Hałajan trip – Part 2

Druga część relacji Kopcia z Honolulu. Dwa kolejne rozdziały zakrapiane truskawkową Finlandią, genialny build Davy Loeba, zakłady na grube miliony i wiele innych atrakcji.

Enjoy!

 

 

Poprzednia część znajduje się tutaj.

Rozdział 2 – miliony Pędzisza, koszulka Davy’ego, górka i rzut życia

Hawaje okazały się tym razem niezbyt przyjaznym środowiskiem. Praktycznie od samego przyjazdu dostałem jakiegoś mega kataru, którego nie byłem w stanie się pozbyć do końca pobytu. Nie wiem, czy jestem uczulony na coś dziwnego, co tam kwitnie o tej porze roku, czy po prostu powietrze jest za czyste w porównaniu do śląskiego. Poza tym niewiele można temu miejscu zarzucić. Dużą zaletą Honolulu w lutym jest temperatura. W czerwcu większość dni jest niewiarygodnie gorąca – w południe to często grubo ponad 40 stopni, ciężkie powietrze, duchota (to jednak trochę przegięcie i ciężko to dłużej wytrzymać). Do tego, w każdym pomieszczeniu klimatyzacje pracują na pełnych obrotach, przez co mnóstwo razy przechodzi się z tropikalnego gorąca do 18 stopni w sklepie/hotelu/restauracji. W takich warunkach ciężko uniknąć jakichś przeziębień itp. Pamiętam, że po naszej ostatniej wizycie Wizardzi rozsyłali nawet maile o zwiększonej podatności większości ludzi na ptasią grypę podczas wizyty na Hawajach i prosili, by po powrocie zostać w domu.

Natomiast w lutym temperatura to zazwyczaj jakieś 30 stopni – po prostu idealna temperatura na wakacje w tym miejscu. Dalej jest bardzo ciepło, słonecznie itd., ale nie jest już tak duszno jak latem, przez co w południe da się wytrzymać na zewnątrz, robiąc cokolwiek innego niż siedząc w basenie/oceanie. Jest po prostu idealnie.

Środę zaczęliśmy około 12, co było sporym postępem, bo poprzednie 2 dni nie udało im się ogarnąć przed 17. Na śniadanie wybraliśmy się w okolice Waikiki. Trochę daleko, ale chciałem zobaczyć, czy restauracja all you can eat przetrwała to, jak Pędzisz próbował puścić ich z torbami 3 lata temu. Miejsce istniało dalej, jednak zostało przejęte przez Japończyków i znacząca większość potraw została zamieniona na typowo japońskie. O ile co do jakichś owoców morza, sushi itp. można mieć różne zdanie (wiadomo, jedni lubią, inni nie) japońskie desery to mega koszmar dla każdego, komu kubków smakowych nie skaziła Fukushima. Jakieś dziwne słodko-mączne kluski, ciasta z posmakiem surowej ryby, lody o smaku oleju, na którym ktoś smażył ryby itp. Podczas naszego posiłku (dla nas śniadanie, ale generalnie pora lunchu) tylko jeden stolik zjadł coś z sekcji deserów – dwie japońskie turystki. Miejscowi, czy inni turyści, nawet jeśli mieli jakiś deser na talerzu, po pierwszej próbie decydowali się jak najszybciej opuścić to miejsce. Mimo, iż w restauracji dało się zjeść sporo nieskośnych potraw, w tym spory wybór steków, co za taką cenę (15$ za cały bufet) jest mega okazją. Ciśnień jednak miał klapki na oczach i jak tylko zobaczył tace z sushi, zaczął narzekać na to, że nic tu nie ma, tylko skośne ryby i owoce morza. Do końca dnia wypominał mi, że obiecywałem miejsce, gdzie Pędzisz zarobił miliony jedząc, a pokazałem mu sushi bar.

Zanim jeszcze dotarliśmy do restauracji, Szymek i Ciśnień wypatrzyli na siedzącego na murku typa, który wydawał się być w stanie zaspokoić ich niezaspokojone od przylotu pragnienia. Banson Boy siedział sobie z reklamóweczką przy głównej ulicy wzdłuż Waikiki i niezbyt dyskretnie dawał znać przechodniom, że jej zawartość to nie zakupy z Wallmarta. Widać kurort, turysta najważniejszy i nie ma się przed kim czaić.

Zakupy nie wystarczyły chłopakom na długo i jego numer telefonu zdecydowanie przydał się w przyszłości. O ile dobrze pamiętam to kolejne transakcje stopniowo zwiększały wartość i Banson Boy nie będzie najgorzej wspominać kolegów z Polski. Jego postać pojawi się pewnie jeszcze później w kontekście pisania refundu za PT, ale wszystko w swoim czasie.

Idąc wzdłuż plaży, spotkaliśmy Raphaela Levy’ego z kilkoma innymi Francuzami. Jak zwykle pochwalił się znajomością naszego języka i już z daleka usłyszeliśmy „Siema”. Niestety, nie był w stanie przekazać nam nic więcej po polsku i dopiero po zmianie na angielski powiedział nam, żebyśmy wypatrywali Davy’ego, który powinien iść niedaleko za nimi. Dodał jeszcze, że naprawdę ciężko będzie go nie zauważyć w różowej koszulce i spodenkach w biało-niebieskie paski. Najprawdopodobniej widząc nas z daleka, Davy uznał, że lepiej będzie, jak schowa się gdzieś i przeczeka, niż gdyby musiał kolejny raz wysłuchiwać kilkunastu minut żartów (sądząc po tonie, jakiego użył Levy do opisania Davy’ego, już trochę beki z niego mieli).

Później w sumie nic konkretnego się nie działo – ot, nicnierobienie w okolicy plaży i molo, na którym 3 lata temu piliśmy ciepłą Grey Goose z gwinta… Podczas tego doszło do pewnego dziwnego zakładu. Rozglądając się dookoła, zobaczyliśmy niedaleko jakąś górę. Nikt z nas nie wiedział, co to jest, ale wyglądało to na jakąś porośniętą dżunglą górę bez dostępu do szczytu. Niezbyt pamiętam, jak do tego doszło, ale Adaś proponował (chyba dla żartów) jakiś wyścig tam, a ja odpowiedziałem, że może już startować, bo jak pieszo wejdzie na szczyt, to dam mu 500$. W sumie nic poważnego, ot takie głupie gadanie. Jednak w hotelu okazało się, że ta górka to jakiś niewielki pagórek, całkiem niedaleko, z drogą na szczyt i tarasem widokowym. Ciśnień wyczuł okazję do zwielokrotnienia swojego budżetu na wyjazd i postanowił, że zabierze mi te pieniądze, wchodząc tam w najbliższych dniach. Cokolwiek. Niezbyt się tym przejmowałem, bo wiedziałem, że nie będzie w stanie tego udowodnić, bo musiałby nagrać film z całego tripu. Znam Musiała nie od dziś, więc nie spodziewałem się nawet, żeby pomyślał o jakimś niezbitym dowodzie (mimo, że zastrzegłem konieczność udowodnienia pieszego wejścia na szczyt), ale nawet gdyby pomyślał, to i tak nie ma pewnie przy sobie tyle $, żeby dokupić więcej pamięci do aparatu, czy baterie, które starczyłyby na kilkugodzinny (6-7h) film. Miał jednak sporo frajdy w ciągłym powtarzaniu, jak to mnie zgoli z kasy, więc nie psułem mu zabawy.

Wracając w kierunku hotelu, weszliśmy do baru, który zareklamował nam Ciśnień. Dzień czy dwa wcześniej zabłądził gdzieś w tej okolicy i znalazł ulotkę o happy hours z piwem po 2$ (normalnie w knajpach/klubach około 5$). Posiedzieliśmy tam trochę, po czym wróciliśmy do hotelu, żeby Szymek mógł przygotować jakiś raport, który musiał codziennie tworzyć i wysyłać do Polski (coś z pracy, nic szczególnie ciekawego). Ten codzienny rytuał około 19-20 często przeciągający się kilka godzin, miał spory wpływ na to, jak późno wieczorem wychodziliśmy. Trzeba uczciwie przyznać, że to nie jedyne, co powodowało trochę zamulania właśnie wieczorami, ale na coś trzeba zrzucać winę. Poza tym największym problemem był nasz hotel i jego odległość od Waikiki, a więc i centrum życia w tym mieście. Jakieś 45 minut marszu w jedną stronę potrafi skutecznie redukować chęci, bliskość site (na którym byliśmy 2 razy…) to żaden plus w porównaniu do tej wady. Dlatego jeśli kiedyś będziecie w Honolulu, to upewnijcie się, że do Waikiki macie bliżej niż 50 m.

Tego dnia jakoś zupełnie nie mogliśmy się ruszyć, coś tam wypiliśmy w hotelu, zagraliśmy jakieś kilka gier w ramach testingu i zrobiło się po drugiej. Przed trzecią Ciśnień z Szymonem postanowili gdzieś iść, szukać otwartych barów czy imprez. Ja skipowałem to wyjście, bo mam średnie wspomnienia z takich wyjazdowych wypadów nad ranem w poszukiwaniu „czegoś” – praktycznie zawsze kończą się chodzeniem przez 2h i powrotem bez jakichkolwiek zadowalających rezultatów. W najlepszym razie jest jakaś śmieszna historia do opowiedzenia jak np. płacenie taksówkarzowi w Barcelonie w PLN zamiast euro po kursie 1-1 – zamiast 10 euro dostał 10zł i jakoś zupełnie tego nie zauważył, a ja zorientowałem się dopiero następnego dnia, jak w portfelu brakowało mi 10pln, a nie zniknęły żadne euro.
Młody niezbyt mógł się z nimi wybrać, bo bez 21 lat mógłby się odbić od drzwi, nawet gdyby im się udało coś znaleźć.

Tym razem chłopakom udało się znaleźć klub, jednak po 20 minutach w środku zaczęły się jakieś zamieszki (podobno bez udziału Ciśnienia, ale ciężko w to uwierzyć) i lokal zamknęli 20 minut wcześniej niż według planu. Później jeszcze trochę się włóczyli. Trafili nawet do baru niedaleko Waikiki, w którym podczas poprzedniego wyjazdu Sin wygrał od Mrówki daszek z wybranym nadrukiem, a „łagodny truskawkowy drink” to kieliszek truskawkowej Finlandii. Gdy weszli do środka, nie było tam jednak nikogo poza bramkarzem, jedną kelnerką i jakąś całującą się w rogu parą. Wchodząc dostali jakieś pieczątki, to żeby się nie brudzić na darmo, wypili coś i posiedzieli chwilę. Do hotelu dotarli około 7 i uznali, że najlepsze, co mogą teraz zrobić, to zacząć testować. Możliwe, że to wyniki tych gier zakrzywiły odrobinę ich ocenę testowanych matchupów. W sumie gdyby nie te parę gier, to Musiał zagrałby inaczej podczas PT. W jednej z partii doszło do sytuacji, gdy zielony Geist z kanterkiem miał zginąć od czarnego zenita i moja intuicyjna odpowiedź na powstałe w tej sytuacji pytanie (Undying = hard counter dla B zenitha) musiała się utrwalić w głowie Musiała na tyle mocno, że zapomniał spytać jakiegoś sędziego przed PT, czy to na pewno tak działa.
Tuż przed zaśnięciem Adaś odgrażał się jeszcze, że zaraz wychodzi zdobywać górę, tylko jeszcze wpadnie na śniadanie, ale jakoś mu nie wyszło.

Czwartek zaczął się dla większości z nas około południa. Dla Ciśnienia dopiero około 16, gdy budziliśmy go, żeby iść na site zapisać się itp. Podczas kolejnych wyjazdów dowiedzieliśmy się, że najgorszy z braci Musiałów (dla jasności kryterium to PWP lifetime) cierpi na ciekawe schorzenie. Objawia się ono całkowitą blokadą reakcji na bodźce dźwiękowe podczas snu. Innymi słowy można mu krzyczeć do ucha, a on dalej śpi, jak gdyby nigdy nic. Dlatego najłatwiej obudzić go, rzucając w niego jakimś małym przedmiotem lub od biedy poduszką. Tym razem miałem pod ręką długopis i siedząc jakieś 4m od jego głowy wykonałem rzut życia. Nie wiem, jak to możliwe i ile praw fizyki zostało tu złamane, ale każdy z nas był wtedy trzeźwy i widział dokładnie co się stało. Długopis najpierw trafił gdzieś w okolicę karku, odbił się od niego, trafił w oparcie łóżka, po czym uderzył w głowę Ciśnienia, znowu oparcie i znowu jego głowę, na koniec zawisł oparty od tyłu głowy i oparcie. Porażony taką salwą Adaś wziął zamach i odrzucił długopis z taką siłą, że telewizor prawie spadł z szafki. Przez kolejne 3 minuty musiałem tłumaczyć Musiałowi, z czego się śmiejemy, bo nie potrafił uwierzyć, że dostał tylko jednym długopisem. Po chwili ciszy rzucił tylko „ masz szczęście, że wczoraj nie udało mi się wejść na tę górę”. No faktycznie było mega blisko…

Convention Center nie zmieniło się ani trochę przez 3 lata. W przeciwieństwie do PT, które Wizardzi zmieniają na coraz gorsze. Brak players party sprawia, że przychodzenie na site we czwartek jest teraz mega stratą czasu i robi się to tylko dlatego, żeby następnego dnia nie wydarzył się jakiś niespodziewany problem. „Prezenty” jakie rozdawali nam przy zapisywaniu się, to naprawdę dramat – jakieś tandetne etui na iPhona z Sorinem (chce ktoś kupić? Grin), koszulka, która materiałem przypomina chusteczkę higieniczną (kiedyś pod tym względem ich koszulki były naprawdę spoko, ale ostatnie to porażka) i magicowy worek na buty jak z przedszkola. Mogli sobie darować wpychanie nam tych śmieci. Skoro już muszą ciąć koszty, to mogliby zabrać graczom coś, na czym nikomu nie zależy, zamiast którejkolwiek z ostatnich zmian.

Po zapisaniu się wróciliśmy do hotelu, zgarniając po drodze śniadanio-obiado-kolacyjną pizzę od PappyJonesa. Tam poskładaliśmy finalne wersje decków, wygrałem z Ciśnieniem jakieś crap erki w pack warsach i po jakimś tam czasie poszliśmy spać. Pobudka około 7 to w końcu ambitny cel, jeśli patrzeć na historię naszego wstawania podczas tego wyjazdu.

Rozdział 3  sour about life

Co prawda naszym występem na PT nie ma się co chwalić, ale coś tam napiszę.

Na początek Ciśnień, bo jego występ skończył się jako pierwszy. Kolejny raz okazuje się, że Adaś nie potrafi grać w tę grę i aż żal patrzeć jak oddaje wygrane gry… Nieznajomość działania kart we własnym decku kosztowała minimum 1 mecz, bo odpalenie Ghost Qartera w swój land by wyszukać brakujący B source dawało 3 pkt. Po 0-3 w takim stylu (wtopy z jakimiś crap zombie deckami) nie miał już chęci do walki o wygrindowanie D2.

Moje humany były całkiem spoko jak na mecze, które zagrałem. Ogólnie przed turniejem trochę nie doceniłem rampy i dziś pewnie miałbym coś więcej na ten deck, ale poza tym nie mogę jakoś szczególnie narzekać. Wygrałem 2 mirrory z dużą łatwością dzięki znacznie większej liczbie kart dających edge w tym matchupie. R2 grałem z Vincentem Lemoine czy jakoś tak. Zdarzało mi się z nim grać w przeszłości, jednak chyba jeszcze nigdy nie opisałem tego, co robi. Nie wiem, czy kiedykolwiek zagrałem z kimś, kto tak narzeka podczas gry (może manu_chao online, który potrafi pisać kilkanaście zdań o tym, jakiego to ma pecha, że nie może nic dobrego dobrać w grze, w której masz screw na 2 landach i nic nie może cię uratować). No nawet po grze, którą wygrał topdeckowanym Angelic Destiny na Crusadera za idealnie lethal, musiał sobie ponarzekać na to, że nie dobiera removali. W grach, które przegrywa, to już w ogólne dramat. Typ potrafi siedzieć i przez 2 minuty narzekać na to, co się stało, zamiast grać dalej. Jeszcze jakby się faktycznie coś mega nieuczciwego działo w tych grach, a tu żadnych mega screw czy flood ani spektakularnych topdecków, tylko ot mam jednego hero czy Fiend Huntera więcej i to starcza. W g3 już nie mogłem go słuchać i kazałem zablokować w jedyny sposób, który go nie zabijał (typ 4 life 0 mana i 0 kart w ręce, ja atak 2 typkami 3/3 on jeden blocker 2/2) i dobrać jakiś cudowny ratunek lub iść narzekać komu innemu.

Wtopa r3 z humanami na delverze to raczej po prostu chore rozdania typa (t1 champion + t2 2 delvery + t3 flip z Gather the ćośtam). Niewiele decków jest w stanie zrobić cokolwiek vs taki draw. R4 i 5 grałem z rampą, matchup jest dość close i bardzo dużo zależy od tego jak wyglądają drawy obu graczy względem siebie, np. zależnie od tego jakie humany zagrają potwory poszczególne removale tracą bądź zyskują na wartości. O ile z pierwszym typem poszło całkiem spoko, to Leyton miał po prostu bardzo dobry układ zaklęć vs moje rozdania np. zamiast drogich i łatwych do skontrowania sweeperow miał shocki i blasty, przed którymi nie miałem jak się bronić. A bez większej presji mógł spokojnie czekać aż wyjdzie poza zasięg Mana Leaków i dopiero dogrywać swoje tytany.

Ogólnie 3-2 to wynik poniżej oczekiwań, ale jednocześnie nie był tragedią. 2-1 w limited potrzebne do zrobienia drugiego dnia wydawało się dość proste z takim deckiem:

8 Island 8 Mountain 1 Shimmering Grotto1 Derranged Assistant 1 Ludevic's Test Subject 1 Ashmouth Hound 1 Armored Skaab 1 Headless Skaab 1 Stormbound Geist 2 Nephalia Seakite 1 Murder of Crows 1 Pitchburn Devils 1 Scourge of Geier Reach 1 Moonveil Dragon 2 Thought Scour 1 Think Twice 1 Desperate Ravings 1 Geistflame 1 Silent Departure 1 Harvest Pyre 1 Claustrophobia 1 Fires of Undeath2 Into the Maw of Hell

Side:

nic…  … Cellar Door

 

Po wydraftowaniu tej ur maszyny liczyłem na 3-0. W decku zmieniłbym tylko 1 Thought Scour na jakiegoś potwora, niestety niezbyt miałem opcje podniesienia czegoś więcej w drafcie. Jedyne co mogłem wziąć to Delvera nad Into the Maw of Hell na samym początku 3 paczki. Jednak miałem wtedy jakoś 3 inst mniej niż ostatecznie i bardziej mi zależało na znalezieniu dodatkowych potworów w kolejnych pickach, więc wziąłem removal. Jak się później okazało dostałem jeszcze 2 potwory i Silent Departure, Geistflame i chyba Think Twice w paczkach bez większego wyboru i ostatecznie Delver by siadał, ale branie go wtedy to raczej błąd.
Sideboard nie oferował praktycznie nic, paczki nie były jakieś szczególnie mocne i po zrobieniu kółka nie zostawało nic grywalnego. Najprawdopodobniej wszyscy na podzie mieli właśnie takie decki 23-24 karty i niewiele więcej.

R1 drafta wygrałem z solidnym RB agro, w niezbyt emocjonujących grach. Większość moich kart generowała card advantage przeciwko jego zagrożeniom lub była bombami nie do przejścia. Kolejne rundy (2x vs GW) nie były już tak udane. Moi przeciwnicy byli wielkimi fanami Lumberknota i posiadali w swoich deckach więcej niż jedną kopię tej karty. Przeciwko takiemu UR z dużą ilością removalu i niezbyt wieloma potworami ten typek jest mega karcicielem i zabrał mi 3 małe gry praktycznie w pojedynkę… Gry układały się tak, że nie miałem opcji race’ować tego potwora, bo po prostu nie dobierałem żadnego z najlepszych finisherów. Po side dokładałem Cellar Door licząc, że dzięki nim w pewien sposób zwiększę ilość swoich potworów w decku i dostanę kilka dodatkowych chumpów umożliwiających wygranie wyścigu. W jednej z gier ten plan faktycznie kupił 2 tury życia, ale i tak zabrakło mi siły ofensywnej do wygrania.

Decydująca gra o D2 była szczególnie bolesna, byłem praktycznie pewien wygranej nie widząc w formacie żadnych outów na stratę 7 life w ostatniej turze przed moim atackiem za lethal. Okazało się jednak, że taka karta istnieje i przegrałem z dosłownie jedynym outem w formacie +2/+4 i untap (Spidery Grasp, przyp. red.) na latacza z Claustrophobia + equip sztyletu i atak za równy lethal. Później analizując sobie tą grę w drodze do hotelu znaleźliśmy moment, w którym najprawdopodobniej dało się ją grę wygrać. Jakieś 2 tury wcześniej zabiłem Geistflamem blockera przed combatem, przez co mój Scourge zadał 1 dmg mniej. Gdybym tego nie zrobił, to najprawdopodobniej przeciwnik przepuściłby cały atak, licząc, że zabije mnie w kolejnej turze. Dzięki temu zadałbym dodatkowy dmg, którego brakowało później na koniec gry. Gdyby zdecydował się zablokować, potrzebowałbym dodatkowej tury do zabicia go, ale miałbym w ręce Geistflame, którym mogłem zabić 3/2 gryfa zamiast zakładać na niego feralną Claustrophobię. Niestety w chwili, gdy wykonywałem to zagranie, czułem się chyba zbyt pewnie, zostawiając przeciwnika z pustym stołem 1 kartą vs moje 3 potwory i Claustrophobia na ręce. Nie przemyślałem wszystkich konsekwencji i po prostu zagrałem spell, jakby miał provoke. Pewnie jakiś wpływ na to zagranie miało zmęczenie, jednak to słaba wymówka, by wyłączać myślenie w decydującym meczu D1.

Po odpadnięciu Ciśnienia miałem okazje odrobić do niego 3 pkt. straty w wyścigu do World Cup of Magic czy jak to się tam nazywa. Takie odpadnięcie było więc szczególnie bolesne. Zostało już bardzo niewiele okazji do odrobienia strat i każdy pro point miał ogromne znaczenie.

Co do występu reszty Polaków:

Davy gra Duressem na PT, chyba nie trzeba mówić więcej o jego występie i przygotowaniu Grin Najśmieszniejsze jest to, że mecz w którym opp zorientował się o nielegalności tej karty zakończył się wygraną Davyego Grin Gameloss i 3 dodatkowe Swampy w decku okazały się nie przeszkadzać aż tak bardzo. Double-agent nie chciał nam się przyznać ile razy wcześniej w tym turnieju zagrał Duressa – czegoś się w Polsce jednak nauczył. W drafcie miał mono W weenie z 3 albo 4 Loyal Catharami, 80% potworów dawało synergię z Haunberkiem (Demonmail Hauberk, przyp. red.). Spoko deck, jednak na 3-0 nie starczyło.

Szymon narzekał na swoją grę tego dnia. Z tego co mówił, wszystkie zagrane mecze mógłby wygrać, gdyby zagrał lepiej. Jednak ostatnie dni z Ciśnieniem odbiły się na jego formie tego dnia. On i Padawan poszli constructed 2-3 więc potrzebowali flawless draftów być przetrwać do D2. Obaj wydraftowali GW, które jednak okazały się niewystarczająco dobre by to osiągnąć. Pamiętam chyba tylko jedną historię o tych meczach. Jeśli się nie mylę to Padawan odpadł grając z jajecznicą – deck z 3 jajkami z których regularnie wykluwały się horrory. Combat i 39 w ciebie trzema potworami robi wrażenie.

Sposób w jaki odpadłem z tego turnieju odebrał mi jakiekolwiek chęci do czegokolwiek tego dnia i po powrocie do hotelu około 20 praktycznie od razu usnąłem, więc nie wiem, co działo się z resztą tego dnia. To znaczy wiem, ale tylko z opowieści.

 


Mateusz Kopeć – polski pros magicowy, zwycięzca Grand Prix Wiedeń 2008. Zrobił także Top 4 na Mistrzostwach Polski w 2006 i często zajmował płatne miejsca na międzynarodowych turniejach. Dzięki nazbieranym Pro Pointom jeździ po świecie za pieniądze Wizardów.

Więcej info o Pro Tourze w Honolulu znajduje się tutaj.

 

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze