Relacja z GP Antwerp

Było piękne popołudnie, a trup ścielił się gęsto w krainie Eorzea, kiedy to nieoczekiwanie z prawdziwego świata dotarła do mnie informacja, że wolne na weekend załatwione i mam zielone światło, by ruszyć na kolejną przygodę.

Pewnie byłbym tą informacją bardziej podekscytowany, gdyby nie fakt, że dzień wcześniej wróciłem z PTQ we Wrocławiu i jeszcze do końca nie ogarnąłem paru spraw oraz generalnie nie byłem specjalnie przygotowany na następny wyjazd. No ale cóż, wiadomo, że życie jest ciężkie, więc nie tracąc ani chwili kontynuowałem ze swoją drużyną ciężką walkę w świecie gry.

 

Day -1 i wcześniej

Tak przy okazji to sam pomysł pojechania do Antwerpii zrodził się właśnie na wspomnianym wcześniej PTQ. Otóż w przerwach między kolejnymi moimi zwycięstwami znalazłem chwilę czasu by porozmawiać z Eomerem o naszym zbliżającym się wyjeździe do Paryża na Bazaar of Moxen. Nie miał on dla mnie dobrych informacji i wszystko wskazywało na to, że po raz trzeci z rzędu mój wyjazd na jeden z największych i najfajniejszych eventów w moim ulubionym formacie skazany jest na niepowodzenie. Może jednak nie lubię tego formatu tak bardzo jak się z tym obnoszę? Może po raz kolejny brakło determinacji i samozaparcia? Chyba wolę sobie odpowiadać na te pytania. Na szczęście na turnieju podbił do mnie Kopeć z propozycją pojechania na GP w Modernie w najbliższy weekend. Akurat przypadkiem brakowało im jeszcze jednego gracza do załogi (w aktualnym składzie: on, Jabs i Eld). Pomyślałem sobie, że w zasadzie środki i chęci na wyjazd są po właśnie odwołanym tripie do Paryża, więc jak dostanę wolne w pracy (co jak już wiadomo się stało), to mogę pójść na jego układ.

Wracając do przygotowań. Niestety ostatecznie przyszedł moment, kiedy rozsądek wygrał nad niezaspokojoną przyjemnością i najwyższa to była pora by zacząć organizować wyjazd do Antwerpii, bo terminarz był naprawdę mocno napięty. Sprawa wyglądała tak, że był wtorek, a planowy wyjazd miał się odbyć o pogańskiej godzinie rano w piątek z Katowic. Dużo czasu – można pomyśleć, jednak rzeczywistość była dla mnie bardziej brutalna. Otóż specyfika mojej pracy polega na tym, że następnego dnia będę w niej dosłownie 24h kończąc o 8:00 rano w czwartek. Dodając do tego fakt, że nie mam możliwości, aby pojechać bezpośrednio z Nowego Targu do Katowic o tak wczesnej porze, muszę być gotowy do wyjazdu do Krakowa już w czwartek po pracy. Wprawdzie sporo pomagał fakt, że docelowo sam wyjazd był zaplanowany przez resztę ekipy, ja tylko miałem pojawić się we wskazanym miejscu i mieć hajs na wyprawę, ale mimo wszystko przez moją ostatnią aktywność wciąż było wiele do zrobienia.

Przede wszystkim zadawałem sobie sprawę, że najważniejsze jest zabrać tyle kart do formatu, ile zdołam unieść. Mogę totalnie nie mieć pojęcia o aktualnych trendach, ale będąc już na miejscu wszystkiego się nauczę od nowa. Dobrze mieć wtedy przy sobie możliwość przerobienia talii tak, jak mi pasuje i przy okazji oczywiście mieć opcje na pożyczenie kart lub mieć w czym wybierać karty do podpisu dla rysowników. Układanie tego wszystkiego zajęło mi lwią część czasu, jaki mi pozostał przed snem, ale przy okazji z rozpędu udało się złożyć jakąś chybił trafił wersję Junda (ktoś pomyślał, że zagram innymi kolorami? Wink). Wizualnie wyglądał na tę słuszną opcję. Udało mi się także mniej więcej spakować parę rzeczy na wyjazd.

W tak zwanym międzyczasie, za pośrednictwem starego dobrego e-maila, trwała żywa dyskusja na temat dogrywania szczegółów wyjazdu, składanych decków i naśmiewania się z Kopcia, że po nieudanym eksperymencie grania Zurem na MODO, planuje grać starym dobrym Mono Redem (nawet aktywnie szukał do niego kart!). Cały czas jednak nie mieliśmy noclegu, a każdy kolejny właściciel mieszkania/apartamentu do wynajęcia odpadał z różnych powodów, a kontakt się szybko urywał, jak dowiadywali się, że mają gościć typów z Polski. Pewnie nasi już u nich byli i zostawili „pamiątki”. Najbardziej hardcorowa była kobieta, która stwierdziła, że nie może teraz rozmawiać, bo jest aktualnie na operacji (lol?!). Ostatecznie jednak za pośrednictwem jednej ze swoich magicznych stron Kopeć zarezerwował miejsce w lokalnym budżetowym Novotelu, wysyłając do nas wszystkich stosowny mail ze wszystkimi możliwymi kodami potwierdzającymi. Do tego wyszło, że jednak nie wszyscy startują z Katowic i taki Jabs, który to aktualnie znajdował się w Poznaniu zostanie odebrany z Wrocławia. Wtedy to zaświtał mi w głowie niecny plan, że po co mam się kisić w Krakowie by zdążyć do Katowic, jak mogę sobie pojechać do Wrocławia w celach rozrywkowych i wstać o ludzkiej godzinie by być odebranym razem z Jabsem. Skoro jego zgarniają to ze mną też nie powinno być problemów. Długo nie myśląc, wcieliłem ten plan w życie. Wprawdzie przez to jeszcze wcześniej i to bez snu i odpoczynku po pracy byłem zmuszony do wyjazdu, ale my górale nie takie w życiu góry pokonali i nie takie jeszcze pokonamy, hej! Pełen entuzjazmu położyłem się wreszcie spać.

jundNastępnego dnia poszedłem do pracy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego i niespodziewanego, gdyby nie jeden istotny fakt, którzy uważni, stali czytelnicy już dostrzegli. Skoro ledwie co przyjechałem z PTQ, grałem cały czas w grę, a resztę czasu przeznaczyłem na ogarnięcie i pakowanie kart, a po pracy wyruszałem w dalszą drogę, to kiedy do jasnej ciasnej napisałem relację z weekendowego PTQ? Otóż właśnie zrobiłem to tej nocy w pracy… Poświęciłem ponad pięć godzin swojego cennego czasu, startując trzydzieści minut po północy i nieprzerwanie w miarę możliwości pisałem do ostatniego zdania, aby moi wierni fani mieli odrobinę rozrywki. Zdawałem sobie sprawę, że jak nie zrobię tego przed kolejnym wyjazdem, to ciężko będzie potem zebrać wspomnienia w całość. I to tym bardziej, że istniało jakieś prawdopodobieństwo, że będę mieć kolejną historię do opowiedzenia, którą zresztą tu właśnie widzicie. Zatem mój drogi czytelniku, jeżeli podobają Ci się moje wypociny i gdy następnym razem spotkasz mnie na jakimś evencie, konwencie czy innym wydarzeniu – podejdź do mnie i przybij piątkę, żółwika czy inny znak naszych czasów. Nie pozwól mi zapomnieć po co to robię i zmotywuj mnie bym dalej to robił, bo muszę się przyznać, że są momenty, w których to bardzo, ale to bardzo nie chce mi się… Jak na przykład teraz Razz

No ale dość tych narzekań i wróćmy do głównego wątku. Po powrocie z pracy wszystko było jak na wariackich papierach. Byłem bardziej zmęczony niż planowałem być i generalnie moje działania nie bardzo się kleiły, ale zebrałem się w sobie i dopiąłem wreszcie wszystko na ostatni guzik. Zmęczony zabrałem wszystkie torby i plecaki i wyszedłem z domu. Po drodze dotarło do mnie w końcu, po co Eld wspominał o rejestracji online na event. Przecież skoro w zasadzie cały piątek będziemy w trasie i jedziemy prosto do hotelu, to aby się zarejestrować musiałbym się pojawić wcześniej na site w sobotę, a skoro o tym wspomniano to pewnie wszyscy to zrobili i będę jedynym wyjątkiem, co przyznam szczerze nie bardzo mi pasowało. Po analizie tej sytuacji zadzwoniłem natychmiast do Elda, czy mógłby mnie zarejestrować online, co też uczynił i kulturalnie wysłał mi elektroniczne potwierdzenie. Od razu zassałem je sobie za pamięci na telefon. Nigdy nie rejestrowałem się online, to wolałem mieć jakieś potwierdzenie w razie draki. Po tych operacjach dotarłem akurat na dworzec, wsiadłem w autobus i wyruszyłem do Wrocławia.

Następnego dnia, już we Wrocławiu, szczęśliwy, pojedzony i wypoczęty zadzwoniłem do moich kompanów jak im idzie podróż oraz gdzie planujemy nasz „rendezvous point”. Szczerze to mało wierzyłem, że uda im się z Katowicach wyjechać punkt 8:00, bo jak pamiętam wyjazd na GP Bochum, to minęło grubo ponad godzinę zanim Pan Kopeć łaskawie pojawił się w umówionym miejscu. Na szczęście moje obawy tym razem nie miały swojego odpowiednika w świecie i wszystko czasowo się póki co zgadzało. Jabs, który właśnie dojeżdżał pociągiem z Poznania znajdował się już prawie na Dworcu Głównym, toteż wybraliśmy tę lokację na nasz punkt zborny. Na miejscu, oczekując na resztę, zadzwoniłem ponownie, by sprawdzić ich status. Jak się okazało te geniusze korzystając z GPSu ze szpanerskiego iPada zamiast trafić na Dworzec Główny, pojechali na jakiś dworzec na drugim końcu Wrocławia. Na szczęście podczas naszej rozmowy telefonicznej Eld zapytał mnie o nazwę ulicy na jakiej się znajduję, korygując kurs w odpowiednim kierunku i po jakimś czasie udało się nam wszystkim spotkać i wyruszyć w dalszą podróż.

W zasadzie cała trasa odbyła się bez większych niespodzianek. Trafiło się tam na jakieś korki po drodze i coś tam się nam spodziewany czas przyjazdu wydłużył, ale i tak punktem docelowym był hotel, więc w zasadzie wszystko jedno. Większość jazdy przespałem, więc nie byłem uczestnikiem niektórych ambitnych rozmów, ale budziłem się od czasu do czasu i udało mi się pogadać trochę o tym, co nowego w formacie (bo generalnie tej wiedzy mi brakowało) oraz o tym kto jakim deckiem planuje grać. Do tego zdarzyły się też ciekawe tematy jak np. rozmowa o politykach, którzy zakładają się to kto przeforsuje bardziej absurdalną ustawę i przy okazji rozmów o niej się nie zaśmieje. Na którymś postoju Kopeć ze swojego magicznego bagażnika wyczaił jakąś płytę bliżej nieznanego mi artysty Deuce, którego to jeden utwór, może i mało ambitny, wpadł nam wszystkim w ucho i, można powiedzieć, stał się swego rodzaju piosenką wyjazdu. Podczas tej podróży minęliśmy ciężarówkę z napisem Gideon, co było dla Kopcia pierwszym sygnałem, że pora pomyśleć o innym decku.

Niespodzianka za to czekała nas na miejscu w naszym zarezerwowanym budżetowym hoteliku. Po przyjeździe i udaniu się do recepcji okazało się, że nasza rezerwacja nie istnieje. Na nic zdało się nasze imienne potwierdzenie z każdym możliwym kodem to potwierdzającym. Jest godzina pierwsza w nocy, a my nie mamy gdzie spać. Trochę się w duchu zdenerwowałem, bo bardzo nie lubię takich sytuacji. Kopciu jednak wziął się w garść i jako lider drużyny i osoba odpowiedzialna za tę rezerwację zadzwonił do obsługi klienta strony z jakiej korzystał. Miła pani poinformowała, żeby poczekał minutkę i zadzwoni do hotelu, wyjaśniając sprawę. Podczas naszego ponad trzydziestominutowego czekania wymyśliliśmy, że muszą mieć umowę z Playem i właśnie nabijają sobie na nas darmowe minuty… Ostatecznie nasza pani z obsługi klienta poinformowała nas, że zdarzył się jakiś błąd w systemie i od ich strony wszystko przeszło bez problemu, ale hotel naszej rezerwacji nie otrzymał i nasze pokoje są już sprzedane, a ona postara się nam znaleźć jakąś alternatywę. Zapytała się też przy okazji, czy przypadkiem nie chcemy pojechać do Brukseli, bo nie chciałaby nas naciągać na koszty związane z droższym hotelem… Po stosownej odpowiedzi rozłączyła się i czekaliśmy zatem kolejne minuty na rozwój wydarzeń.

W końcu doczekaliśmy się na telefon od naszej pani z obsługi klienta i pokierowała nas do nowego hotelu znajdującego się w jakieś ludzkiej odległości. Na miejscu było widać, że będzie drożej, ale bez innych opcji i o tej godzinie miało to drugorzędne znaczenie. Pan z recepcji przywitał nas słowami: „You are the Polish guys?”, co utwierdziło nas w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy. Po dokonaniu niezbędnych formalności dowiedzieliśmy się, że przynajmniej codziennie w cenie mamy śniadanie, czego wcześniejsza lokalizacja nam nie udostępniała, a po przeanalizowaniu standardu pokoi w zasadzie teraz mogę powiedzieć, że dobrze się stało jak się stało i byłem bardzo zadowolony z nowego miejsca noclegu.

Kiedy wszystkie grzeczne i trzeźwe dzieci poszły spać, ja, który jest przyzwyczajony do nocnego trybu życia, uruchomiłem resztki szarych komórek jakie mi pozostały, wciągnąłem karty na stół i zacząłem jedno wielkie ogarnianie formatu. Wcześniej, zanim jeszcze Eld poszedł spać (bo docelowo on na ten wyjazd był moim współlokatorem), porozmawiałem sobie z nim trochę na temat, już w zasadzie rozwiązując wszystkie trapiące mnie problemy natury karciano-karcianej i czułem powoli, że jestem gotowy na finalną rozkminę o decku.

Po wszystkich przemyśleniach za i przeciw oraz dogłębnie powierzchownej analizy wszystkiego, co sobie mogłem wyobrazić o tej godzinie, wyklarował mi się taki oto spis decku:

Decklista:

pokaż / ukryj

Bylkowy Jund

Generalnie jest to wariacja jednej z decklist znalezionej w necie, porównana z innymi decklistami, wymieszana ze szczyptą doświadczeń nabytych na GP Lyon i dodaniu szczypty własnego stylu gry, bo co jak co, ale zawsze będę zdania, że każdy gra inaczej i oprócz skuteczności decku warto to też brać pod uwagę, w jaki sposób prowadząc talię najczęściej doprowadzamy do zwycięstwa.

Moim zdaniem najbardziej zauważalną zmianą jest niegranie kompletem Liliana of the Veil, co przy aktualnych trendach wydaje się samobójstwem. Z całym szacunkiem jakim darzę tę kartę, wręcz ją momentami ubóstwiam (zaraz po Life from the Loam i Dark Confidant jest to moja ulubiona karta w tej grze), to jednak uważam, że cztery to jednak za dużo, nawet uwzględniając nowe zasady. Nieraz są takie momenty, że nie jest ona taka dobra, jak by się chciało i nie chcę jej dobrać w zbyt dużych ilościach. W zamian za to postawiłem na drugiego Maelstrom Pulse, który w swojej uniwersalności nigdy nie zawodzi (choć gdyby było w formacie to bym wolał Vindicate Smile ), a przeciwnik zawsze robi mi dziwną minę jak widzi w jednej grze dwa Pulsy.

Promo card GP Antwerp

Promo card GP Antwerp

Wbrew niektórym wersjom, nie chciałem mieć w decku więcej niż jedną Chandrę. Moja decyzja opierała się na tym, że jest to karta dla mnie nowa i nie byłem do niej w 100% przekonany, choć potrafiłem dostrzec zalety posiadania jej w choćby jednej sztuce, więc zaryzykowałem i już po turnieju mogę stwierdzić, że to jest dla mnie jak najbardziej optymalna ilość.

Oprócz tego można zauważyć, że wersja jest nastawiona na raczej dużą ilość stworów oraz pośrednio na late game (duża ilość CMC 4). Uważam, że większość gier Jundem, to jest walka na wyniszczenie i zwykle te gry się przeciągają długą chwilę, więc warto mieć trochę więcej cięższej artylerii. Byłem bardzo zadowolony z takiego maina i po zebraniu doświadczenia z tego GP, jedyne nad czym się zastanawiam, to zmiana jednego Huntmastera na dodatkową Olivię, która już na kolejnym dużym turnieju była mi nieoceniona i wygrywała sama gry.

Ciekawie za to dzieje się w sideboardzie. Wiele tam singlowych kart i ambitnych pomysłów, które zajęły mi najwięcej czasu myślenia w pokoju hotelowym, ale zdecydowanie uważam, że warto było. Zamiast zwykłych dwóch Shatterstorm, rozdzieliłem funkcję jednego na Damnation, który często robi to samo, a można go z powodzeniem wykorzystać na inne decki, radząc sobie z takimi kwiatkami jak Thrun, the Last Troll. Do tego Grim Lavamancer jako piąty „shaman” i Pillar of Flame na Voice of Resurgence, który jak mnie ładnie uświadomiono w samochodzie, jest lepszy od Magma Spray, bo wali w ryj. Argument jak najbardziej mnie przekonał. Do tego standardowy zestaw na Tron decki w postaci Fullminatorów i Sowing Salt oraz inne mniej lub bardziej zrozumiałe opcje na resztę znanych mi decków.

Kiedy to wszystko spisałem na uprzednio przygotowanej oficjalnej kartce na decklistę, mogłem nareszcie położyć się spać.

Day 1

Obudziliśmy się bez żadnego problemu, zjedliśmy śniadanie w spokoju i równie bezproblemowo oraz dojechaliśmy na site, dla odmiany też bez żadnego problemu. Naprawdę jakby się każdy turniej tak zaczynał, to świat byłby lepszy dla wszystkich, a na pewno dla mnie. Jako że pierwszy raz miałem okazję zagrać GP w Antwerpii, trochę zdziwiłem się surowo wyglądającym hangarem, przystrojonym naprawdę sporym napisem „GRAND PRIX”, że trzeba było się bardzo postarać by nie zauważyć. Na miejscu przywitało się ze znajomymi, których to nie była specjalnie liczna grupa, a na pewno nie taka jakiej się spodziewałem. Pochodziło się po sali, sprawdziło gdzie najkrócej do toalety i inne takie organizacyjne sprawy, by potem móc się tylko i wyłącznie skupić na grze.

W międzyczasie główny event powoli zaczął startować. Rozwieszono sittingi, podpisało się cyrograf o wykorzystanie wizerunku i w razie potrzeby wykorzystanie narządów do celów badawczych. Sprawdziło się ilość bye, która w moim przypadku wynosiła całe jeden, bo tak się złożyło, że po PTQ przekroczyłem magiczną liczbę 400 punktów i powoli zaczynała się runda pierwsza.

Runda I

Podczas trwania tej rundy, jak zwykle gdy posiadam bye, planowałem podpisać sobie uprzednio przygotowany zestaw kart u obecnych na evencie rysowników. Niestety, jak można się było spodziewać, nie byłem odosobniony w swoich zamiarach i długość kolejki wskazywała, że nawet z trzema bye mógłbym nie dać rady, więc spasowałem. Obessie się szybko turniej i będzie można wtedy postać w kolejce Wink. Przy okazji oczekiwań napotkałem na Przemka Knocińskiego, który nie omieszkał zrelacjonować swojej wersję niedawnych wydarzeń z WMC. Szybko jednak uciekłem myślami do aktualnych wydarzeń i trochę przyspany, zacząłem sobie marzyć, że fajnie by było zagrać takie ekscytujący mecz na rozbudzenie, żeby się dalej lepiej grało. Nie czekając już potem długo, rozwieszono paringi na drugą rundę. Pora ruszyć do boju!

Runda II – Züll, Stephan [DEU] – RG Tron – miejsce w końcowych standingach: 1038

Tak się złożyło, że na pierwszy ogień odesłali mi Niemca. Nie mam żadnych podstaw, by mieć jakiekolwiek uprzedzenia, tym bardziej, że wszyscy Niemcy z jakimi grałem okazywali się miłymi i komunikatywnymi graczami, ale zawsze jak widzę na paringach [DEU] to w myślach komentuję ten fakt. Szybko znalazłem stolik i rozkładając się, nie wyciągałem kart z deckboxa, bo jak uczył wujek Gulanog, są mendy, które czekają aż im pokażesz czym grasz. Mój niemiecki przeciwnik nie pozwolił mi długo czekać i jak zwykle okazał się w porządku i komunikatywnym graczem, znającym angielski. Stereotypy nie istnieją!

Wygrałem rzut kostką i rozpoczęliśmy grę. Zatrzymałem standardową siódemkę z fetchem, seizem, shamanem, confidantem i boltem, przeciwnik też bez mulliganów. Ku mojemu niezadowoleniu po Thoughtseize już wiedziałem z jakim deckiem gram i nie była to dobra informacja, bo bardzo, ale to bardzo nie lubię grać z RG Tronem. Szybko mój deck zbił mnie na 8 życia, a potem Wurmcoil przeciwnika zasilany Karnem zakończył moje męki. Zachciało mi się meczu na rozbudzenie…

Przegrałem to znowu zaczynam. Znowu obydwaj zatrzymaliśmy startowy zestaw kart. Gra potoczyła się totalnie po mojej myśli. Zabiłem go szybko Tarmogoyfem popartym dwoma Fulminator Mage.

Trochę odżyłem po szybkiej i bezproblemowej wygranej, nabrałem pewności siebie, side działał. Będzie dobrze. Ta gra jednak nie była taka łatwa i w ogóle była bardzo, bardzo długa. Najważniejsze co z niej pamiętam to końcówka, w której z Lilianą i Olivią w stole zmusiłem przeciwnika do zagrania Emrakula jako ostatnią kartę w jego ręce tylko po to, by dostać turę i mieć szansę na znalezienie Oblivion Stone. Na szczęście to się mu nie udało i Emrakul, the Aeons Torn pod rozkazem Olivii zabił swojego ownera.

2:1

Runda III – Van den Wouwer, Chris [BEL] – Naya Zoo – miejsce w końcowych standingach: 68

Runda bez historii. W pierwszej grze zabiłem przeciwnika w wyścigu stworów. Taki klasyczny mecz na obrażenia. W drugiej zaskoczył mnie posiadaniem w decku Vines of Vastwood, co mu wygrało grę, a w trzeciej, uważając na jego sztuczkę, deck pokazał jak się zadaje obrażenia. Zastanawiałem się za to nad tym, że skoro gram na macie z topa PTQ, to czy przeciwnik sobie rozkminił, że skoro mnie spotkał tu i teraz, to pewnie tego PTQ nie wygrałem, bo inaczej uzbierałbym na 3 bye i nie musiał grać tej rundy, ale to pewnie tylko ja na to zwróciłem uwagę. Razz

2:1

Runda IV – Grimmer, Jasper [DEU] – Jund – miejsce w końcowych standingach: 339

To był mój najgorszy mecz na tym turnieju. Zrobiłem na początku błąd z wyszukaniem złego lądu z fetcha i cała gra mi się potem nie kleiła w całość, a przeciwnik był zawsze jeden krok do przodu. Pocieszałem się tym, że sideboardplan sobie z nim poradzi, niestety tak się nie stało, bo docelowo nic z sideboardu do mnie nie doszło poza jednym Fulminator Mage, który nie miał już wtedy żadnego znaczenia dla rozgrywki i dość szybko przegrałem drugą grę. Wtedy sobie zacząłem już myśleć, że zaczęło się: koniec wygrywania, wracamy na stare śmieci. Do tego uczucie, że przegrało się przez swoje błędy. Oj, nie wróżyło to nic dobrego.

0:2

Runda V – Brees, Guy [BEL] – UR Delver – miejsce w końcowych standingach: 703

Na początku wydawało mi się, że gram z Twinem, jednak po drugim podglądnięciu ręki przeciwnika okazało się, że jest to po prostu UR Delver. Trochę się nawet pościgał ze mną flipniętym delverem, ale ostatecznie uległ pod potęgą Tarmogoyfa. W drugiej grze Delvery flipnęły się od razu i z większą ilością kontr niż u mnie removalu, przeciwnik szybciej zbił moje życie do zera. Trzecia gra była bez historii, nie dobrał landa na kiszonego w ręce Molten Rain, a ja zdążyłem wystawić w tym czasie wszystko.

2:1

Runda VI – Yu, Shao-Chi [BEL] – UWR Midrange – miejsce w końcowych standingach: 790

Przeciwnik po przedstawieniu się pochwalił mnie za moje nienaganne wymówienie jego imienia i nazwiska, jak widać lata oglądania anime jednak nie poszły na marne. Usiedliśmy do gry, rzut kosteczką, moja przegrana i jazda. Po klasycznym land-go szybko można było zauważyć z jakim deckiem gram. Cała pierwsza gra było in favor dla mnie, a w pewnym momencie, kiedy już miałem go zabić, przy chowanym jednej karcie w ręce będącej landem, dobrał z czuba Wratha, potem Supreme Verdict, 2x Command – tap i draw, znowu Supreme Verdict, tym razem ze wsparciem Gideona, potem znowu Wrath of God i Gideon skończył zabawę. No można się zdenerwować ^^. Druga gra poszła już bardziej po mojej myśli i przeciwnik nie mógł wytrzymać klasycznej presji Junda. W trzeciej już się trochę pościgaliśmy jak równy z równym i na sam koniec, zostając na jednym życiu, wyczyścił stół. Już obawiałem się sytuacji z pierwszej gry, ale deck szybko zasuportował mnie w zapałki i spaliłem przeciwnika, wygrywając mecz.

2:1

Runda VII – Caron, Jeanmarc [ITA] – Affnity – miejsce w końcowych standingach: 264

Po przeczytaniu paringów wydawało mi się, że grałem z gościem już na jakimś Grand Prix. W zasadzie to wiedziałem dokładnie o kogo mi chodzi i gdzie z nim grałem, bo zaliczyłem podczas gry z nim sporego faila, ale wtedy jego nazwisko było zapisane jako Jean Marc, a nie jak teraz Jeanmarc stąd moja wątpliwość, która to została rozwiana zaraz po przywitaniu się przy stoliku. Był to ten sam typ, z którym grałem w Veronie w formacie Standard spisem podesłanym mi przez Duo, który „ukradł” go od Jacka Sadurskiego (jacksad na modo jak dobrze pamiętam). Na początku mnie nie skojarzył, ale po szybkich retrospekcjach i przypomnieniu sytuacji odnalazł to wydarzenie w pamięci. Historia, którą teraz przytoczę, jest z cyklu „Umiesz liczyć, licz na Byłka”, który to cykl rozpoczął Gotrek Gurnisson i jak zawsze przy tego typu historiach pozdrowienia dla niego.

Deck, jaki wtedy pilotowałem, to był Midrange Jund ze splashem białego po Restoration Angel. Podczas pierwszej gry, kiedy jeszcze nie wiedziałem z czym gram, zatrzymałem po mulliganie do 6 taką sobie rękę, gdzie znajdowały się 3 landy (nie dające białej many), Farseek, 2 Restoration Angel. Po rozpoczęciu gry okazało się, że gram z wybuchowym RG z Shamanami, czyli miałem jeszcze mniej czasu na rozbudowanie stołu. Nadeszła moja druga tura, rzucam Farseeka i szukam landu nie dającego białej many… Położyłem go kończąc rozpatrzenie Farseeka i zdałem sobie w głowie sprawę jaką głupotę zrobiłem, no ale stało się i nie chcąc po sobie dać poznać, że poszło coś nie tak, oddałem turę. W mojej następnej dobrałem trzeciego Restoration Angel, co było dla mnie takim wielkim środkowym palcem w moją stronę od decku i po analizie presji na stole stwierdziłem, że nie pokażę przeciwnikowi, jakie sprytne zagranie zaserwowałem i złożyłem się. Po przegranym ostatecznie meczu mimo wszystko musiałem się komuś wyżalić i opowiedziałem mu i tak, co się wtedy stało Razz.

No, ale wróćmy do Antwerpii. Spodziewałem się, że tym razem też będzie grał z jakimś wybuchowym aggro, bo widać było w Veronie, że lubi taki styl gry i pod tym kątem starałem się zatrzymać rękę. No i nie myliłem się, tym razem padło na Affnity i klasycznym makao, w pierwszej po prostu przegrałem. Nie zrażałem się tym, bo wiedziałem, że to jest taki mecz, że cała zabawa zacznie się po side. Klasycznie z automatu się sidowałem, wrzucając 10 kart do maina :] i przeszliśmy do dalszej gry. Druga i trzecia gra wyglądały dość podobnie, sideboard zadziałał jak złoto i zawsze miałem więcej removalu niż przeciwnik zagrażających mi stworzeń i nie mógł się w żaden sposób przebić.

2:1

Runda VIII – Esposito, Alessandro [ITA] – URb Twin – miejsce w końcowych standingach: 115

Przed startem rundy dotarło do mnie, że jeszcze tylko jedno zwycięstwo i jestem już w day 2. Pomyślałem sobie, że mam szansę wykonać plan minimum, po czym doszła do mnie kolejna myśl, że jaki plan minimum?! Co ja, niepoważny jestem, Duo na mnie czeka bym wysycił slota, to jest plan na turniej, a nie jakieś podrzędne day 2. Opamiętaj się chłopie, co ty bredzisz, przyjechałeś tu wygrywać czy realizować jakieś śmieszne plany minimum? Jak masz tak myśleć, to lepiej siedź w domu przed konsolą, nie trać kasy jeżdżąc po jakichś Grand Prix. Idź wygrać kolejną grę, a nie denerwuj mnie… i skoro już moje sumienie mnie opieprzyło nie miałem innego wyjścia tylko iść i wygrać.

Osoba, z którą grałem, jak się później w przerwie na papierosa okazało, przyjechała razem z moim poprzednim przeciwnikiem, ale podczas gry tego jeszcze nie wiedziałem. Tak czy siak, start gry był niezwykle emocjonujący, bo przez pierwsze tury myślałem, że gram z UB Aggro/Wróżki czy coś w ten deseń, a tu nagle pojawił się czerwony kolor i Deceiver Exarch. Na szczęście przeciwnik nie wykorzystał szansy, jaką mu dałem przez chwilową niewiedzę i zdążyłem zbić jego życie do zera. Przy sideboardzie wiedziałem na co gram i wiedziałem, że nie będę w następnej grze się tak rozkosznie wytapowywał.

Przebiegała ona bez większych presji ze strony przeciwnika, a że tym razem zawsze miałem jakiś removal i manę na niego odtapowaną, to czułem się w miarę bezpiecznie, choć gdzieś tam, wiadomo, czyhało na mnie zagrożenie ze strony combo. Kiedy zbliżałem się już do wygrania tej gry, zaczęła się kolejna historia z cyklu „Umiesz liczyć, licz na Byłka” Smile

Jest koniec tury przeciwnika. W ręcę ma bodajże dwie karty, na stole Pestermite, trzy many w kombinacjach U i R, na grobie Boomerang, Lightning Bolt i Serum Visions, fetche, a żyć 3. Ja mam na stole dwóch Deathrite Shamanów, ale jeden zatapowany, manę na aktywację i na grobie Thoughtseize, Abrupt Decay, fetche. I co? I inteligent taki jak ja bez większego zastanowienia celuje Shamanem w Bolta przeciwnika, ten w odpowiedzi Snapcaster Mage i pali mi Shamana…, a w swojej następnej Bolt z ręki w mojego drugiego Shamana…

Po tym wspaniałym prezencie dla przeciwnika, torchę się podłamałem, że teraz deck mi same landy da (dobrałem Treetop Village), przeciwnik dozbiera brakujące elementy comba i będzie po zabawie, potem przegram trzecią, bo jestem noobem i z rozpędu przegram dziewiątą rundę i pójdę do domu, ale dla odmiany deck mnie tak łatwo nie zdradził. Wprawdzie skipnąłem jeszcze jeden combat przez Command – tap + draw, ale ostatecznie potem się przebiłem zadając brakujące obrażenia. Uff, naprawdę mi wtedy ulżyło.

2:0

Runda IX – Pauwels, Shaun [BEL] – 5C Tribal Flames Zoo – miejsce w końcowych standingach: 105

Przyznam się bez bicia, że wprawdzie miałem tam jakieś day 2 na innych GP porobione, ale nigdy nie miałem ostatniej rundy day 1 zapasu. Zawsze to była decydująca runda i większa była spina. Miła to była odmiana, gdzie można było trochę spokojnie to rozegrać. Choć po moim entuzjazmie można było jako wszechwiedzący narrator dodać „On jeszcze nie wie.”

Skoro już mam pewne day 2 grałem tak do przesady ostrożnie, w miarę możliwości tylko basic landy lub fetchem tylko shock tapnięty. Shaman bez agresji, życia dodawał jak nie zapowiadało się na szybką wygraną i takie tam. Przeciwnik jeszcze za każdym razem upewniał się na trzy razy, czy na pewno chcę tak mało żyć tracić z tych shocków. Mimo jednak wszystko, gra rozwijała się po mojej myśli, dość szybko zorientowałem się na jaki deck gram, już nawet jego Geist of Saint Traft w bloku siedział i w zasadzie board już mi wygrywał grę w następnej turze. Jednak po dobraniu karty przeciwnik głośno skomentował swój draw, że nawet nie wiedział, że ma jeszcze jakieś outy w decku. Radośnie położył Elspeth, Knight-Errant w stół, dał bonus i latanie Geistowi, a potem dobił mnie Tribal Flamesem za 4. Idealnie 13 żyć, które posiadałem. Miło.

Druga gra znowu pokazała mi środkowy palec, znów byłem na 13 życiach, znów wygrywam ze stołu w następnej, a tu 2x Tribal Flames za 5 wraz z Lightnig Bolt i mogę grzecznie podać łapę z podtulonym ogonem…

0:2

No cóż, z jednej strony niedosyt, z drugiej strony, nie ma źle, bo mimo wszystko jutro gram dalej. Trzeba nakierować myśli na zwycięstwo, a nie myśleć o przegranej. Po tej krótkiej zadumie poszedłem szukać reszty ekipy, bo w zasadzie zgubiłem ich w okolicach 5 rundy i potem ich już nie widziałem, więc nie wiedziałem, jak im poszło, czy w ogóle jeszcze grają, czy może gdzieś sobie poszli, zostawiając mnie na pastwę nerdów. Jakby nie było, są do tego zdolni. Na szczęście szybko się znaleźliśmy, pogadaliśmy o grach i takie tam. Niestety tylko Eldowi nie udało się dostać do day 2, no ale z drugiej strony 3/4 samochodu  zrobiła to day 2, więc solidna statystyka.

Odstawiając karty na bok, po zakończonej pierwszej części GP, zostawiliśmy rzeczy w samochodzie i wyruszyliśmy na tak zwane miasto coś zjeść. Zapewne nie za bardzo chcecie czytać, jak czterech typów przekręcających kartoniki rozkoszuje się kolacjo-obiadem, dbając o linię na swój unikalny sposób. Nawet się wam nie dziwię. Mimo wszystko zabawne było, że idąc za „nosem” Jabsa, trafiliśmy do Chorwackiej restauracji i jak próbowaliśmy rozszyfrować, co dane jedzenie może oznaczać (nie mieli angielskiego menu), podszedł do nas kelner z tekstem: „o słyszę, że nasi!” i wspomógł nas w naszych rozkminach, przy okazji opowiadając swoją historię życia, że jest tam od 14 lat, pracuje na czarno na budowie, bo płaci duże podatki i takie tam. Generalnie miły gość był. Po udanym posiłku udaliśmy się do hotelu i każdy się zajął swoimi sprawami, a potem grzecznie poszlismy spać, bo jutro trzeba turniej wygrać.

Day 2

Dzień rozpoczął się podobnie jak poprzedni, bez historii i problemów, więc można od razu przejść do opisu gier.

Runda X – Renedo, Rodrigo [ESP] – Kikipod – miejsce w końcowych standingach: 199

Znowu trafiłem na gracza, z którym już miałem przyjemność zagrać na innym GP. Pamiętałem go z Lyonu i też graliśmy w Modernie i też w day 2. Dokładnie pamiętałem, czym grał wtedy i wiedziałem, że ręka jaką chcę zatrzymać, musi coś robić na Kikipoda, co jak się potem okazało było słuszną dedukcją. Podobnie jak w Lyonie, nie wywarła na mnie wrażenia gra i nie zdarzyło się nic, co szczególnie zapamiętałem oprócz tego, że wspomniał, iż przez moje ostrożne płacenie żyć do shocków/fetchy cały czas mu brakowało jednego obrażenia. No cóż, c’est la vie i przechodzimy do następnej rundy.

2:0

Runda XI – Bourdinaud, Guillaume [FRA] – Affnity – miejsce w końcowych standingach: 108

To było zabawne, pierwsza gra z Affnity zwykle jest spisana na straty, no ale czasem coś wyjdzie i generalnie szło. Przeciwnik ostro się mulliganował do 5 i też nie było to jakieś specjalne keep. Gra się toczyła po mojemu i już miałem go na widelcu, kiedy tu nagle Cranial Plating z czuba, podepnę Inkmoth Nexus i zatruję cię na śmierć. No, bywa, odbiję sobie to po side. Klasycznie 10 in, 10 out i jestem gotowy do gry. Dwie kolejne dla mnie, nie tracąc tym razem ani na chwilę kontroli nad stołem i mecz jest mój. Przerabiałem to taką ilość razy, że nabrałem już trochę pewności siebie w tym matchupie.

2:1

Runda XII – Múller, Martin [DNK] – Jund – miejsce w końcowych standingach: 58

Chandra PyromasterZaraz po przywitaniu się przed grą, przeciwnik chciał mnie chyba trochę postraszyć. Zapytał mnie czy byłem na GP Warszawa, bo on był i był w top 16 i takie tam. Zbytnio się tym nie przejąłem, tym bardziej, że poczułem w jego wypowiedzi typowe przechwalanie się, a mój wynik w Warszawie też pewnie było jakieś top 16 pod warunkiem, że odwrócilibyśmy tabelę do góry nogami Razz. Zawsze sobie powtarzam, że jesteś tak dobry jak twój wynik na ostatnim turnieju. Startując nowy turniej wszystko się zeruje, jesteśmy sobie równi i gra ma rozwiązać to, kto jest w tym momencie lepszym. Fajnie też, że okazało się, że gramy mirror Jundów i jak najbardziej jesteśmy na tym samym gruncie. Pierwsza gra szła totalnie po mojej myśli i jedyne życie jakie straciłem to moje seize, fetche i shocki. Ten sam gość już podczas pierwszej gry jakoś stracił swoją pewność siebie i miałem wrażenie, jakby się wręcz trząsł z przejęcia. Przeszliśmy do następnej. Jeżeli jakoś miałbym nadać tytuł tej grze, to zdecydowanie nazwałaby się „Chandra, Pyromaster”. Gdyby nie ona, to może bym coś powalczył, ale takiej przewagi, jakiej dzięki niej zyskał mój przeciwnik, nie dało się już odrobić. Każdy nieprzekonany o sile tej karty szybko by zmienił zdanie. Nawet mnie jeszcze bardziej do siebie przekonała, bo w końcu sam jedną sztuką gram.

Trzecia gra za to była za to poezją w wykonaniu mojego decku. Tym razem jeżeli miałbym nadać jej jakiś tytuł to był by to „CMC=1”. Tak się ciekawie złożyło, że przez całą grę, doprowadzając siebie do zwycięstwa, zagrałem tylko i wyłącznie spelle z cmc równym jeden. Wprawdzie w startowej ręce posiadałem Maelstrom Pulse, ale szybko mnie opuścił, po Thoughtseize przeciwnika. Reszta mojej ręki to był Deathrite Shaman, Grim Lavamancer, 2 Lightning Bolt i landy. Szybko szare szeregi wsparł drugi Shaman i siałem obrażenia na prawo i lewo. Kiedy wykonywałem przedostatnią salwę w turze przeciwnika obliczyłem, że by go zabić potrzebuję jeszcze 2 obrażeń. Dobieram kartę, patrzę, a tu Pillar of Flame. Od razu przypomniał mi się argument z samochodu – „wali w ryj”. I walnął. :]

2:1

Runda XIII – Hocquemiller, Arnaud [FRA] – Melira Pod – miejsce w końcowych standingach: 17

Niestety była to biała plama na moim modernowym przygotowaniu, co szybko dało się odczuć w grze, bo w sumie do końca nie wiedziałem co robię tymi discardami. Razz Potem przeciwnik przypomniał mi, że teraz ten deck gra na czymś takim zabawnym jak Archangel of Thune, a ja potem następnie położyłem wisienkę na torcie przeciwnika atakując Tarmogoyfem, który myślałem, że sobie radzi z aniołem przeciwnika. Nagle się okazało, że jest mniejszy niż myślałem rozbił się aż miło, zwiększając siłę armii przeciwnika. Tyle skilla.

Druga gra już wyglądała lepiej w moim wykonaniu tylko w pewnym momencie deck mi się tak bardzo zaciął, że nie mogłem już nic zrobić i przegrałem. Smutny byłem z tego powodu, bo po początkowym 3:0, wierzyłem, że to jest ten dzień i jestem wstanie zrobić to 6:0, robiąc top, zgarniając slot i pisząc piękną historię od PTQ we Wrocławiu. Niestety, tak się nie stało i niestety, sporo tutaj też było mojej winy. Bywa, zaczynamy grać o kasę.

0:2

Runda XIV – Koch, Florian [DEU] – UR Twin – miejsce w końcowych standingach: 117

No i doczekałem się. Zawsze, ale to zawsze, chcę grać z najlepszymi. Im gorszy gracz, tym gorzej mi idzie czytanie gry, a tak to zdaję sobie sprawę, że jak po drugiej stronie siedzi ogarnięty gracz, to wszystko ma jakiś sens, jakiś cel, a wygrana daje jeszcze większą satysfakcję. Po prostu tak mam. Dość ciekawie tu było, bo na początku pomimo kolorów UR jakoś nie spodziewałem się, że gram z Twinem. Gdzieś tam świtała mi taka myśl, że może, ale nic na to nie wskazywało, dopóki nie pojawił jeden z elementów comba na stole. Dostosowałem swoją grę do nowych informacji, ale generalnie deck przeciwnika też specjalnie mu nie pomagał. W drugiej grze wszystko wyglądało jeszcze gorzej dla mojego oponenta. Ja miałem wszystko od początku i nie miał nawet okazji, by mnie powstrzymać. Miałem niesamowicie solidne drawy na ten mecz i inaczej niż moim zwycięstwem się to skończyć nie mogło.

2:0

Runda XV – Boelens, Jasper [NLD] – Affinity – miejsce w końcowych standingach: 54

Przed rozpoczęciem gry zrobiłem rozeznanie w terenie w poszukiwaniu mądrzejszych ode mnie, by dowiedzieć się, czy jeżeli przeciwnik będzie mi proponować remis w tej rundzie, to czy mam się zgodzić. Już raz w Lyonie uciekło mi top 64 przez tiebreaker i głupio by było, gdyby przez moją pazerność i niewiedzę znowu się coś takiego wydarzyło. Niby bardzo solidny wynik, x-3, i to dość późno przegrałem trzecią, ale wciąż. Nie umiem tego wszystkie dobrze liczyć i potrzebuję pomocy. Jako pierwszego znalazłem Jabsa, który po krótkiej rozmowie odesłał mnie do Elda, który grał side event, który po skończeniu odesłał mnie do Kopcia, który jeszcze swoje grał i znowu czekałem. Jak skończył wytłumaczyłem sprawę i poszliśmy kminić nad standingami jak je już wywieszono. Kopciu, który w tym wypadku dla odmiany był dla mnie autorytetem w tej sprawie, powiedział mi, że niezależnie czy wygram czy przegram to będę w top 64. Uznałem to za prawdę objawioną i po wywieszeniu pairingów na ostatnią rundę udałem się do stolika, gdzie czekał na mnie mój przeciwnik.

Zgodnie z przewidywaniami, po przywitaniu się mój przeciwnik zaproponował mi remis, biorąc za argument, że dzięki temu obydwoje skończmy w top 64, co za tym idzie w kasie. Jednak nie wątpiąc ani na chwilę w to, co mi powiedział Kopeć, powiedziałem mu, że nawet jak któryś z nas przegra to i tak będziemy w top 64 i remisem tak naprawdę tracimy dodatkowe 200$. Wprawdzie nie przekonałem go tym, to mimo wszystko nic nie mógł zrobić. Skoro chcę grać, to gramy. Przypomniałem sobie przy okazji, co nauczyła mnie banda narzekających graczy na forum mtgnews.pl, że my, Polacy nie jesteśmy nauczeni grać o coś więcej, że jak możemy to dzielimy się nagrodami, nie ryzykujemy, robimy wszystko, by wyjść na zero. Mając to w myślach rzuciłem hasłem „play big” i przeszliśmy do gry.

Jak szybko się okazało (bo niezwykle trudno to ukryć) znowu gram z Affnity. Jeszcze jak w Lyonie nienawidziłem grać z tym deckiem, to po tych wszystkich grach na GP wtedy i dziś już tak bardzo się przyzwyczaiłem, że momentami to się nawet cieszę. Pierwsza gra jak to rzadko bywa z Affnity skończyła się po solidnej grze na moją korzyść, co umocniło moją pewność siebie.

W drugiej grze za to zaczęła się magia. W ogóle, w przeciweństwie do mnie, mój przeciwnik miał pokaźną grupę kibiców (4-5 osób), bo graliśmy na skraju stołu i łatwo się nasze gry ogladało. Czułem się jak taki underdog w tym meczu, ale też dawało mi to takiej energii, żeby grać po swojemu i po swojemu wygrywać. Po mulliganie do szejściu zatrzymałem startową rękę aka one lander dynamit: Deathrite Shaman, 2 Ligthning Bolt, Ancient Grudge, Tarmogoyf, Verdant Catacombs. Jako że nie keepnałem jeszcze one landera na tym turnieju, to skusiłem się, bo ręka mi się podobała. Niestety zamiast landa z góry przez następne tury przyszedł do mnie 2x Fulminator Mage, więc zrobiło się trochę gorzej. Przeciwnik wprawdzie nie miał mega wybuchu, tym bardziej, że byłem zaopatrzony w jakiś removal, ale mimo wszystko miałem coraz mniej czasu, a zagrożenie było cały czas od strony zwykłych obrażeń jak i zatrucia. Pamiętam, że strasznie dobrze się przy tej grze bawiłem, miałem niezłe puzzle z tego, by to wszystko poskładać w całość: liczenie cały czas, czy jestem w zasięgu infecta, czy obrażeń i rozkładanie tego jak się dało. W końcu udało mi się dojść do 4 many i zagrać posiadanego Shatterstorma. Już wszystko szło dobrze, ale przeciwnik dobrał za dużą ilość różnorakich Nexusów i po fajnej grze ostatecznie przegrałem.

Trzecia gra za to była bez historii, bronił się dzielnie, ale poległ jak każde wcześniejsze Affnity :]. Teraz pozostało tylko oczekiwać na ostateczne wyniki. Kiedy standingi już zostały wywieszone, spotkałem pod nimi mojego przeciwnika w tej rundzie i podałem mu ponownie rękę, gratulując mu znalezienie się zgodnie z przewidywaniami w top 64, chwaląc się poniekąd zajętym przeze mnie 23 miejscem.

Finałowe standingi

Po zakończeniu fazy swiss, jak to zwykle bywa na GP, garstka kibiców zajęła się oglądaniem ścisłego top 8, a ja udałem się na poszukiwanie kompanów podróży. Niestety, byłem jedyną osobą z naszej ekipy, która skończyła w kasie, wprawdzie brzmi to jakbym był smutny, że właśnie zrobiłem swój najlepszy wynik na GP, no ale prawda jest taka, że jadąc tym samochodem z tymi ludźmi, to w głowie miałem, że z nich wszystkich, to ja jestem najsłabszym graczem, a tu taka niespodziewajka. Po organizacji i wspólnym zdecydowaniu o opuszczeniu miejsca turnieju, udaliśmy się klasycznie na miasto coś zjeść i tym razem trochę pozwiedzać, następnie do pokoju i spać. Generalnie wtedy miałem w głowie, że moja relacja, którą wiedziałem już, że napiszę, pewnie się tutaj skończy w tym miejscu, ale czekała nas jeszcze przygoda dnia następnego.

Day 3 – Powrót

Po obudzeniu się i spakowaniu swoich rzeczy, udałem się zobaczyć, co tam u tęższej części naszej drużyny. Po wejściu do ich pokoju ujrzałem widok, jak po jakimś huraganie. Okazało się, że ktoś (Kopeć mówi, że to Jabs, a Jabs mówi, że to nie on Smile ) u nich zostawił otwarte w nocy okno, a że w nocy był jakiś silny wiatr, to podziałał sobie trochę skoro miał ujście. Pozbieraliśmy do końca swoje rzeczy, zjedliśmy jak co dzień dobre śniadanie i zbieraliśmy się do drogi. Pogoda była taka byle jaka i trochę padało, ale nie było tragedii. Szybko po wyjeździe zorientowaliśmy się, że w nocy to było coś więcej niż silny wiatr. Wszędzie było widać połamane drzewa, a usuwanie skutków tego wiatru zblokowało nam drogę szybkiego wyjazdu i utknęliśmy w korkach. Jak już udało nam się uciec z Antwerpii, rodzinka po kolei wysłała mi smsy z pytaniem, co tam u mnie, bo jakiś huragana w Belgii szaleje – no, grubo sobie pomyślałem, ale już miałem lepszy obraz sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.

W międzyczasie rozpędzony prawdopodobnie kasztan przywalił tak mocno w boczną szybę, że byłem przekonany, że pękła. Jakby nie było trochę mnie to wystraszyło. Mimo wszystko jakoś droga się toczyła i w końcu ominęliśmy większość korków i zaczęliśmy nabierać jakiegoś tempa, wyraźnie wyprzedzając to, co widzieliśmy za nami. Będąc już w Niemczech, zatrzymaliśmy się na chwilę, by rozprostować nogi. Ja z Eldem udaliśmy się skorzystać z toalety. Jaka była nasza mina, jak wychodząc zobaczyliśmy szanownego pana Mateusza Kopcia z zamkiem z bagażnika w rękach, tłumaczącego się, że tylko nacisnął i samo wyleciało… No dobra, stało się. Eld jako właściciel wozu przeszedł do próby rozkminienia tego zamku i jego naprawy. Po dłuższej chwili nieudanego jego zmontowania ja przejąłem stery, ale nie udało mi się tak samo jak Eldowi, a ostatecznie po stracie tych 1,5h godziny przegonił nas silny deszcz i wiatr. Zamknęliśmy w pośpiechu bagażnik z nadzieją, że będziemy mogli go ponownie otworzyć na miejscu rozstania. Po drodze Eld nas jeszcze poinformował, że będzie słabo, jak tego bagażnika nie otworzymy, bo na tylnich siedzeniach jest jakiś pałąk wzmacniający i nie każda torba może zostać w ten sposób wyciągnięta. Reszta trasy przebiegła już jako tako. Mieliśmy przez te wydarzenia dość spore opóźnienie, ale ostatecznie dotarliśmy do Katowic, gdzie czekał na mnie samochód powrotny do domu. Zatrzymaliśmy się na parkingu i teraz trzeba było tylko otworzyć bagażnik. Podszedłem do niego jaki pierwszy, przekręciłem głową parę razy, podrapałem się po niej i zapytałem, czy ma ktoś może długopis. Przez to, że kminiłem nad montażem tego zamku chwilę, wiedziałem jak to jest mniej więcej zbudowane i miałem nadzieję, że jestem w stanie go otworzyć. Kiedy dostałem długopis do ręki, włożyłem go w dziurę po zamku, raz, dwa, trzy, pstryk i bagażnik się podnosi. Jest skill, ciężkie dzieciństwo na Bronxie na coś się przydało Razz i tym optymistycznym akcentem kończy się ta historia.

Posłowie:

Relacja z tego turnieju powinna być skończona już dawno, ale przez jakiś magiczny brak czasu, jakieś parę PTQ po drodze, święta, sylwester, itp. wszystko się tak baaaaardzo przeciągnęło i tekst leżał skończony w jakichś 70% na dysku, a w międzyczasie wiele się działo na świecie i scenie. Na początek gratulacje dla Grześka Jezierskiego za zrobienie top 8 na Bazaar of Moxen w formacie Legacy, na turnieju, na który nie udało mi się wybrać, jak wspomniałem już na początku. Również gratuluję Alanowi Andrzejewskiemu za zrobienie top 8 na tym samym evencie tylko w formacie Modern. Ogromną też niespodzinkę sprawił mi Marcin Staciwa wygrywając GP Wiedeń, rozwiewając resztki wspomnień o tym, że kiedyś był tam Mateusz Kopeć i coś tam wygrał Wink I również pomimo, że go nie znam gratuluję świetnego wyniku. Kolejne gratulacje wysyłam w stronę Mirosława Łuszczyńskiego i jego żony, którzy to aktualnie są szczęśliwymi rodzicami i jak sam Mirek mi napisał, przez to, że kolor włosów jego córki to rudy, to rośnie nam następczyni Chandry!

Końcówka roku 2013 przyniosła nam sporo dobrego w MtG. Dla mnie też to był wesoły okres czasu i mam nadzieję, że 2014 nie będzie wcale gorszy. Wszystkim wam życzę wygranych PTQ, samych top 8 na Grand Prix i szczęścia w życiu, jak już gra leży gdzieś z boku. A ja żegnam się z wami, zbieram się teraz na GP Praga, może przywiozę kolejną historię do opowiedzenia.

Do zobaczenia.


Bylek magic Dariusz „Byłek” Przybyło – O sobie mówi: „Mam na imię Dariusz z domu Przybyło, ale od dawien dawna znajomi mówią do mnie Byłek. W gry gram od zawsze i od zawsze w ilości przekraczającej zdrowy rozsądek normalnego człowieka, na szczęście to u mnie normalność i czuje się z tym dobrze. Szczególnie przywiązany jestem do konsol Sony z serii Playstation, spędziłem przy nich większość swojego życia. Oprócz tego trenuje lub raczej trenowałem breakdance, bo niestety od jakiegoś czasu z przyczyn różnych jestem mało aktywny. Interesuje się również mangą i anime w ilości również przekraczającej przyjęte normy. W M:tG gram od Betrayers of Kamigawa, a pierwszym competetive deckiem, jaki złożyłem, był BG Death Cloud i od tego czasu lubuje się we wszelakich Rockach, co przy aktualnych trendach zwykle kończy się i tak na graniu Jundem. W środowisku znany jestem z pożyczania kart, a moim ulubionym formatem jest, było i będzie zawsze Legacy”.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze