Relacja Marcina Staciwy z Grand Prix Wiedeń

Cała historia zaczyna się pewnego deszczowego, październikowego dnia, kiedy zirytowany otaczającymi mnie absurdami, zdecydowałem się spojrzeć w terminarz Wizardów, czy czasem nie organizują jakiegoś Grand Prix w Europie. Zobaczyłem GP Wiedeń, do tego format Constructed i już wiedziałem, że tam jadę. Dwa dni później zadzwonił znajomy ze Stargardu Gdańskiego, że też jedzie.

Wyjazd zaczął się powoli krystalizować.

Jako dumny przedstawiciel Szczecineckiego Klubu Fantastyki rzuciłem u nas temat na forum i tak jak się spodziewałem na początku, wszyscy kręcili nosami. Jako że słaby ze mnie „namawiacz”, specjalnie nie rozwodziłem się nad tym, jakich argumentów użyć, by ktoś ze mną pojechał. Sam czy z ekipą – byłem zdecydowany na podróż do Wiednia. Ostatecznie jak jedna osoba wyraziła swoją chęć wyjazdu, to nie trzeba było czekać do końca dnia, a auto było już pełne. Doszedł jeszcze temat dofinansowania od lokalnej agencji wspierającej nasz klub (SAPIKu) i już wiadome było, że wyjazd będzie udany.

Tutaj oczywiście pozdrowienia i podziękowania dla Pawła Kwietnia. Smile

Ekipa z GP Vienna

Ekipa z Grand Prix Vienna

Przygotowania

Jak zawsze zacząłem od złożenia decku na MtGO – hmm… co tam wygrało Pro Tour, jakieś mono U – niech będzie. Nie wiem czy wynikało to z moich słabych drawów czy z braku ogrania formatu, w każdym razie stwierdziłem, że deck nic nie może ugrać. By się usprawiedliwić powiem tylko, że w tym okresie trafiałem ciągle na typów grających 4 Mistcutter Hydra main i chyba kolejne 4 w sajdzie. Nie pamiętam żadnego meczu przeciwko talii z kolorem zielonym, żeby przeciwnik w jednej grze przynajmniej z dwóch kopii tej karty mi nie zagrał…

Z powodu braku czasu i ogólnego natłoku w pracy, wymóżdżyłem wtedy na szybko że dorzucę do decku biały kolor dla Detention Sphere, Supreme Verdict i Sphinx’s Revelation, nawet znalazłem podobną decklistę gościa, który zrobił taką rozkminką 4-0 na Daily. Potem, bodajże na jakimś GP w Brazylii, koleś takim deckiem zrobił Top 8. Ja zaś zrobiłem z tego dwa razy 3-1 na Daily plus dobry win percentage na 2-manach i już wiedziałem, z czym jadę na GP!

Potem znalazłem na Psychatogu informację, że w jeden weekend będą 2 GPT w Poznaniu. Nie było daleko – idealna sytuacja, by przetestować decka IRL, może nawet zgarnąć bye – grzechem by było nie pojechać. Sobotnie GPT wystartowało, no i zaczął się obsys. Nie powiem, czułem, że nie grałem tego dnia zbyt optymalnie, ale najważniejsze nie czułem w ogóle mocy w decku. Przy dobrych drawach przegrywałem gry, które deck o większej synergii/power lvl powinien wygrywać. Chłopakom z Poznania ewidentnie nie zależało na bye’ach na Grand Prix Wiedeń, jednakże przy braku jakiejkolwiek walki z mojej strony, nie byłem w stanie ich zabrać. Grypa, którą złapałem zaraz przed wyjazdem, również nie pomagała. Ze zwieszoną głową pojechałem do znajomego mieszkającego w Poznaniu, przebudowałem decka i skonany zasnąłem, mimo trwającej w mieszkaniu imprezy.

Na niedzielnym GPT było już dużo lepiej. Deck po przebudowie był sporo silniejszy i przegrywałem już tylko te gry, gdzie dobierałem po prostu słabo. Dzięki uprzejmości poznańskich graczy (pozdrowienia dla Grocia) i bardzo fajniej strukturze turnieju, udało się wejść do Top 4. Jako że nie wszyscy byli zainteresowani bye’ami, wystarczyło mi wygrać tylko półfinał, gdyż przed finałem jeden z tych bardziej uprzejmych poznańskich (wiem, wiem – słodzę Smile graczy zdropował, dając mi możliwość pobyczenia się przez dwie pierwsze rundy GP.

Zatem bye były, ale był też trochę niedosyt i poczucie ich „wyżebrania”. Zadałem sobie wtedy pytanie czy na pewno chcę zamulać kontrolką z milionem decyzji przede mną w każdej grze czy może ułożyć sobie plan na każdą grę i grać deckiem, który po prostu stara się stwarzać zagrożenia, a nie na nie odpowiadać.  Paradoksem całej sytuacji jest moje przeziębienie, gdyż dzięki temu z nieba spadło L4 od lekarza rodzinnego i miałem 4 dni na ponowne przemyślenie decku. Dałem na MtGO kolejną szansę Mono U devotion i tym razem się nie zawiodłem. Niestety, po ostatnich incydentach na MtGO, nie było już w tym okresie daily ani premier eventów, jednak 12 wygranych two-manów na 15 gier było bardzo zadowalające. Na koniec, tydzień przed wyjazdem, udało mi się jeszcze wygrać lokalny turniej w standardzie no i Mono U stało się ostatecznym wyborem na Grand Prix Wiedeń.         

Decklista, na którą się zdecydowałem:

pokaż / ukryj

Mono U Devotion

Grand Prix Wiedeń

Day 1:

Na site przybyliśmy koło 8:15. Zarejestrowani już poprzedniego dnia, mogliśmy pokręcić się jeszcze trochę koło traderów i nabyć resztę potrzebnych do decku kart. Jako że nasz hostel oferował śniadania w formie bufetu, nie musieliśmy myśleć o szukaniu porannego posiłku, co było bardzo wygodne. Dzięki 2 bye zdobytym w Poznaniu mogłem spokojnie udać się do pobliskiego supermarketu po zestaw turniejowy: woda + cola + wysokowęglowodanowe smakołyki Smile

Runda 3 vs Leonhard Reichl (GB Aggro)

Pierwsza gra na play, bardzo dobry i szybki draw z mojej strony. Przeciwnik był trochę wolniejszy. Do tego u mnie Bident + masa lataczy i szybka wygrana. W grze nr 2 tym razem przeciwnik dostał niezłą pakę w postaci elf na pierwszej, druga Mangler, trzecia Mistcutter Hydra 3/3, czwarta Mistcutter Hydra 4/4… koszmar z MTGO powrócił! Trzecia gra to znów mega szybkie tempo z mojej strony w postaci: 1 Cloudfin Raptor, 2ga – Raptor + sowa, 3cia – Tidebinder Mage w trolla przeciwnika, 4ta Thassa i Evolve dwóch Raptorów. Przeciwnik nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Wygrana 2-1 i idę 3-0 w turnieju.

Runda 4 vs Robert Lehmann (Boros Burn)

Prawdę mówiąc tę rundę słabo pamiętam. Chyba w pierwszej grze zjechałem gościa na styku, a w drugiej dobrał solidnego flooda i udało się wygrać w stosunku 2-0.

Runda 5 vs Serafin Wellinger (BG Devotion)

Pierwszą grę, nie wiedząc z czym gram, zacząłem po muliganie do 6 z wolnym drawem w postaci 2x Master of Waves na początkowej ręce i jednym dropem za 2 mana. Na moje szczęście koleżka też miał wolny draw i rękę z  jedną sztuką point removalu, którym potraktował Frostburn Weirda, aby nie dostać 4dmg. Także wielkie było moje zaskoczenie jak w piątej turze zaatakowałem sobie spokojnie Masterem + jednym tokenem + Mutavaultem i przeciwnik wszystko po prostu przyjął. Potem demon ze strony oppa, u mnie drugi Master i sac tokena i znów wbita za 7. Przeciwnik odpowiedział w następnej turze Gaze of Granite za 4. Na szczęście Mutavault nadal dziobał i sprowadził typa do 4 life. Potem Thassa z czuba i przyczajony na łapie Raptor wleciały w stół. Na to przeciwnik zagrał Merchanta i wrócił do 6. U mnie z czuba Nightveil Specter, powiększenie Raptora, nieblokowalność dla Thassy i 1-0.

Druga gra bez większych emocji dostałem z 5-6 sztukami point removalu, przez co Thassa nie zdołała się ani razu aktywować. Demon + Merchant załatwili sprawę do końca. 1-1

Trzecia gra to mocny beatdown z mojej strony poparty Thassą i Bident of Thassa, a jak te 2 karty są w stole przeciwko kontrolnym konstrukcjom, to od razu wiadomo, że jest dobrze Smile. Przeciwnik mimo dwukrotnego czyszczenia stołu za pomocą Gaze of Granite za 3 i za 4, nie był w stanie powstrzymać mojego niekończącego się naporu i udało się wygrać z jednym z gorszych matchupów. 2-1

Runda 6 vs Leonhard Katzlinger (Turbo Red)

Nie wiem jak inaczej nazwać deck przeciwnika, w każdym razie jest to wersja Reda z 17 landami i praktycznie samymi dropami za 1. Na szczęście ten deck ma bardzo słabo z mono U, bo pojedynczy Master of Waves jest dla niego praktycznie nie do przejścia.

W pierwszej grze zatrzymałem rękę, posiadając w niej dwóch Masterów. Smile Niestety, trzy tury stałem na trzech landach, przez co przeciwnik zdążył mnie sprowadzić do 6. Kiedy nareszcie dostałem czwarty land i wbiłem Mastera, wiedziałem, że przeciwnik ma dwie tury, by mnie skończyć paleniem. W następnej jego turze dostałem na twarz z Lightning Strike. U mnie drugi Master i atak, tak by w następnej turze uderzyć za lethal. Pytam się przeciwnika czy ma drugie palenie – mówi, że nie, po czym flipuje kartę z topa i na szczęście obyło się bez top decku. 1-0

W drugiej grze obaj muliganujemy do 6. U przeciwnika Screw na jednym landzie – co wcale nie przeszkadza mu mieć jakiegoś zagrania co turę. U mnie Frostburn Weird, Thassa i Ocean Spokojny. Mimo przekładania wysp w każdym upkeepie, nie przestawały nachodzić. Sama woda. Na szczęście w pewnym momencie udało mi się dokopać do stworka dającego dwa punkciki devotion i Thassa zaczęła dziobać. Przeciwnik, niestety, kupił sporo czasu i mając około 7-8 stworów w stole powoli też szykował się do ostatecznego ataku. Z pomocą na szczęście przyszedł huragan Ksawery, cofając gościowi wszystko na rękę. Nie jest to może istotne dla wyniku gry, ale na koniec tury musiał wyrzucić z 5 kart, by została siódemka Smile. 2-0 i 6-0 w turnieju.

Runda 7 vs Luca Rozza (Mono U Devotion)

Powoli zaczyna dochodzić do mnie, że mój cel, po który tu przyjechałem (pograć sobie na Day 2 GP Wiedeń), jest coraz bliżej. Niestety już kiedyś zdarzyło mi się iść na GP 6-0, by skończyć 6-3, także wolałem nie dopuszczać do siebie zbyt pozytywnych myśli by nie zapeszyć.

Pierwszy z wielu mirrorów na tym turnieju. Tak jak w każdym mirrorze mono U, pierwsza gra sprowadziła się do tego, kto pierwszy wbił się Thassą, najlepiej wygrywając do tego rzut kostką. To mi się ta sztuka udała i byłem do przodu. Smile 1-0

Druga gra też bez większych opowieści. Tym razem przeciwnik szybciej wyciągnął Devotion. Brak Gainsaya po mojej stronie doprowadził do Thassy w trzeciej u niego. Starałem się jeszcze bronić Cyclonic Riftem, ale koleżka był mocno obstawiony kontrami i nic nie dało się na to poradzić. 1-1

Trzecia gra to znów popis moich umiejętności dobierania. Pierwsza tura Raptor, druga Raptor + sowa, trzecia, jako że mam sowę, to Specter spokojnie uderza w stół. Typek w swojej trzeciej też kładzie Spectra. Na to moja Thassa w czwartej (Rapory 3/4) i jedna mana open. W jego turze Master. W mojej cofam Mastera na rękę i wygrana 2-1. Siedem wygranych – Mission accomplished!

Runda 8 vs Andrea Mengucci (Mono U Devotion)

Znów całkowity zanik pamięci do gier nr 1 i 2. Pamiętam tylko, że w trzeciej grze zagrałem 2x Domestication i udało mi się przemycić Thassę, co spowodowało, że wygrałem 2-1. Oprócz tego przy tasowaniu zniszczyłem całkiem przyjaznemu Włochowi z pięć shieldów – sorry Razz.

Runda 9 vs Mathias Wosner (Boros Burn)

Pierwszy feature match na tym evencie no i chyba pierwszy w życiu. Gdybym nie wiedział, na którym stoliku gram, to ciężko byłoby się domyśleć, że akurat mnie tam wołają Smile. No ale wielki stół czekał, dużo miejsca wokoło, można by się było przyzwyczaić – pomyślałem. Jako że standardowo na GP wszystkie rundy trwały wyjątkowo długo, a sam turniej oczywiście rozpoczął się dużo później niż było to planowane, było już koło 21:30 jak zaczynałem ten mecz. Z powodu małej ilości snu, długiej trasy, wewnętrznego zadowolenia ze zrobienia day 2 mój ośrodek pamięci znów się nie popisał i niewiele pamiętam z gier nr 1 i 2.

Pamiętam jednak, że mój przeciwnik podchodząc do tego meczu był chyba jeszcze bardziej zniszczony ode mnie, bo miał już typowe oczy wampira, a ich podkrążenie sięgało niemal ust. Myślę, że tylko to pozwoliło mi wygrać trzecią grę. Wszystkich zagrań nie pamiętam, ale najbardziej kluczowe wyglądało mniej więcej tak:

Przeciwnik miał w stole 2 Chandra’s Phoenix, ja po ataku stałem już na 10. Ja miałem mistrza fal, jakiegoś Mutavaulta i chyba Thassę. Ogólnie, nie kończyłem gościa w następnej turze. On jednak posiadając na łapie pełen arsenał pocisków (2x Warleader Helix, 2x Boros Charm) zdecydował się na zagranie Anger of the Gods i wywalenie sobie 2 Phoenixów, mi jakiegoś stworka i wszystkie koniki morskie. W ostatecznym rozrachunku sprowadziło to grę do sytuacji, że oponent musiał kupić z góry palenie za 1 lub 2 (Shock, Boros Charm, Lightning Strike) by mnie zabić. Na moje szczęście nie kupił. Potem, jak policzyliśmy wszystkie dmg, to okazało się, że gdyby zagrywał helixy po prostu w moje stwory w odpowiedni sposób, to by tę grę wygrał poprzez wyścig.

Niesamowicie szczęśliwy, ale też dość mocno styrany, zaskakując samego siebie, zakończyłem pierwszy dzień bez porażki. Wracając do hostelu, zaczęły powoli pojawiać się w mojej głowie myśli o wygraniu jakichś tam nagród, lecz starałem się je jak najszybciej odganiać, by zwyczajnie nie zapeszać. W tym miejscu chciałem też podziękować ekipie, z którą spałem w jednym pokoju, za ograniczenie się do wypicia trzech piw na pięciu i pójściu spać zaraz po skończeniu tej epickiej libacji. Bez was dobre granie drugiego dnia byłoby niemożliwe Grin

Lucky Me!

Lucky Me!

Day 2:

Mimo tego, że w ogóle nie czułem presji przed początkiem dnia drugiego, ukryte gdzieś w podświadomości podekscytowanie zesłało na mnie sny o licznych muliganach i skomplikowanych decyzjach magicowych, przez które od 5:30 już nie mogłem spać. Na szczęście, mimo małej ilości snu, czułem się od rana wyjątkowo dobrze, a umysł wydawał się świeży. Na miejsce turnieju dotarliśmy standardowo wcześniej. Jeszcze raz spojrzałem z niedowierzaniem na standingi po pierwszej rundzie, zauważając również, że oprócz mnie jeszcze „nastu” Polaków zrobiło Day 2, co mnie niezmiernie ucieszyło Smile. Wymieniłem się jeszcze kilkoma spostrzeżeniami, dotyczącymi sajdowania się Mono U i przystąpiłem do dalszej walki!

Runda 10 vs Andreas Ganz (BW Control)

Sędzia zapowiedział, że Martin Staciwa gra feature. Pomyślałem, że zaczyna się robić nieźle. Imię zostało już wypowiedziane prawie poprawnie. Jeszcze jeden feature i nazwisko może też już będzie dobrze wymawiane. Oczywiście po drodze na miejsce gry poprawiłem sędziego zapowiadającego feature i z poczuciem, że i tak pewnie już się tutaj nigdy nie znajdę, przystąpiłem do gry na pełnym komforcie.

Wygrałem rzut kością i zacząłem od dobrego startu typu sowa -> Tidebinder Mage -> Thassa. Przeciwnik w drugiej turze miał szczura i w trzeciej go pomnożył, podejmując się wyścigu. Ogólnie przez kolejne tury zabrakło mu czwartego landa, co przełożyło się na jednego szczura co turę, bez innych zagrań. Ze względu na to, że miałem sowę w stole i zagranego później Nightveil Spectera, a przeciwnik stał na trzech landach, nie był w stanie zagrać swojego Hero Downfall i osłabić moje Devotion na tyle by Thassa nie była w każdej turze aktywna. Szczury na draw w zestawieniu z aktywną Thassy okazały się Fordem Fiestą ścigającą się z Subaru Impreza. 1-0

Druga gra to start przeciwnika znów w postaci szczura w drugiej. Tym razem to on był na play, a to oznaczało dużo większy problem. U mnie pierwsza Raptor, druga Raptor + sowa. W trzeciej turze przeciwnik nie miał na szczęście landa, lecz jak się później okazało –  ja też go nie miałem. Dostałem Devour Flesh w sowę, wbiłem się za 2 i wstawiłem kolejną sowę z 1 mana open. Przeciwnik w następnej turze dobrał kolejnego landa i był gotowy do pomnażania szczurów. Andreas zaatakował więc szczurem w moją sowę z 3 mana open – zastanawiam się co wy byście zrobili z Rapid Hybridization, które miałem na ręku. Postanowiłem zablokować sową i wyczekać, aż przeciwnik zatapuje manę by zrobić szczura. Problemem było to, że przeciwnik miał Mutavaulta i gdyby dysponował Doom Bladem to mógłby i tak zrobić mnie na szaro. Jednak wydaje mi się, że moje zagranie ograniczyło jego outy na zrobienie 2 za 1 do minimum. Zgodnie z planem koleżka wytapował się na kolejnego szczura. Na to wpadł mój jaszczur ewoluując 2 Raptorki i stawiając mnie w pozycji wygrywającego wyścig. Przez narzucenie tempa przeciwnik musiał odłożyć plan szczurów i zacząć siać removalem, lecz stojąc na 3 landach nie mógł zbyt dużo poradzić na moją ciągle powiększającą się rzeszę lataczy. 2-0

Runda 11 vs Robin Dolar (Esper)

Tym razem na feature zaproszony został Macin Staciwa – było już blisko perfekcji. Smile Przed tym meczem obawiałem się trochę, gdyż Esper był teoretycznie jednym z gorszych moich matchupów, a że do tego momentu nie zagrałem ani jednej gry przeciwko tej kontrolnej talii, nie polepszało to mojej sytuacji. Plusem dla mnie było jednak to, że gdy sam starałem się kierować Espera na MtGO, wielokrotnie trafiałem na mono U. Postanowiłem grać tak, jak ta część moich przeciwników, z którymi miewałem największe problemy.

Pierwsza gra to szybkie rozdanie z mojej strony, poparte przez dwie sztuki Mutavaultów. Brakowało jednak Thassy, Bidenta czy Jace’a, by uznać tą grę za jednostronną. Ostatecznie zgodnie z oczekiwaniami Mutavaulty zrobiły niesamowitą robotę. Praktycznie cały czas wydrapując z przeciwnika kolejne punkty życia. W ostatecznym rozrachunku doprowadziło to do sytuacji, z której przeciwnik nie miał już wyjścia i skończyłem go na styku. 1-0

Druga gra to ogromne floody zarówno z mojej, jak i przeciwnika strony. U mnie jak to zazwyczaj przy floodach bywa, wszystkie outy pochowały się gdzieś w samym rdzeniu magicznego świata mojej talii. Ostatecznie przeciwnik czekał długo z Werdyktami, a ja nieustannie klepałem go pojedynczym stworkiem, trzymając drugiego na ręce. Po jakimś czasie doprowadziło to do sytuacji, że przeciwnik musiał schodzić z Supreme Verdict, by zabijać moje pojedyncze potworki oraz wstawiać Pithing Needle na Frostburn Weird. Przez całą grę trzymałem na ręku Gainsay i nawet w przypadkach ataku za lethal, nie schodziłem na removal, bojąc się Sphinx’s Revelation. Okazało się, że przeciwnik nie miał tej karty, a mi udało się wbić ten ostatni kluczowy punkt obrażeń bez rzucania Gainsaya. 2-0

Runda 12 vs  Dominik Prosek (Mono U Devotion)

Przystępując do tego meczu niepokonany, czułem się jak młody bóg. Posiadając w tym momencie już niesamowitą wiarę w siebie i decka, czułem, że nie będzie mnie już dziś łatwo pokonać. Do tego jeszcze zaprosili Marcina Staciwę na feature. Nauczyli się nawet wymawiać moje dane osobowe. Czułem się kimś ważnym Smile

Pierwsza gra to szybkie drawy z obu stron. Jednak przeciwnik miał Nykthosa i Cyclonic Rift z overloadem. Myślałem, że kończy to moje zmagania w tym meczu. Brak po jego stronie Thassy i 3 blanki dobrane z czuba, pozwoliły mi na powrót do gry i rozbudowanie stołu do osiągnięcia przewagi. Ostatecznie zakończyłem tę grę z wynikiem na moją korzyść. 1-0

Druga gra to Raptor w mojej pierwszej turze i przeciwnika Tidebinder Mage w jego turze drugiej. Potem land, go. W piątej turze przeciwnik doszedł do wniosku, że czas przemycić Thassę z backupem Gainsaya. Wielkie było jego zdziwienie, jak pokazałem mu dwie kopie tej niezwykle ważnej w tym meczapie karty. Kolejna tura to moja Thassa + jakiś tam stworek. Przeciwnik miał na to mistrza fal, którego w następnej turze cofnąłem na rękę, dograłem stworka i zacząłem porządny beatdown Thassą poparty później jeszcze kilkoma dobrymi spellami. Z tego przeciwnik już się nie wygrzebał. 2-0 

Runda 13 vs Robet Jurkovic (Mono U Devotion)

Tego meczu nie będę opisywał, gdyż przegrałem i nie ma sensu Razz – nie no, taki żarcik. Dla zainteresowanych podaję link do tego meczu profesjonalnie zrelacjonowanego przed wizardów TUTAJ

Jedyne co mogę powiedzieć od siebie, to że po porażce wcale nie poczułem się gorzej. Wręcz doszedłem do wniosku – ile można farcić, czasem po prostu trzeba przegrać. W tym momencie zaczął mnie już jednak łapać ostry stres przed kolejną, w moim przeświadczeniu najważniejszą grą Magica w moim życiu.

Runda 14 vs Marcello Calvetto (Mono U Devotion)

Koleżka, z którym miałem rozegrać tę rundę, wydawał się bardzo sympatyczny. Oczywiście tylko do momentu, gdy mu dobrze szło. Mecz, który był dla mnie najważniejszy tego dnia, paradoksalnie był jedynym moim meczem, którego nie grałem na feature match area. Ogólnie na początek nie podobało mi się już to, że koleżka ze wszystkich stron obstawiony był kumplami. Na przyszłość będę w takiej sytuacji wołał sędziego, by rozproszyć nieco towarzystwo. W tamtej chwili, skupiony w 100% na kartonikach, nie dostrzegałem tego jeszcze aż tak bardzo. Dodatkowo Marcello w swoich turach myślał niesamowicie długo, rozglądając się po kumplach, jakby nie wiadomo czego szukał. Wtedy doszedłem do wniosku, że trzeba zacząć zakrywać karty. W moich turach z kolei popędzał mnie, bym podejmował natychmiastowe decyzje. Jak mu powiedziałem, że możemy zawołać sędziego, by patrzył nad tempem gry, to odmówił i powiedział, że spoko „take your time”. Ogólnie teraz żałuję, że nie zawołałem sędziego, ale będzie to dla mnie nauczka na przyszłość, bo gość ostro kombinował.

Pierwsza gra zaczęła się bajecznym startem dla Marcello. Pierwsza tura Raptor, druga tura Weird, trzecia Thassa, czwarta Specter. Na to wszystko ja odpowiedziałem sową, Tidebinder Mage w Weirda i swoją Thassą. Przeciwnik miał niemałą przewagę tempa i już czułem, że będę pakował manatki. Na szczęście miałem w ręku cichego mvp całego turnieju – Rapid Hybridization. Jedyne co teraz chciałem zobaczyć to jak Marcello daje unblockable dla swoich, by wywalić mu Devotion, zagrać jednocześnie foga i ogólnie zrobić tzw. blowout. Marcello zaatakował stworami na co zapytałem się ze trzy razy czy mogę blokować, rozglądając się po kumplach Marcello, nie znalazł odpowiedzi i na moje pytanie powiedział, że daje 2x Unblockable dla Spectrów i Thassy. Moje oczy aż się zaświeciły, gdy sięgnąłem po hybrydyzację do ręki, po czym usłyszałem soczyste „Merda!”. Turę później dostawiłem Devotion. Wcisnąłem Thassą i niedługo trzeba było już czekać by Marcello się spakował. 1-0

Druga gra zaczęła się od zagrania Raptora przez mojego przeciwnika. U mnie sowa + Tidebinder Mage. Przeciwnik jednak zatrzymał się na 2 landach bez zagrania w drugiej turze, co skrupulatnie wykorzystałem atakując co turę i trzymając Gainsaya na ręku. Po trzech turach na 2 landach i powiększającej się po woli przewadze w stole po mojej stronie oraz w punkach życia przeciwnik nie wytrzymując nerwowo poddał grę. 2-0

Fala euforii uderzyła do mojej głowy, ostatnio cieszyłem się tak chyba… nigdy się aż tak nie cieszyłem! Nawet zdarzyło mi się wrzasnąć, co dla mnie, jako osoby raczej opanowanej, jest mocno nietypowe.

Runda 15, a raczej jej brak….

Wspólnie z miejscowym graczem (Niklas Kaltenböck – przyp.red.), który wcześniej też podskoczył z radości na koniec 14 rundy, postanowiliśmy wziąć ID, co lokowało nas na czołowych pozycjach przed Top 8. Ze względu na to, że jako jedyni mieliśmy ten przywilej, w ostatniej rundzie mogłem pooglądać jeszcze gry pozostałych graczy, walczących o Topa… lecz tego nie zrobiłem. Po prostu nie miałem ochoty. Chciałem ten czas poświęcić na całkowite odcięcie się od rzeczywistości. Słuchawki na uszy, muzyka na odpowiednią głośność, by nie było nic słychać z otoczenia i proces czyszczenia pamięci krótkotrwałej się rozpoczął. Muszę przyznać, że była to jedna z dłuższych godzin w moim życiu. W czasie jej trwania okrążyłem halę chyba z dziesięć razy, trzy razy skorzystałem z toalety, pięć razy wychodziłem na chwilę na dwór, by się przewietrzyć… oczywiście te liczby są raczej przybliżone, natomiast obrazują w jaki rezonans wpadłem, totalnie odłączając się od świata Smile

 

Top 8 i zakończenie turnieju

Do samego Top 8 podszedłem w sumie w miarę wyciszony. W ogóle nie czułem ludzi mnie otaczających. Skoncentrowany byłem tylko na moich przeciwnikach i kartonikach. Czułem, że taka okazja może się już nigdy nie przytrafić i muszę ją maksymalnie wykorzystać. Z drugiej jednak strony miałem poczucie, że osiągnąłem już i tak bardzo dużo i jeśliby moja przygoda z tym GP miała się skończyć w meczu ćwierćfinałowym, to wcale specjalnie nie będę nad tym ubolewał.

Marcin Staciwa - winner!

Samych gier  w Topie już nie będę opisywał, bo wszystko można zobaczyć w relacji Wizardów TUTAJ, a sam finał poniżej:

 

Napiszę tylko dwa spostrzeżenia, które nasunęły mi się dopiero później oglądając swoje gry:

1) W ćwierćfinale drugą grę miałem w kieszeni, ale oczywiście jakaś chora akcja urodziła się w mojej głowie i podpowiedziała mi bym nie schodził z hybrydyzacji w upkeepie. Zapłaciłem za to moździerzem z overload. Na szczęście przeciwnik też się ostro podniecił i przekręcił o jeden kartonik za dużo – nie widać tego na relacji, ale w tym momencie aż Head Judge, który raczej nie powinien pokazywać żadnych emocji, złapał się za głowę.

2) Grając drugą grę w finale, mając w stole Thassę, Bident i Weirda, modliłem się, by przeciwnik nie zagrał mi Verdict + Sphere, które dopiero w domu zobaczyłem, że miał wtedy na ręce. Na szczęście zagrał „zbyt tight” i zdecydował się po jakiejś chorej rozkmince ze swojej strony na Sphinx’s Revelation (może dlatego, że miałem odtapowaną manę na potencjalnego Gainsaya i chciał bym go stracił na rewelację… nie wiem), mając mnie na talerzu. Wielki uśmiech pojawił się na moich ustach jak obejrzałem tę akcję w domu.

Wszystko wygląda ładnie i pięknie ze strony widza, który widzi obie ręce graczy i siedzi sobie komfortowo w domu. Jednakże sama rozgrywka w ciemno nie jest już taka łatwa. Do tego w Top 8 dochodzą niesamowite emocje i nie ukrywajmy tego, zmęczenie po wielu rundach grania. To wcale nie sprzyja najbardziej optymalnym decyzjom. Sam wiele razy oglądałem relacje na żywo i widząc jak goście w Topie GP robią błędy dziwiłem się jak to możliwe, że oni tam się dostali. Teraz już wiem, że jest to możliwe. Smile

Siadło! - zwycięzca Grand Prix Vienna

 

Na koniec…

Jeżeli miałbym w postaci podsumowania wymienić czynniki, które złożyły się na mój sukces na GP w Wiedniu, byłyby to:

  • Traktowanie każdej gry, niezależnie od swojego rekordu meczowego, tak samo serio, wraz z szacunkiem do przeciwników i konstrukcji, przeciwko którym gramy
  • Nie traktowanie meczy, tak jakby nasze życie zależało od tego zwycięstwa – to tylko gra, w dodatku losowa
  • Ciągłe nawadnianie i odżywianie organizmu
  • Racjonalna porcja snu (choć mogła być w moim przypadku troszkę większa)
  • Nie tylko przetestowanie swojego decka, ale przede wszystkim znajomość formatu, w którym gramy
  • No i oczywiście szczęście, bo nie od dziś wiadomo, że rzygać z topa musi Smile

Albert Einstein będąc wrogiem teorii o prawdopodobieństwie zwykł mawiać, że „Bóg nie gra z nami w kości”, natomiast uczony gry Magic: the Gathering, niejaki Paul Rietz uważa, że różnica między bardzo dobrym graczem a takim, który staje się legendą, polega na kilku top deckach. I z kim się teraz tutaj zgodzić? Wybór pozostawiam wam.

Pozdrowienia dla wszystkich, którzy przeczytali do końca. Smile
– Marcin Staciwa

 


mtg, gp wiedeńMarcin Staciwa – Pierwszy kontakt z MTG miał gdy wychodził dodatek Exodus, natomiast pierwszy turniej zagrał, kiedy w typie drugim był blok Urzy i Masek. MTG zaraził go kolega „z bloku” jak jeszcze był w gimnazjum. Sama gra raczej nigdy nie zafascynowała go swoim światem. Zaczął w nią grać ze względu na mechaniki i interakcje między kartami.

Przez te wszystkie lata miał sporo okresów przerwy przeplatanych okresami intensywnego grania. Po powrocie ze swoich pierwszych MP, gdy w T2 były bloki Kamigawy i Ravnici, zainstalował na swoim komputerze MTGO. Brak sceny magicowej w rodzinnym mieście – Koszalinie, nie przeszkadzał już tak bardzo. Dodatkowo uważa, że pomogło mu to w bardzo dużym stopniu ulepszyć grę.

W tej chwili dział na scenie Szczecineckiego Klubu fantastyki, gdzie scena Magicowa rozwija się póki co bardzo prężnie i ma nadzieję, że już niedługo wypłynie z niej kilku graczy obracających te kartoniki na poziomie competative.

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze