoś chce handlować z innymi graczami – to lepiej pamiętać o tym, że uczestnicy turnieju mogą z tego powodu zaliczyć DQ.
  • Warto odpowiednio zabezpieczyć swoje rzeczy. Magicowe święto ściągnęło nie tylko entuzjastów karcianki, ale również profanów wykorzystujących okazję. Czasem winni byli zresztą sami gracze, którzy rozkojarzeni zapominali o swoich fantach. Zdarzały się więc niestety kradzieże i zagubienia – wspominaliśmy o tym w relacji. W kontekście bagażu warto też pomyśleć, co my z nim zrobimy ostatniego dnia, kiedy trzeba się wymeldować z hotelu. Pakowanie się z plecakami na sajt może się okazać sporym kłopotem, a jeśli gramy – dodatkowym rozpraszaczem.
  • Zawsze w razie problemów warto pytać sędziego o pomoc. Podkreślał to Sebol w wywiadzie. Sędziowie są po to, by graczom pomagać, a nie po to by wlepiać za każdym razem DQ. Niech to będzie kolejna okazja, by o tym przypomnieć.

 

Słowo podsumowania

Czy żałuję, że pojechałem? Mimo że nie grałem, bynajmniej. To była naprawdę świetna impreza. Warto było choć raz w życiu coś takiego zobaczyć. Łatwiej mi będzie odnaleźć się na kolejnych GP – a zamierzam kiedyś na jakieś się jeszcze wybrać. Czy żałuję, że nie zagrałem? Może trochę, ale naprawdę w niewielkim stopniu. Owszem, mata fajna. Promka też spoko. Jednak równie dużo fajnego działo się poza stołami, przy których ludzie przekręcali kartoniki. Poznałem parę ciekawych osób. Dowiedziałem się jak GP wygląda od kuchni. Trochę pobawiłem się w dziennikarza. Nie mogę narzekać. Powtórzyłbym to jeszcze raz. Niestety, za rok GP Warszawa jest w Sealedzie. Tego już raczej jako gracz nie odpuszczę.

grand prix

Mata i promo karta, rozdawane za udział w GP

 


Informacje o autorze, możecie znaleźć w dziale redakcja.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze