Relacja Mtg3CityTeam z GP Kraków 2015

17-19 kwietnia w Polsce odbyło się jedno z najważniejszych wydarzeń Magicowych. Mowa oczywiście o GP Kraków. Jako, że moje zaangażowanie w Magicowe klimaty rośnie wprost proporcjonalnie do spadku wolnego czasu, ostatnio mogłem sobie pozwolić na całkiem sporo ostrego składania kartonu i bynajmniej nie chodzi tu o zbieranie pustych pudeł po lodówkach, bo straciłem pracę. Tym razem do zbliżającego się GP zabraliśmy się niezwykle poważnie. Testowanie zaczęło się zaraz po PTQ w Świdniku. Za bazę do pochłania hektolitrów różnego rodzaju trunków i użalania się nad naszym losem (w końcu na dwa tygodnie przed GP wychodzi nowy dodatek, a dla takich prosów to oznacza całkowitą zmianę meta), Mtg3cityteam obrał sobie Gdański sklep Orc&Goblin. 

Kierownik tego przybytku, to Łukasz Bemka, niezrażający się wiecznym hałasem, męskim zapachem (ponad dwadzieścia osób na przestrzeni 30 metrów kwadratowych), no i jeszcze znoszący tą nienaganną ogładę wszystkich obecnych godną nazwy sklepu. Wielki szacun dla Ciebie Łukasz! Oczywiście wszystkie trójmiejskie stragany z przyborami magicznymi zorganizowały stosowne do okazji GPT, gdzie poza Bye’ami moża było wygrać też inne fajne nagrody, które bardzo ułatwiały finansowe ogarnięcie wycieczki do Krakowa (pozdro dla Adasia :*).

No dobra, ale wróćmy do naszego profesjonalizmu magic’owego. Tak jak już wspomniałem, testowanie było naprawdę intensywne. Średnio we wtorki zbierało się 10+ osób, gotowych przekonać się, że ich nowe konstrukty są beznadziejne albo utwierdzać w przekonaniu, że są Królami Świata. Mimo dominacji jednego modelu (sami wiecie jak przepadam za Abzonaowym midrange’owym gniotem i nie ważne czy to aggro, czy control, czy co tam kto jeszcze wymyślił) i porzuceniu przez kilku naszych współplemieńców swoich przekonań i wartości dla stabilności Abzana, część z nas dalej posiadała solidne UB Controle (też je kocham, jak rozwolnienie przed wygłaszaniem seminarium), kulawe Sidisi Whipy, solidne, ale sytuacyjne GR Monsters i proste jak podrywanie gimnazjalistek Mono Red’y. Testy przemijały, wątroby cierpiały, a ostatni dodatek do bloku Khansów zbliżał się wielkimi krokami. Będę to powtarzał nie raz, ale jak prawdziwi prosi ogarnęliśmy MythicSpoilers i już kombinowaliśmy nad nowymi kartonami. Pojawiły się proxy i testing nabrał nowego wymiaru. Nawet w sytuacji gdzie ilość spożytego alkoholu przez naszego lokalnego Liska można mierzyć w litrach czystego etanolu na sto rozegranych gier, wpadł on na genialny pomysł splasza zielonego do Red’a i tym oto sposobem porzucił po burzliwym romansie Jeskai Tokens i wrócił do ukochanego RedoGreena. Deck robił masakrę, więc trzeba było mieć się na baczności przed podobnymi konstrukcjami. Jak się okazało instynkt Liska nie zawiódł i na ProTourze pewien czystej krwi Duńczyk wygrał cały turniej praktycznie identyczną talią. To dało nam wszystkim do myślenia.

Czas wyjazdu zbliżał się wielkimi krokami a ja utwierdzony w przekonaniu, że o swoim decku wiem wszystko i wszystko mogę, postanowiłem nic już nie zmieniać i tak oto po raz kolejny na duży turniej pojechał mój kochany Heroic. Tym razem w wersji Jeskai, trochę innej niż ta która rozpędziła motłoch i pokazał miejsce w szeregu na GPT w Futureksie (dwa Bye weszły jak zimne piwko w piątkowe letnie popołudnie), ale dalej zabójczej..

Jak prawdziwy ProTeam do drogi zebraliśmy się wszyscy razem. Postawiliśmy na rodzimego przewoźnika tj. PKP i tak rozreklamowane Pendolino. Wyjazd w czwartek 16.04 godz. 17.21 (chyba), w każdym razie czwartkowe siedzenie w pracy było dość nerwowe, a tyłek miałem tak zagrzany, że gdyby ktoś rozsypał na moim siedzeniu kukurydzę, to w mgnieniu oka byłby popcorn na drogę Wink Pakowanie, kanapeczki i batoniki na drogę, jazda na dworzec. W pociągu już czekała cała ekipa, wszyscy nabuzowani jak Pudzian przed kolejnym odcinkiem StrongManów. Podróż przebiegła szybko i byliśmy nawet przed czasem, niczym szesnastolatek pomiędzy udami koleżanki. W pociągu spokojnie, kulturalne rozmowy, jakieś granie, ktoś tam poszedł do Warsa po piwko. Nie można było zaszaleć, bo przed Warszawą już się owo piwko skończyło. No dobra ogólnie nasza wyprawa przypominała dożynki, czyli wieś śpiewa, wieś tańczy, a na czele pan doktorant z batutą nadaje rytm chamstwu i wszelkiego rodzaju bezeceństwom jakich może dopuścić się człowiek, oczywiście w naszym gronie były osoby, które zachowywały się godnie przez cały wyjazd (… musiałem tak napisać). Ktoś (Księżyc; tak go nazwano) nie zastanowił się i nazwał nas ‚bydłem’! To się zaczęło. Nie będę pisał jak wyglądały te 3,5 godziny od momentu wypowiedzenia wojny, ale i konduktor i Księżyc mieli pełne gacie i wcale w Krakowie pan Księżyc nie wysiadał z pociągu w obstawie SOKistów. No dobra, czas zwijać manele i cisnąć do bazy wypadowej i tu kolejna ciekawa sytuacja. Wchodzimy po schodach, a Lisek obczaja naszego kochanego konduktora jak to zdenerwowany ściąga buchy z upragnionego papieroska. Wywiązała się konwersacja:

– (Lisek) Ojojoj… nie ładnie, nie ładnie, wie pan że tu nie wolno palić?
– (Konduktor) !@#$#$%%…
– (Lisek) Zaraz przyjdzie policja i dostanie pan mandacik!!!
– (Konduktor) %^&%$$$^
W tym momencie zza rogu wychodzi partol policji i…
– (Policjant) Dzień dobry, wie pan że tu nie wolno palić?
 Neutral Twarz tego konduktora

GP CZAS ZACZĄĆ!!!

Piątek, piąteczke, piątunio i GP Trials na pełnej piz… Ostatnia szansa na Bye, pierwsze możliwości na wygranie czegoś. Duża część z nas ruszyła zdobywać trofea. Ruszamy w stronę EXPO, droga dziwna, jakieś fabryki, jakieś magazyny, lekki szok gdzie my jesteśmy. No, ale same okolice EXPO to już jakaś masakra. Ładna biała hala, z dużym przyzwoitym parkingiem w otoczeniu rodem z Mad Maxa. Po co jeść śniadanie, skoro można wziąć dwa głębokie wdechy nosem i połknąć przyzwoitą porcję wszelkiego rodzaju pyłów w naturalnym śluzie. Mniam. Sam byłem zaskoczony i wydaje mi się, że nie była to za dobra wizytówka, dla takiego miasta jakim jest Gród Kraka. No nic.

Przyznam się szczerze, że miałem zamiar stworzyć prawdziwą turniejową relację z imionami, deckami i ciekawymi zagraniami, a wyszło tak, że pierwszą grę na pierwszym podzie podczas pierwszego GPT zagrałem z Dominikiem (to tyle info o przeciwnikach i o tym czym grali). Mimo lekkiego stresu (odpaliłem piwko z rana, świetny rozluźniacz) wszystko wyglądało dobrze. Łapki nie latały tak jak na PTQ, ogar sytuacji pełen, po pierwszych zagraniach wiedziałem, że będzie łatwe zwycięstwo. Temur Battle Range był takim zaskoczeniem, że ludzie po trzy razy liczyli counterki na moich kabanach, bo nie wierzyli, iż ja będąc na pięciu a oni na czternaście plus i jeszcze obstawieni blokerami, potrafili przegrać. 50 BoM do kieszeni czekamy na następną rundę. A tu niespodzianka, kolega Migacz ze swoim Whipem chce się odgryźć za dwie poprzednie porażki na GPT Paris. Grę rozpoczęliśmy od kulturalnego przywitania.

– (Ja) To co trzy wtopy z rzędu z jednym ziomkiem i to jeszcze z bieda Heroiciem?
– (Migacz) Nie ciesz się, bo tym razem Cię zniszczę.
– (Ja) Stary weź mnie nie rozśmieszaj, ewentualnie będzie 2:1 dla mnie

Ktoś tam z tyłu rzucił żebym grał na czas, Migacz się odgryzł, że to on jest mistrzem tej taktyki i się zaczęło.
Pierwsza dla mnie w moim stylu, czyli wjazd na finish za 24. Druga, porażka z walką do końca i tak oto skończył się czas! OMFG!!! Co teraz, przecież to Single Elimination. Przyszedł sędzia i powiedział, że mamy pięć tur terminacji i ten kto skończy z mniejszą ilości HP przegrywa. Po upewnieniu się że Thoughtseizey i fetche też cię zabijają, zrobiliśmy pewnie side’y życia. Zaczynam, mam trzy tury i aggro… ręka startowa, miazga. 2x Plains, Favored Hoplite, Hero of Ironas, Ordeal of Heliod, Gods Willing, Ordeal of Thassa. Mój opp. mull do pięciu, w pierwszej scry land, no to dla mnie easy win i Warning za offencive language. Siano z butów wylazło, nie ma co.

W trzeciej dostałem bęcki 1:2 z GR Monsters i już coś zaczęło mi nie pasować. Kurde dlaczego gość mnie tak łatwo zniszczył? Mino obecności podobnych decków w naszych zasobach nie grałem z nimi wiele i zaskoczenie było tym większe. Trudno, 100 BoM’ów, mata z GP (ta ładniejsza).

Na tym zakończyłem moje poranne zmagania. Odnalazłem Liska (jednym z moich zadań poza relacją i robieniem wiochy na GP, było pilnowanie jeszcze większego wiochmena Liska, jak każdy pros i on miał swoją obstawę) i z jednym takim ziomeczkiem i jego uroczą dziewczyną Magdą udaliśmy się do wytwornej restauracji pana McDonalda. Nie wiem czy to Mak, czy wieczorna płynna dieta sprawiły, że mój przewód pokarmowy zaczął produkować olbrzymie ilości gazów bojowych, niczym niemiecka ofensywa pod Ypres. W każdym razie po dystrybucji partii owych produktów w bezpiecznej odległości od ludzi, (okazało się że jednak 4 metry na świeżym powietrzu to za mało) prawie zabiłem naszą Liskową maskotkę. No nic musiałem żyć z tym jarzmem, a raczej ludzie w moim otoczeniu musieli.

Powrót do Hostelu odpoczynek przed wieczorem, kilka piwek, obczajka prosów z zza granicy, którzy spali w naszym Hostelu (gdybym nie miał tak wyj… na to kto gra, bo interesuje mnie tylko czym i jak, to pewnie napisałbym wam że Rashahahshahahssahama z Izraela (może edytor tego tekstu dorzuci te nazwiska? – a może nie? – dopisek Red.) prawie połamał sobie nogi jak nas zobaczył na krzesełkach z piwami w dłoni i groźnymi minami, ot prawdziwi Magic’owcy). W każdym razie wolę wieczorem wypić piwo, pośmiać się i ogarnąć trochę świeżego powietrza, niż w każdej wolnej chwili napier… w LoL’a, albo MTGO.

Wieczorne Triale wyglądały podobnie, tak na marginesie wielki szacuneczek dla chłopaków z Infiniti Trials. Cały dzień naparzania triali, można zejść. Znowu matka (tym razem ta brzydka) w pierwszej wygrana, w drugiej obsys z GR Monsters!!! Kolejne 50 BoM’ów. Tego wieczora kilku z nas pokazało, że są w dobrej formie i nawet Mareczek (ten brzydal od tej ładnej i uroczej) zrobił finał w Trialu ze Splitem. Gratsy.
Wieczór, nawadnianie organizmów, przygotowanie do GP

Sobota, wielki dzień. Pobudka, spacer na Side. Oddanie decklist i zaczynamy. Jako posiadacz dwóch bye’i mogłem sobie pozwolić na śniadanko, sprawdzenie wszystkiego i spokojne ogarnięcie atmosfery turnieju. Było głośno i trochę duszno, ale organizacja bardzo dobra. Szkoda tylko, że sytuacja w toaletach nie byłą tak dobra jak dzień wcześniej. Trochę słabo jak o 9.00 wszystkie kibelki wyglądały jakby przeszły Kałmagedon. Dosłownie! Jako, że sprawdziłem swoje techniczne aspekty tak dokładnie jak nadzorca obozu pracy gdzieś na Syberii, wiedziałem, że wszystko zależy tylko od mojego „skilla”. No i nie zgadniecie na kogo trafiłem w trzeciej rundzie. No oczywiście że na GR Monsters! Było tyle Red’ów, Abzanów, UB Contoli. Nie, ja trafiam na potwory. Szybka akcja 0:2 i już wiedziałem, że mam przesrane. Za to Mtg3CityTeam prezentował się całkiem, całkiem. Wielki Szacun dla Misia za 3:0 na start swojego pierwszego dużego turnieju. Kilku z nas miało realne szanse na Day 2. Kolejna runda to łatwa wygrana z UB Control. Wjazdy za 20 i takie tam. Jeszcze Polska nie zgi… odzyskałem nadzieje.

 

Runda piąta – GR Monsters!!! Każda gra to Hornet Nest na stole. A w decydującej trzeciej partii nawet dwa, w trzeciej i czwartej turze. Z czego jeden odpalony za 11 ;( Jak pech, to pech. W każdym razie mimo dobrej jak na mnie gry, obessałem Confused  Trudno, szybka fajeczka, rozmowa z ziomkami i tu pojawia się niezwykła historia: zwykły bohater, niczym feniks z popiołów swojej magicowej nicości wyłania się Pablos The Great! Dla Pablosa to też pierwszy duży turniej i jak każdy się mógł spodziewać zaczął od 0:2. Na papierosku było już 3:2 a więc dobry powrót. Jak się później okazało Pablos zrobił 6:2 i w decydującej dziewiątej rundzie drzwi do Day 2 zostały dla niego zamknięte. Szacun! Ja też wróciłem do stołu pełen wiary i usiadłem naprzeciwko koleszki z Mono Green Devocją, ja pier… no znowu potwory. Było blisko, brakło jednego counterka i byłby kill za 22, ale w szóstej wszedł Ugin i dla mnie to GP się skończyło. Zdropowałem jak prawdziwy pros przy 3:3. Żałowałem tego później jak cholera. No ale są jeszcze side eventy. Zapisałem się na rebound sealed, co było najgorszym możliwym wyborem. Jak się okazało, przed otwarciem paczek sędziowie dali nam do zrozumienia, że mają na nas wywalone – nie będzie deck list i w sumie nic nie będzie, mamy grać. No to zaczęła się kawalkada Uginów i innych takich. W sumie do wygranie nie było dużo, ale wejście na niedzielne SSS było warte zachodu. Dlatego co bardziej obrotni postanowili to wykorzystać i dodać coś od siebie do swoich talii. This is Kind of Magic jak śpiewali Queen. Dobrze że powyciągali z tych decków karty z Therosa, bo pewnie niektórych korciło. Oczywiście nie mówię że wszyscy tak zrobili, ale mam pewne potwierdzone podejrzenia. Głos sędziów doniósł, że w sobotę na 16 osobowych podach było średnio od 3-8 Uginów, a w niedzielę na ponad 150 osób już tylko 4. Ach ta statystyka.

Podsumowując sobotę, sam turniej i jego organizacja na plus, wyniki super, czterech 3City Dude’ów w Day 2. Tu warto powiedzieć, że na największe porpsy zasługuje Maciek Miś za wynik życia na pierwszym swoim dużym turnieju. Pocisnął jak Shogun Gejsze. Pozostali wymiatacze to Lisek, Adaś Bajerowicz i nasz towar eksportowy Bartosz Bruski. Gratulacje chłopaki. Kontynuując podsumowanie: trzeba grać ze wszystkim i ile wlezie. Nigdy więcej sealedów. Nigdy! Po obrazkach sprzed budynku i uważnej obserwacji Magic’owej społeczności postanowiłem, że po powrocie do domu zaczynam biegać i ostro ćwiczyć. Hasła wieczoru to: Here Beer!!! (taka nieprzyjęta propozycja poczęstunku napojem bogów, dla zagranicznych prosów), standardowe „grałem z typem, który…” i „coś tu śmierdzi…”

W niedziele z rana każdy wytargał z łóżka, żeby dalej uczestniczyć w tych niecodziennych zmaganiach (chciałem napisać coś w stylu, że jak gladiatorzy i że walka, ale kur… po tym co widziałem, to nawet ja nie mam takiej wyobraźni do koloryzowania). Jak już napisałem nigdy więcej sealedów, dlatego wystartowałem w SSS. Porażka, zestaw tragedia, szybka orientacja, że to nie ma szans grać i tak oto dla mnie GP Kraków definitywnie się skończyło. Nasze ziomki walczyły w głównym turnieju dzielnie, niestety o Top 8 otarł się tylko Bartosz. A co najlepsze,to jedyna gra którą mogę jako tako zrelacjonować. Pierwsza partia padła łupem Barkta, który od początku narzucał tempo z Fleecemane Lion i Rakshasa Deathdealer a Rihno i Surrak, the Hunt Caller dopełniły tylko dzieła. Przeciwnik grający Jeskai Tokens nawet nie mrugnął. Druga gra to silny napór ze strony Jeskaia i dzielna walka Bartka, ale zamiast odpowiedzi, czy nawet Rihno, doszły lądy i pozamiatane. No i trzecia gra. Bartek zatrzymał 5 lądów, Commanda i Hero’s Downfall. Początkowo draw’y i deck współpracowały. Przeciwnik się męczył odpalał Cruise’a za Cruise’em i też nic nie dobierał. Jednak jak to bywa przy keepie pięciu lądów, w końcu zaczną przychodzić te kolejne i tak oto Bartka sfloodziło na śmierć, dosłownie. No nic podjął ryzyko, zabiły go gobliny, ale szacuneczke za „Jaja za stali”.

Takim oto sposobem doszliśmy do finału naszych zmagań. Dziękuję wszystkim z Mtg3CityTeam oraz wszystkim ludziskom, których poznałem na turnieju i którzy okazali się naprawdę fajnymi ziomami ze wszystkich stron Polski i świata. Jeden mały gnojek tylko zdenerwował mnie swoją gburowatością przy grze o pietruszkę, ale pewnie nie będzie miał w życiu wielu kolegów, ani partnerki poza lewą i prawą rączką, jeżeli w tak młodym wieku tak bardzo poważnie podchodzi do grania i prezentuje to w taki sposób, ot taka przestroga na zakończenia (jeśli Polak, jeśli Warszawiak, to chyba wszyscy wiemy kto to taki... – dopisek Red.).

Dziękuję za kolejny super wypad: Jacek (że tym razem nie musiałem pogrążać cię na turnieju i zawsze dobre słowo), Lisek (za flaczki w piątek, pyszne), Pablos (za wiarę że można), Mareczek (za świetne interesy), Mangol (za to że było z kim zapier… w niedzielnym smutku) i dla wszystkich innych których imiona noszę w pamięci Grin
Osobny super buziak w czółko (za niedługo od nosa, aż po kark) dla Adasia za cały wkład.
I pamiętajcie że w sierpniu robimy swój własny dzień zwycięstwa i za przykładem Nocnych Wilków ruszamy z „pokojową” wyprawą na Pragę!!!

 


Andrzej DubielAndrzej Dubiel – o sobie pisze… dość sporo  Grin

„Cześć nazywam się Andrzej, jestem anonimowym… magicoholikiem. Swoje pierwsze spotkanie z kartonikami miałem w wieku lat trzynastu (powoli kończył się blok Urzy i zaczynało Prophecy), był to burzliwy okres gimnazjum w pewnej śląskiej miejscowości. Zaraziłem się w lokalnym sklepie modelarskim, gdzie z przyjacielem chodziliśmy popykać w Warhammera. Ogólnie jestem samoukiem, nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale innej opcji nie było. Internet w tamtych czasach to był rarytas, a grono wprawionych Magicowców raczej liczyło na to że ograją nas w kolejnym turnieju i zleszczą na karty. Mimo to przy pomocy bieda decku BW (gdzie play set to słowo obce) udawało mi się zrobić jakieś Top 8 w lokalnych turniejach. Pamiętam moją największą wygraną – paczka Prophecy z Avatar of Woe. Dawne dzieje, może gdybym nie zaprzestał kręcenia kartonu w lewo dziś mój poziom byłby o niebo wyższy. Trudno, człowiek dorasta i widzi jak wygląda towarzystwo, koledzy też mają już tego dość, a paczuszki w naszym ukochanym sklepie robią się droższe i droższe. Nastąpiła więc ponad dziesięcioletnia przerwa w graniu i tak oto pewnego razu przyjaciel wyczaił artykuł o M:tG. Jak to pewien psycholog uczy dzieci z problemami rozwojowymi prawidłowej interakcji z otoczeniem za pomocą naszych ukochanych kartoników. Kilka draftów w Inistradzie ze znajomymi i zaczęło się na nowo, jak już raz zostaniesz ~holikiem to zawsze nim będziesz. Tym razem jednak z pomocą przyszedł mi Internet i pomocna dłoń trójmiejskiej sceny Magic’a. Od dwóch lat znowu jestem praktykującym Magicoholikiem bez perspektywy wyleczenia. Z dawnych czasów pozostał mi jednak wyuczony oportunizm do topowych Decków. Zawsze staram się „złamać standard” swoim niekonwencjonalnym podejściem. Oczywiście skutki są różne (przeważnie zbieram baty), ale radość z odkrycia UW Heroicka ponad osiem miesięcy przed resztą społeczności i wygranie okazyjnego FNM’a – bezcenne.


 

mtg3cityteam - banner

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze