Raport z MOCS Monthly Eventu

Pauperowe wygrane pozwoliły mi zebrać minimalną liczbę Qualifier Pointsów, która uprawniała mnie do uczestnictwa w turnieju MOCS Monthly Event. Udało mi się to jeszcze we wrześniu i miałem teoretycznie opcję i na Standard, i na Moderna. Taki był kalendarz, że już MOCSy w limited zostały rozegrane, a kolejne eventy w tym formacie odbywałyby się już w nowym sezonie i wszystkie zgromadzone QPki przepadłyby.

Problem w tym, że nie miałem decku ani do jednego, ani do drugiego. Co więcej, T2 pokrywało się z Tolarią, a że postanowiłem się na nią wybrać, więc zostawał Modern. To zdecydowanie droższy format, a ponadto wymaga trochę doświadczenia i ogrania w meta. Turniej MOCS byłby zatem rzucaniem się na głęboką wodę. Nie bardzo miałem jednak wyjście. Na szczęście, udało mi się wziąć udział w evencie i przygotować z tegoż ten krótki raport.

Właściwie poczucie, że marnuję okazję do gry w MOCS, było dla mnie największą motywacją. W najgorszym razie miałem zamiar zarejestrować byle jaki zlepek kart (np. trollując Zombie Treasure Huntem), aby tylko dostać promkę i właściwie od razu zdropować. Zdecydowanie wolałbym limited ze względu na „darmowe” karty i znane mi środowisko (wtedy jeszcze EMN/SOI). Nawet jeśli wiedziałem, jak działają Modernowe decki, to co innego praktyka, co innego teoria. Nie czułem się w tym pewnie i nie spodziewałem się wiele, nawet gdyby udało mi się zdobyć deck.

Jeszcze przed samym turniejem zastanawiałem się, którą talię wybrać. Musiała spełniać jeden z trzech warunków: budżetowość, dostępność (np. jeśli chodzi o pożyczenie kart) lub niski koszt rozbudowy w oparciu o moją online’ową kolekcję. Przez chwilę zastanawiałem się nad Dredgem, ale jak tylko zobaczyłem, ile online kosztuje Golgari Grave-Troll, odpuściłem. Akurat był w swoim szczycie koło 25 tixów, dwa razy tyle co na żywo, a że gra się playsetem, nie zdecydowałem się na zakup. Gdybym miał zamiar zagościć w Modernie na stałe, to może by to miało sens. Na jeden turniej? Nie bardzo.

Alternatywą było sięgnięcie do oberowego URa (zwanego także Suicide Bloo), o którym pisał on w tym miejscu i który dał mu Top 8 na wrocławskim WMCQ. Ta opcja była bezpieczna i wygodna. Mogłem pożyczyć od niego część kart. Miałem kogo podpytać o porady, a do tego ogarniałem bez większych problemów, jak tym deckiem grać i czego się mogę spodziewać. Być może nie jest to „nobrainer” zupełny i trzeba wiedzieć parę rzeczy o formacie, aby na przykład nie nadziać się na removal, zostając z niczym, jednakże mogłem w UR Prowess wskoczyć bez obawy, że się pogubię. Zresztą na podobnej zasadzie działała Atarka Red, z którą walczyłem przez jakiś czas w T2. UR Prowess wydawało się naturalną kontynuacją tamtych zmagań.

Nie miałem wszakże opcji, aby grać dokładnie tym samym spisem co Ober. Dlatego też mój deck wyglądał tak:

pokaż / ukryj

UR Prowess aka Suicide Bloo

ur prowess, modern mocs

Main od oberowego spisu różnił się przede wszystkim Stormchaserami. Ober stosował Kiln Fiendy. Mam z nimi trochę doświadczenia, bo w pauperze gra podobny deck, ale nie mam wyraźnej oceny tego, co lepsze. Na pewno czułem się bardziej bezpiecznie w niektórych sytuacjach ze stworkiem, który rośnie, ma haste i przede wszystkim ewazję. To ten ostatni czynnik może robić największą różnicę między oboma stworami (chociaż względna odporność na bolta też ma istotne znaczenie). Kiln na pewno jest bardziej eksplozywny i combogenny.

Druga istotna różnica to budżetowe Molten Rainy w side. Nie ma co udawać, że to taka alternatywa dla Blood Moona. Deszcz nie zastąpi księżyca. Nie powstrzyma oppowi planu na grę. Nie wyłączy mu manabase. Kiedy ktoś pogra trochę w Modernie, szybko się przekona o przydatności tej karty. Parokrotnie żałowałem, że jej nie mam. Opcja zakupu była, ale sytuacja była dokładnie taka sama jak w przypadku trolla. Na jeden turniej mijało się to z celem.

Cała reszta chyba nie wymaga większego komentarza. To mniej więcej to, co można spotkać w tym archetypie. W chwili kiedy tekst się ukaże, minie już trochę czasu od MOCSa, więc na pewno w sieci będą bardziej aktualne spisy. UR Prowess nieźle sobie zaś radzi, więc zainteresowanym polecam pogooglać albo połowić złote rybki. Samo działanie talii Ober też opisał już wystarczająco dobrze, więc po raz kolejny mogę odesłać do tamtego tekstu, jak ktoś ciekawy.

 

Turniej MOCS Monthly Event

Przed samymi MOCSami pograłem parę 2-manów i testowych gier. Generalnie to całkiem znośnie wyglądało i w miarę dobrze sobie radziłem. Najważniejsze, że poznałem talię i wiedziałem, jakie ma humory, jak ją traktować oraz doświadczyłem trochę meta. To było takie krótkie, może powierzchowne, ale istotne przygotowanie się do turnieju. To, że podchodziłem do niego na luzie, nie oznaczało, że mam na tę głęboką wodę rzucać się całkiem bez przygotowania.

Jeśli ktoś nie gra MOCSów, a zastanawia się, jaka jest skala tego rodzaju turniejów, to wypada wspomnieć, że grało 660 osób. I też wypada podkreślić, że za darmo QPków nie rozdają, więc przynajmniej teoretycznie poziom był niezły. W praktyce różnie z tym bywało. Gry opisuję na podstawie notatek i tego co pamiętam, bo niestety z jakiegoś powodu przy środowym uaktualnieniu zaraz po MOCSach wykasowało mi wszystkie powtórki. W efekcie im późniejsze rundy, tym bardziej lakoniczna relacja. Szkoda, bo chciałem zapisy z nich nagrać, zanalizować swoją grę i zawrzeć tu parę porad i spostrzeżeń odnośnie do decku i MU. Może przy następnych MOCSach.

 

Runda I

Przeciwnik: Habakiri

Mój przeciwnik grał jakąś wersją Grixis kontroli, może nawet delverem. Co prawda insekta nie zobaczyłem, ale w talii oppa były Thing in the Ice, Snapcaster Mage, Creeping Tarpit i standardowy zestaw paleń, drawu, removalu i tym podobnych zabawek. Po prawdzie wątpię, aby człowiek-mucha tam faktycznie był, ale jestem w stanie sobie to wyobrazić.

Pierwsza gra poszła szybko. Wystarczyło agresywne podejście – Swiftspear (podratowany Mutagenic Growthem przed boltem), a potem Thing in the Ice i jeszcze jeden Swiftspear. Opp w tym czasie na stół wstawił swojego Thinga, który wszakże spadł, gdy zaatakowałem mnichami, bo po bloku opp dostał z bolta, a Thing z Gut Shota. Po kolejnym ataku mój Thing był tylko o spell od flipa, a opp został na 3 życiach, więc choć jeszcze mi tam Kolaghan’s Commandem zniszczył jednego Swiftspeara, nie pozostało mu nic innego jak poddać się.

Drugą grę zacząłem wolno od Thing in the Ice, który w pewnym momencie spadł i tak z Murderous Cuta. Za Thingiem pojawiły się u mnie dwa Stormchasery. Jednego z nich uratowałem Gut Shotem przed boltem, co o tyle jest warte wzmianki, że opp poczekał z paleniem i strzelał w moją kreaturę po moim ataku. Ten jeden punkcik mniej zyskał, ale i tak po chwili się poddał, mimo że teoretycznie na 12 życiach, z 3 landami nie był w tak bardzo złej sytuacji. Ja się kisiłem na dwóch, co biorąc pod uwagę trzeciego chasera na łapie i dwa bolty nie wyglądało optymalnie (na szczęście UR Prowess nie potrzebuje wielu landów, aby wygrać; trzy chyba są najbardziej optymalne). Generalnie w następnej turze nie zabijałem, a dowolny removal psuł mi całkowicie plan na grę. Opp zagrał jednak Snapka, dograł z grobu Serum Visions i się poddał. Jakoś to łatwo poszło.

Cała partia trwała ledwie 15 minut. Po pół godzinie było już tylko około 60 meczy (z początkowych 330), z czego można wyciągnąć różne wnioski (np. że Modern to szybki format; że jest agresywny i że było dużo aggro; że gracze byli doświadczeni i wiedzieli jak grać, itp). Ale mimo to nie nastawiałbym się na błyskawiczne rundy. Zawsze się znajdą jacyś maruderzy albo ludzie co sądzą, że np. Lantern Control to fajny archetyp i warto nim męczyć przeciwników (piszę to w kontekście powolnych graczy, z tego rodzaju co godzinami zastanawiają się, którego z dwóch Islandów zagrać w pierwszej turze).

Mecz: 2-0
Turniej: 1-0
Miejsce: 129

 

Runda II

Przeciwnik: ArcaCrema

Znam tego gracza z paupera. Jest dobry i bawi się tam Affinity. Nie zdziwiło mnie więc wcale, że i w Modernie grał tym archetypem.

W pierwszej grze opp prawie mnie załatwił, wysypując się szybko z agresją, w tym dwoma Vault Skirge’ami. Zobaczyłem też dwa Steel Overseery i choć jednego zabiłem (bodaj z Gut Shota), to z drugim był problem, jako że nie miałem odpowiedzi. Spadłem szybko na 7 życia. Uratowało mnie to, że w stole siedział mi Thing in the Ice. Miał trzy counterki na sobie, ale potrzebowałem tylko jednego spella dobrać, bo miałem na łapce dwie Manamorphose. Siadło z nich palenie i przeciwnikowi stół wrócił do ręki. Ja zaś wyłapałem jeszcze Bedlam Revelera. Teraz to ja robiłem presję i opp mógł się tylko bronić, licząc na dobranie Galvanic Blasta i dopalenie mnie. Miałem w tym momencie trzy życia. Na stole jednak znajdował się Reveler, flipnięty Thing i dwóch Stormchaserów. Kiedy tylko mogłem, zaatakowałem, a opp postanowił dodatkowo zaryzykować i nie zablokował jednego z moich chaserów (w przypadku bloku nie wygrywałbym w tej turze, ale przeciwnik zostałby z pustym stołem). Strzeliłem więc z bolta w twarz i z pięciu punktów życia po drugiej stronie zrobiło się zero.

thing in the ice na modern mocs

Drugą grę ArcaCrema zaczął od piątki, a ja keepnąłem onelandera. Miałem dwa palenia, miałem draw. Uznałem, że mogę sobie pozwolić na keep i dobranie drugiego landa nie będzie trudne. Szybko spaliłem Vault Skirge’a i Signal Pesta, więc Springleaf Drum nie mógł być aktywowany, a i bronić się opp nie miał czym (na ręce też wiele nie miał – był Glimmervoid, Galvanic Blast i kolejny bęben, co pokazała mi Gitaxian Probe). Wiedziałem, że jestem w dobrej sytuacji, gdy dobrałem drugiego landa. Potem był kolejny i nie dość, że w stole miałem 2 Thingi (jeden z nich ratowany Mutagenic Growthem przed Blastem), to jeszcze zagrałem dwie Manamorphose oraz Molten Rain, aby w jednej turze się flipnąć i z deszczem zadać w sumie 16 obrażeń. Opp spadł do 2 punktów życia i się poddał. 25 minut i runda jest moja!

Ten keep onelandera to jednak była głupota. Gdyby nie mulligan do 5 i gdyby nie fuksiarskie dobieranie u mnie, nie wygrałbym tego rozdania. Wygrałem tu nie skillem a szczęściem. Po meczu miałem poczucie, że ta affka na moją rękę była zbyt eksplozywna i niepotrzebnie ryzykowałem. Udało się, ale nie wzięcie mulligana w tym konkretnym przypadku było błędem. Możliwe, że w jakiejś mierze ta chwila refleksji i zwątpienia miała wpływ na kolejny mecz.

Mecz: 2-0
Turniej: 2-0
Miejsce: 5

 

Runda III

Przeciwnik: Naisirc

Oczywiście nauki z poprzedniej gry nie wyciągnąłem i tym razem też zatrzymałem onelandera. Smuteczek, bo opp wziął mulla do 6 i keepnął Valakuta wraz z Mountainem oraz całkowicie zieloną ręką (Sakura-Tribe Elder, Search for Tommorow, Explore, Primeval Titan). Tak, tak, to był Titan Shift. Skąd wiedziałem, co opp zatrzymał? Gitaxian Probe, oczywiście. Niestety, chociaż sytuacja wyglądała nieźle, to ja tego drugiego landa jednak nie dobrałem. Przeciwnik za to jak najbardziej i to oczywiście Foresta. Ja wiele tu nie pograłem, a za to zobaczyłem tytana i Valakuta.

Druga gra wyglądała bardziej sensownie, bo szybka agresja załatwiła sprawę. Bycie na play robi różnicę. Poza tym chyba oppowi trochę zabrakło paliwa i nie podeszły te karty, które powinny (czyli side i wincony). Przyznam, że średnio to pamiętam, a jakoś od tego momentu minęła ekscytacja turniejem i notatki mam dużo bardziej pobieżne.

W trzeciej grze odczułem bardzo boleśnie brak Blood Moonów. Przeciwnik załadował do talii sweepery, removal i przeszedł na bardziej kontrolny wariant. Chyba nawet nie zagrał mi tu jednego stwora, a jeśli już to Eldera. Szybko się zresztą wyrampował i wykręcił mi combo. Może go tylko opóźniłem o jedną turę, bo raz zagrałem Molten Raina, ale mimo mojej agresji to opp kontrolował tę partię. Gdybym miał w tamtym momencie Księżyc, zniwelowałbym zagrożenie ze strony Scapeshifta. Skończyło się na porażce, bo nie miałem w sajdzie droższej karty. Dlatego też trochę szkoda mi tego meczu. Z drugiej strony, nie mogę narzekać. To był mój pierwszy kontakt z tą talią i to była dobra nauka. Możliwe też, że w jednej z gier szansę na wygraną jednak miałem, ale wypuściłem ją z rąk. Wydawało mi się, że przynajmniej raz niepotrzebnie painowałem się z landów, a także nie odpaliłem w odpowiednim momencie boltów (pod kątem Prowess). Wychodziło mi, że opp zostanie na jednym życia, jeśli to zrobię, ale może źle policzyłem? Cóż, na replayu już nie sprawdzę, bo go nie ma, ale mogłem polec na matematyce.

Mecz: 1-2
Turniej: 2-1
Miejsce: 155

 

Runda IV

Przeciwnik: thinenagooyen

I proszę, kolejny Valakut-Scapeshift! Ech, trzeba było jednak kupić te Blood Moony. Tu jednak to ja wygrałem obie gry! Niestety, wiele więcej nie pamiętam Smile Ale też warto dodać, że na tym etapie liczba graczy zmniejszyła się do 404 (czyli 202 meczy). Zrezygnowała już ponad jedna trzecia graczy (w tym paru niezłych) i wbrew pozorom to ważne info, szczególnie dla tych, którzy zastanawiają się, czy w ogóle sobie zawracać głowę takim turniejem. O tym jednak później.

Mecz: 2-0
Turniej: 3-1
Miejsce: 71

 

Runda V

Przeciwnik: DoogieH

Tym razem trafiłem na Death’s Shadow. Według niektórych UR Prowess to taka gorsza wersja shadowa i na pewno jest wiele podobieństw. Oba decki są na przykład bardzo agresywne. Co za tym idzie cała zabawa zamienia się w wyścig, który czasem oponent wygra, bo był na play. Jest to wyścig specyficzny, bo obrażenia zadawane przeciwnikowi działają także na jego korzyść, przyspieszając zagrywanie Death’s Shadow. Jego deck jest też tak skonstruowany, że sprzyja painowaniu się. Nie wdając się więc za bardzo w szczegóły, trzeba uważać, bo drobny błąd, zła sekwencja kart i można przegrać w zasadzie znikąd. Czasem też o wszystkim zadecyduje top deck i to, kto pierwszy dobierze tego ostatniego bolta potrzebnego na dobicie. Tak było właśnie w decydującej, trzeciej grze tej rundy. Sytuacja była taka, że albo ja dobiorę palenie pierwszy, albo oponent. Tym razem mi się udało i skończyłem 2-1 po ciężkim i emocjonującym meczu. Choć nie trwało to długo, potyczka dostarczyła mi sporo wrażeń.

Mecz: 2-1
Turniej: 4-1
Miejsce: 26

 

Runda VI

Przeciwnik: SuperDudu

Kolejny Death’s Shadow, ale ten gracz miał dużo bardziej agresywną konstrukcję. Było w niej więcej stworów i pod tym kątem bardziej przypominała Zoo. Po pół godzinie gry niestety to przeciwnik zwyciężył.

Mecz: 1-2
Turniej: 4-2
Miejsce: 70

 

Runda VII

Przeciwnik: PDeS

I kolejna affka, co przyjąłem bez zaskoczenia, bo z PDeSem nie raz spotkałem się w pauperze, gdzie też pociskał tym archetypem. Tak czy siak, dobry gracz, a mnie trochę w tych grach zabrakło paliwa. Swoje zrobiły także Arcbound Ravagery. Tę rundę też przegrałem.

Mecz: 0-2
Turniej: 4-3
Miejsce: 121

 

Runda VIII

Przeciwnik: evilpirate

Kolejny pauperowiec. Oczywiście, nie oznacza to, że ci grający paupera ograniczają się tylko do tego formatu, ale jednak sporo znajomych ksywek trafiam. Tym razem mój przeciwnik gra deckiem, o którym od Obera wiedziałem, że jest problematycznym MU. Chodzi o Ad Nauseam, które jest z tym swoim combem albo nieco szybsze, albo korzysta z kart (Phyrexian Unlife, Angel’s Grace), które kontrują Prowessową strategię. Ściganie się ponoć jest możliwe, walkę ponoć można nawiązać, ale dla niedoświadczonego noobka to było zadanie zbyt duże do przeskoczenia. Podobnie jak w przypadku Titan Shifta to było moje pierwsze spotkanie z talią, ale tu wrażenie było dużo mniej przyjemne. Tam był lekki żal, że nie mam tej karty, która dałaby mi wygraną. Tu zaś było poczucie zagubienia, niezrozumienia, stłamszenia i totalnej opresji. Doszło do tego dodatkowo – mówiąc szczerze – trochę wstydu, że oddałem oppowi wygraną.

Pierwsza gra była w zasadzie bez historii. Wiecie, szybkie Ad Nauseam. Zanim się zorientowałem, o co chodzi, było już po grze. W drugiej opp się uparcie kopał po combo, negując moje ataki. Tu trochę wtopiłem, bo mogłem być bardziej agresywny, ale się tej talii przestraszyłem i za bardzo bałem się dowolnego efektu foga. W efekcie dałem oppowi czas na zagrywanie tych jego Unlife’ów i innych rzeczy i opanowanie sytuacji. Prawdziwy fail zaliczyłem jednak w chwili, w której opp w końcu odszukał to Ad Nauseam. Miałem wtedy dwa Dispele na ręce, ale nie skontrowałem! Powody były dwa. Po pierwsze, chciałem zobaczyć, co się stanie. Po drugie, z jakiegoś powodu sądziłem, że opp nie może sobie odjąć życia, bo zginie. Chyba to przez Phyrexian Unlife; wydaje mi się, że ubzdurałem sobie, iż jak zacznie się painować z Ad Nauseam, to będzie sobie zadawał poison countery. Rzecz jasna to tak nie działa, ale skąd mogłem wiedzieć? Opp chce się zabić, to spoko. Zresztą, koncept, że można mieć ujemną liczbę punktów życia i nie ginąć nadal wydaje mi się tak absurdalny i nieintuicyjny, że choć wiem, co się właściwie stało, wciąż trudno mi się z tym pogodzić. I nie chodzi tu o głupią decyzję z nie zagrywaniem kontry, tylko o to jak to całe Ad Nauseam działa. Karta z tekstem „dobierz 20 kart i wygraj” nie wydawałaby mi się równie nieuczciwa i nienaturalna.

ad nauseam vs suicide bloo na modern mocs

Tak czy siak, po tym meczu byłem lekko podłamany oddaniem wygranej, matchupem, wynikiem turnieju i trzema porażkami z rzędu. Do reszty turnieju zacząłem podchodzić totalnie na luzie, traktując go jako zbieranie doświadczenia, a nie walkę o nagrody. Przesiedziałem przy kompie już tyle czasu, więc jeszcze tę rundę albo dwie wytrzymam.

Mecz: 0-2
Turniej: 4-4
Miejsce: 154

 

Runda IX

Przeciwnik: Btx

Mój oponent grał burnem. To oznaczało ostrożność w zagrywaniu landów (uniknąłem utraty paru punktów życia wstawiając z feczy nieodtapowane shocklandy), uważanie na removal i zagrywanie czarów z phyrexiańską maną normalnie. Dzięki temu w pierwszej grze jak tylko  flipnąłem Thing in the Ice, to opp się złożył, mimo że miałem zaledwie 8 życia. Widocznie przeciwnik nic nie dobrał i wiedział, że nie jest w stanie się uratować. W kolejnej turze zabijałbym go Thingiem i Swiftspearem. W drugiej grze opp już wyraźnie grał od niechcenia. Był ewidentnie bardziej zniechęcony ode mnie. To też pewnie miało jakieś przełożenie na to, że bardzo szybko ten mecz wygrałem i korzystając z wolnej chwili, mogłem zabrać się za czytanie tekstów do przeglądu.

Dodam tu jeszcze, że w tej rundzie było już tylko 98 meczy. Około 200 graczy, przy czym odpadła całkiem konkretna grupa prosów i dobrych graczy, a pewna liczba meczy była rozgrywana na niższych miejscach. Część ewidentnie grała o topa i jak tylko zobaczyli, że nie dadzą rady, to rezygnowali. Dlaczego znowu o tym piszę? Bo ta spora grupa, która odpadła, pozwoliła takim jak ja przebić się do miejsc z nagrodami. Jest po prostu trochę łatwiej niż choćby na GP czy na PPTQ. Owszem, nagrody są syte tylko dla topa, ale za 8-10 godzin siedzenia to i głupi boosterek zawsze mile widziany. Dlatego jeśli czytasz to i masz wątpliwości, czy jest sens grać taki event, polecam ci jednak spróbować, jeśli będziesz mieć okazję. W najgorszym razie posiedzisz trochę przed kompem i nabierzesz doświadczenia, obycia w formacie i będziesz się dobrze bawić. W najlepszym? Cóż, życzę Topa Smile

Tak czy siak, na mnie czekała jeszcze jedna runda.

Mecz: 2-0
Turniej: 5-4
Miejsce: 115

 

Runda X

Przeciwnik: kumaaa

Na koniec trafiłem na talię, którą rozważałem na starcie. Yup, mój oponent grał Dredgem. Obie gry były szybkie i w obu najistotniejszy okazał się Thing in the Ice, który ślicznie czyścił stół przy flipie i znakomicie współdziałał z Temur Battle Ragem. Cóż z tego, że opp zalewał battlefielda stworkami. Atak po flipie, a w międzyczasie jakieś bolty i tym podobne rzeczy. To wystarczyło do wygranej.

Nie wiem dokładnie, na którym miejscu zakończyłem cały turniej. Akurat tego sobie nie zapisałem. Za wynik 6-4 udało mi się jednak zgarnąć 2 boosterki Eldritch Moona i 1 Shadows over Innistrad. Akurat na drafta. To niewiele. Ba, szczerze mówiąc, po tak długim czasie grania to trochę ochłap i trudno taką wygraną traktować na poważnie, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Mecz: 2-0
Turniej: 6-4
Miejsce: ?

 

Kilka uwag o decku

Przesadą byłoby powiedzieć, że UR Prowess to łatwy deck, ale też nie jest aż taki trudny. Albo inaczej – bardzo łatwo załapać jak on działa, ale jednocześnie opanowanie go na wysokim poziomie i regularne wygrywanie wymaga trochę wprawy. Trzeba podejmować sporo decyzji i nie da się tym grać na zasadzie „zagrywam stwora i przekręcam go w prawo”. To trochę bardziej finezyjna sprawa, ale w Modernie jest trochę combo-aggro decków, więc dla doświadczonych graczy to żadna nowość. Jak ktoś jednak przeskakuje z T2 do Moderna lub preferuje czyste aggro lub midrange, będzie musiał się przestawić na bardziej ostrożną grę.

Kolejną rzeczą charakterystyczną dla Moderna, do której grający inne formaty będą musieli się przyzwyczaić, jest kwestia zarządzania landami i życiem. Choć UR Prowess korzysta tylko z dwóch kolorów, to i tak z ziem można oberwać bardzo konkretnie. W niektórych MU nasz life total ma małe znaczenie. W innych może zadecydować o wygranej. Niby to jest banalne, zwłaszcza dla modernowych wyjadaczy, ale ten krwawy manabase to coś, z czego trzeba nauczyć się korzystać. I to też działa na korzyść Moderna, o ile lubicie takiego Magica, który wymusza na was podejmowanie decyzji. W UR Prowess jest to o tyle ważniejsze, że painujemy się nie tylko landami, ale także spellami. Gitaxian Probe, Mutagenic Growth, Gut Shot – te czary nabijają Prowess i pozwalają nam wygrywać, ale wraz z landami jednocześnie sprawiają, że zadanie sobie samemu 7-10 obrażeń w jednej grze nie powinno dziwić. Niedoświadczonemu graczowi może to sprawiać problem. Zresztą, sam już trochę gram, a dopiero w połowie MOCSów się zorientowałem, że przecież Manamorphose może mi dawać zieloną manę na zagrywanie Growtha bez tracenia życia. Powinienem to ogarnąć od razu, ale zafiksowanie się na kolorach decku, a także fakt, że nie było to potrzebne wcześniej, sprawiły, że to przeoczyłem. Może jak bym pamiętał o tym od początku, to niektóre moje zagania wyglądałyby inaczej.

Najważniejsze w tym wszystkim jednak było to, że deck prowadziło się przyjemnie i mimo upływu dwóch miesięcy od MOCSów nadal chyba nieźle się sprawdza w meta, mimo że raczej niewielu zaskoczy. W najlepszym wypadku są podobne konstrukcje, na które ludzie są przygotowani. Jakimś dowodem na skuteczność talii może być wszakże World Magic Cup, na którym topowe drużyny miały tych decków sporo (ale też należy pamiętać o specyfice granego tam formatu, czyli Team Unified Moderna). Online deck stanowi w tej chwili 3,32% pola. Nie wiem, czy jest sens nim grać teraz w Modernie, ale gdybym miał na poważniej w format wchodzić, zacząłbym od tej właśnie talii, bo mam już z nią jakieś doświadczenia.

 

Po turnieju

Powiem krótko: cały event to była świetna przygoda! Moje pierwsze poważne spotkanie z Modernem okazało się całkiem udane. 6-4 w nieogranym formacie, z deckiem, który ledwo co wziąłem do ręki, to może nie jest jakiś niesamowity sukces, ale i tak się z tego cieszę. I nawet nie chodzi tu o nagrody, bo te, tak szczerze mówiąc, jak na parę godzin spędzonych przy kompie były marne. Fakt, że po drodze poradziłem sobie jednak z paroma niezłymi graczami, a także sama możliwość zagrania w MOCSach i zwieńczenia w ten sposób sezonu całkowicie mi to wynagrodziła.

Niestety, nie skończę tego tekstu w jednoznacznie pozytywny sposób. Nie bardzo bowiem widzę szanse na to, aby powtórzyć „wyczyn” i dostać się na kolejny MOCS Monthly Event. Wszystko przez to, że Wizardzi postanowili ukarać pauperowców odebraniem im QPków. Rozumiem decyzję, która miała na celu odróżnienie gry competitive od friendly, jednakże rykoszetem trafiła ona w bieda-format. Do tego doszły Treasure Chesty, przez które szansa na to, że można zrealizować marzenie „od paupera do bohatera” (Moderna, Standardu, Legacy lub Vintage) drastycznie zmalała (nawet po zmianach curated cards i wycięciu z TC play pointów). Dostając paczki, mogliśmy liczyć na pewny zysk, co pozwalało gromadzić tixy i kupić w końcu jakiś deck. Teraz mamy loteryjkę, która częściej daje bezwartościowe karty niż coś faktycznie przydatnego. Nie wyobrażam sobie budowania kolekcji poprzez otwieranie chestów zarówno ze względu na losowość, jak i fakt, że od razu co bardziej wartościowe karty się sprzedaje. Zresztą, nawet wygrywając ligę, czułem się tak, jak bym tracił tylko czas. Kiedy wygrywając wszystko, masz wrażenie przegranej, nie jest wcale dobrze (zmiany w TC trochę poprawiły sytuację, ale…).

Do tego doszła również zmiana pauperowego meta. Wraz z Kaladeshem Bogle przestały działać (meta się dostosowało wreszcie do drejka) i straciłem energię do szukania kolejnej skutecznej talii. Straciłem na jakiś czas ochotę do grania constructed i competetive. Wszystko to sprawia, że na jakiś czas odstawiłem MTGO, skupiając się na innych rzeczach. Może wrócę do zabawy wraz ze zniknięciem Peregrine Drake’a. Może zainwestuję wreszcie w deck do Moderna, choć nie bardzo jestem na to gotowy. Zobaczymy.

To wszystko przełożyło się również na decyzję o nie jechaniu na Grand Prix Warsaw. Nastawiałem się na ten turniej od dawna, ale po MOCS uznałem, że nie chcę brać udziału w czymś, do czego nie jestem w stanie się sensownie przygotować. To, czego najbardziej żałowałem po tym modernowym turnieju, to że nie pograłem więcej deckiem, że nie poznałem lepiej innych decków, że nie zdecydowałem się jednak na inwestycję w karty. Na GP byłoby podobnie. Jechałbym na pół gwizdka, wiedząc, że nie mogę dać z siebie wszystkiego i w pełni ogarnąć Standardu i się mu poświęcić. Siedząc na side eventach, żałowałbym z kolei, że nie gram w głównym turnieju. Niby byłoby fajnie, ale nie byłbym zadowolony. MOCSy pokazały mi, że jeśli chcę grać poważniejsze turnieje, muszę znaleźć sposób, aby się do nich odpowiednio przygotować. Z GP nie miałem ku temu możliwości. Nie szkoda mi więc tego, że nie pojechałem. To była słuszna decyzja. Zazdroszczę jednak tym, którzy się wybrali. Może następnym razem już do Was dołączę!

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze