Relacja z PRE Gatecrash w Krakowie

26 stycznia odbył się pierwszy w Krakowie prereleasowy turniej Gatecrash, najnowszego dodatku Magic: the Gathering. Poniżej relacja z eventu oczami LUDzika, pilota Banta oraz rozmowa z Jakubem „Riardrinem” Kozakiem, zwycięzcą sobotniego turnieju.

Klub Studio przyciągnął na sobotni turniej niemal setkę graczy skłonnych wydać 9 dyszek, aby przez cały dzień ciupać w karty. Turniej odbył się w wyjątkowo, jak na tak liczne PRE, komfortowych warunkach, a każdy uczestnik dostał w cenie wpisowego dwa napoje w barze.

 


Ze względu na dużą liczbę chętnych, swoją gildię należało wybrać podczas internetowej prerejestracji; mój wybór padł na Borosa. W zasadzie nie mój, a „nasz”, gdyż oglądając pierwsze spoilerowane karty wraz ze znajomym (pozdrawiam Bercika!) i widząc Boros Charma, obaj równocześnie zdecydowaliśmy, że będziemy grali tą agresywną gildią. Przeglądając pełen spoiler stwierdziliśmy jednak, że brakuje Borosowi kart produkujących tokeny i palenia, ale przy dobrych paczkach, obfitujących w tanie stworzenia nadal jest on w stanie narzucić przeciwnikowi tempo nie do zatrzymania. Zgadzało się to z opiniami graczy, z którymi rozmawiałem przed samym turniejem – kilka procent borosowych decków to będą istne maszyny do zabijania, a większość zestawów niestety będzie zbyt wolna i polegnie przez card advantage przeciwnika. Zatem wybraliśmy Borosa, niemniej o ile Bercik otworzył zestaw pełen solidnych dropów za 2 mana w kolorze, to zestaw, który ja spisałem, pozostawiał wiele do życzenia. Na moje nieszczęście organizatorzy nie przewidzieli swapa.

Brak 2 nieistotnych kart, gdzieś mi je wcięło.
 
Jak łatwo dostrzec, kolor czerwony jest zupełnym pustoszem, a najmocniejsze karty są niebiesko-zielone. Granie inną talią niż biało-czerwona oznaczało zrezygnowanie z dwóch bombek w kolorze – oprócz promki miałem także Firemane Avenger, czego nie mogłem odżałować. Samym Borosem jednak grać byłoby bardzo trudno – w tym celu musiałbym włożyć prawdopodobnie wszystkie stworzenia włącznie ze słabymi tygrysami czy Armored Transport, a liczba stworó za 2 mana, mogących wywrzeć konkretną presję na przeciwniku byłaby niewystarczająca. Także removal pozostawiał wiele do życzenia – tylko 2 uniwersalne removale oraz dwa defensywne Smite, przeciętne w tempo deckach. Co gorsza nie było możliwości sensownego dosplashowania trzeciego koloru – brak przydatnych gate’ów czy prisma, a karty warte splashowania były w simicu i niemal wyłącznie dwukolorowe. Pozostało zapomnieć o borosie.

Czym zatem grać? Simic oferował bomby w postaci Zegany i Manipultora oraz trzech potężnych lataków, zawierał także removal (hand of bindings, pit fight i agoraphobia), keyrune, guildamage i jakieś karty narzucające tempo. Niestety 20 minut na składanie talii nie pozwoliło mi w pełni przeanalizować zestawu. Tak więc deck składałem przez całe dwadzieścia kilka minut przewidzianych na ten cel i dopiero w chwili gdy ogłoszono paringi był on gotowy, a ja wciąż byłem pełen wątpliwości co do jego sensu. Talię można było zmieniać w trakcie turnieju, dlatego postawiłem na simica ze splashem obu borosowych bomb, medyka oraz smitów, grając na 4 źródłach białej many i 3 czerwonej (nonbasicowe landy +1 plains). Jak nietrudno było zgadnąć było to za mało.

Runda 1 vs Simic

W pierwszej grze spotkałem Grześka, jedynego zawodnika na sali ubranego w garnitur, który też bezpośrednio po Pre zmierzał… do opery. Grzesiek w pierwszej grze wystawił dwa Drakewing Krasis, co zmusiło mnie do poświęcenia manipulatora, aby pitfightem ściągnąć jednego z lataczy. Nawet to zagranie nie wystarczyło i przegrałem pierwszą grę. Przekonałem się także, że Thespian’s Stage to bardzo słabiutki, a przede wszystkim powolny fixer. Nawet pomimo możliwości kopiowania gateów lub mountaina, którym w jakimś celu grał mój przeciwnik. Sideowo wrzuciłem Realmwright, aby dać jakieś szanse moim białym kartom. Niestety drugą grę skończyłem z dwoma splashowanymi kartami na ręce i nawet urośnięty Shambleshark nie był w stanie powstrzymać przeciwnika, który nie miał problemów z rozbiciem mnie nim przyszła właściwa mana. Pierwsza runda do tyłu. Jako, że miałem masę czasu do kolejnej wraz z Grześkiem rozłożyliśmy mój zestaw na części pierwsze i kombinowaliśmy co z niego zbudować. Finalnie zdecydowałem się na doradzanego mi tempo-Banta. Wyrzuciłem niepotrzebnie włożone borosowe bombki dorzucając między innymi obu syndyków i (początkowo) Aerial Maneuver. Grałem 1 smitem i 1 borosowym guildgatem. Wstępnie usunąłem z talii manipulatora sądząc, że jest on zbyt wolny, był to oczywiście błąd – kłania się niedoczytywanie kart do końca. Finalnie talia prezentowała się jak następuje:

pokaż / ukryj

LUDzik Bant

Deczek nie należy oczywiście do najpotężniejszych aggro, niemniej o ile nie będzie miał problemów z maną jest dość solidny i może szybko pozbawiać przeciwnika życia. Początkowo, grając bez manipulatora i z Burning-Tree Emissary, grałem 1 forestem kosztem islanda, jednak szaman kosztujący dwa zielone częściej przeszkadzał niż pomagał. Jak widać po usunięciu go należało zamienić guildgate na równinę, którego jedynym sensem istnienia pozostawała możliwość dopalenia first strike Disciple of the Old Ways.

Runda 2 vs Orzhov

Mój kolejny przeciwnik, Dominik, miał pewną ‚moją’ cechę – grał wolno. Na domiar złego kierował kontrolnym orzhovem, więc gra okazała się być niesłychanie żmudna. Pierwsza gra po mulliganie, przychodzi mi niezła ręka i narzucam przeciwnikowi solidne tempo, które mimo „obrony Częstochowy” zmusza go w końcu do poddania gry. Druga gra rozpoczyna się podobnie, niemniej przeciwnik namyśla się nad każdym ruchem po minucie, doprowadzając mnie do szału. W końcu mówię Dominikowi, że jeśli chce wygrać mecz ze mną, to musi wygrać obie gry, a dawno minęła już połowa czasu. W chwili, gdy myślałem, że zakończę ten pojedynek moimi lataczami przeciwnik zaczyna zagrywać masowo extorty (dwa Basilica Guards i biały rycerzyk w grze) i nawet wstawienie Zegany na stół nie przynosi rozstrzygnięcia. W tym momencie następuje terminacja i po 5 turach druga gra kończy się remisem, a ja wygrywam mecz 1-0.

Runda 3 vs Orzhov (Esper)

Sorek, mój przeciwnik w kolejnej rundzie wyróżniał się tym, że grał w podartych rękawiczkach bez palców, a jego talia składała się głównie z removalu ;p W pierwszej grze, zagrał Smog Elemental w mojego Krasisa oraz luminate Primordial, niemniej wciąż było to za mało. W drugiej grze mimo zatrzymania się na trzech lądach przez większą część rozgrywki nie straciłem nawet 1 życia i szedłem już 2-1. Deck się sprawdzał. Pozostały czas rundy poświęciliśmy z Sorkiem na analizę jego nietypowego zestawu wylosowanych kart.

Runda 4 vs Boros

Gry z Andrzejem wykazały słabość mojego decku, któremu brakowało stabilności mana base. W obu grach musiałem się mulliganować i obie przegrałem. W drugiej grze mulliganowałem rękę z 5 lądami, aby trafić rękę z 4 forestami i kartami w innych kolorach. Ship. Po obejrzeniu 5 kartowej ręki zagrałem, ale forest przyszedł dopiero w ostatnich turach, gdy na stole po drugiej stronie pojawił się już Angelic Skirmisher. Nie wierząc zupełnie w zwycięstwo poświęciłem bezmyślnie Frontline Medic, który dawał mi jeszcze jakieś szanse i przegrałem 0-2. Jak się okazało przeciwnik złożył naprawdę solidnego Borosa z zestawu Simica – o ironio.

Runda 5 vs Boros

Gdy zasiadałem do stołu wiedziałem, że teraz już trzeba do końca wszystko wygrać. Emil wydawał się robić wrażenie początkującego gracza, ale w pierwszej grze narzucił mojej powolnej ręce takie tempo, że byłem zmuszony Pit Fightować Bomber Corps z Madcapem pomimo tego, że w grze był borosowy guildmage. W dalszej grze z niewiadomych mi powodów przeciwnik wolał czekać ze swoją armią, powiększających się tokenów, aby nie atakować w mojego Nimbus Swimmera 5/5, mimo, że 2 ataki dawały mu pewne zwycięstwo. Pozwoliło mi to dobrać Zegane i 6 kart z niej, było to niestety o turę za późno. Poczułem siłę dobrego Borosa. Na moje szczęście w kolejnych dwóch grach to ja wysypywałem więcej zagrożeń co pozwoliło mi wygrać mecz, nawet pomimo zapomnienia o ataku w jednej z pierwszych tur. Pierwszą grę zrobił mi Krasis dopalony Slaughterhornem, a drugą flood przeciwnika. Dowiedziałem się też, że Bercik idzie swoim Borosem 4-1.

Runda 6 vs Simic

Pierwsza gra ze Sławkiem, który za każdym razem gdy na jego stworzenie wchodził counter +1+1 mówił „ewoluszyn bejbe” była chyba najkrótsza w turnieju. Zdążyłem wystawić w niej jedno stworzenie – co było winą mojej chciwej rezygnacji z mulligana. Drugą grę w jakiś sposób wygrałem, niestety nie pamiętam szczegółów. Do ciekawej sytuacji doszło w ostatniej grze, gdzie pozostając na bardzo niewielkiej ilości życia oraz mając manipulatora w grze, niewystarczająco wykorzystałem jego synergię z Agoraphobią, co umożliwiłoby mi przejęcie dowolnego stworzenia i wyjście z opresji. Mecz do tyłu, zazwyczaj byłbym już poza szansą na jakiekolwiek nagrody, ale jak się okazało organizatorzy przewidzieli zwrot 2 boosterów dla tych, którzy zdobyli 12 punktów (4 zwycięstwa), ostatnia gra nie była zatem grą o marchewkę.

do the ewoluszyn, bejbe

Runda 7 vs wolny Simic

Pierwszą grę z kulturalnym Marcinem wygrałem za sprawą MVP mojej talii czyli Drakewing Krasis. Konstrukcja przeciwnika okazała się być zdecydowanie wolniejsza od mojej i wydawało mi się, że w drugiej grze, skoro zdjąłem przeciwnikowi sprawnie pół życia zakończę ten pojedynek. Niestety na zagranego insekta w postaci Giant Adephage nie znalazłem odpowiedzi. W trzeciej grze wreszcie potencjał manipulatora został wykorzystany, a to za sprawą przeciwnika, który nim zagrał removal, zdecydował się na rzucenie Unexpected Results i podrzucił mi cel dla manipulatora.

Tym samym zakończyłem turniej standardowym wynikiem 4-3, a Bercik z zachwytem oznajmił mi, że poszedł 5-2 swoim szybkim borosem pozbawionym bomb. Po PRE pozostał niedosyt, bo z pewnością niektóre gry mogłem uratować, niemniej 5-2 w wypadku mojego decka to byłby maksymalny wynik. Analizując rozgrywki najwięcej zwycięstw zawdzięczam latającym krasisom, a Shambleshark okazał się potężniejszy niż Crocanura i ani razu nie dobrałem rączki (Hand of Bindings), więc nadal nie wiem, czy warto nią grać. Medyk i manipulator to karty o ogromnym potencjale, którego niestety wykorzystałem w pełni (np. nie wsadzając początkowo manipulatora do decku). Czasu na składanie decku było, w wypadku mojego zestawu, za mało, co nie pozwoliło mi w ogóle na poważnie przyjrzeć się czarnemu.

Ludwik i Riardrin po preLUDzik i Kuba Kozak

Po turnieju zwyczajowo odbyło się wręczenie nagród oraz handel kartami i wygranymi boosterami. Po sprzedaniu części kart, w tym Zegany, którą wyceniłem zdecydowanie za nisko postanowiłem zamienić kilka słów ze zwycięzcą turnieju, Jakubem „Riardrinem” Kozakiem, który kierując Boros-kontrolą poszedł 6-0-1.

Wywiad ze zwycięzcą

LUDzik: Od jak dawna grasz w M:tG, czy uczestniczyłeś w większych turniejach?

Riardrin: Gram od Alary, czyli jakieś pięć lat. Limited gram tylko okazyjnie, zwykle skupiam sie na constructed (T2, ostatnio modern i od jakiegoś czasu dużo EDH). Doświadczenia w większych turniejach nie mam, jedynie pauperowe MPki.

Jak oceniasz organizację eventu w Studio?

Bardzo fajne PRE, nie podobał mi sie tylko płaski podział nagród, w którym prawie połowa uczestników dostała 2 boostery, no ale z kolei ci co zrobili wynik 4-3 pewnie byli z tego zadowoleni. Miejsce bardzo fajne, tym bardziej, że mieszkam pięć minut stąd.

Czy uważasz, że gildie w Gatecrashu są zbalansowane czy wyróżniłbyś (pozytywnie, negatywnie) jakąś?

Cieżko wyróżnić jakąś negatywnie, Dimir jest ostatnią gildią, jaką bym wybrał, ale są osoby co daleko zaszły nawet Dimirem. Przed PRE za zdecydowanie najlepszą uważałem Simic i to nią chciałem grać, ale zabrakło zestawu dla mnie i dostałem Borosa.

Jak wyglądało u ciebie składanie decku z poola – miałeś jakieś szczególne problemy i rozkminy?

Wiedziałem, że 7 bomb (karty z 6 cmc, nowy ball lightning i Avengerka) to auto-include, potem zacząłem dobierać karty które miały mi zapewnić przeżycie do czasu ich zagrania – czyli removal i jakąś drobnice do wymiany w blokach na początek. Dużo kart, które są zwyczajnie dobre w limited musiałem obciąć, z dwóch prostych względów – grałem tylko 22 nonland karty, z puli ponad 80. Po drugie, to nie był deck, który dało się sprowadzić do sztuczek w combacie z first strike na instancie, tylko wolna maszyna, opierająca się na winconach. Dlatego grałem Orzhov Keyrune, którą prawie każdy mi odradzał, a obciąłem Aerial Maneuver i tego typu spelle, które często po prostu nie miałyby sensownego targetu. Jedyną zmiana którą wprowadziłem, to wyjecie jednego z dwóch Scorchwalkerów i zastąpienie go Cinder Elementalem – nie kojarzyłem tej karty i na pierwszy rzut oka nie widziałem jej potencjału.

Czy uważasz brak swapa za problem?

Otworzyłem zestaw idealny do limited, ale zależało mi trochę żeby te kartony sprzedać i pre się zwróciło, wszyscy dookoła otwierali po dwa shocklandy, a u mnie crap (Avenger 15 zł, reszta erek po 5), wiec miałem nadzieje, że swap jednak będzie. Jak dowiedziałem się że nie, to postanowiłem się przyłożyć do wygranej, żeby tylko nie być 100 zł w plecy, tym bardziej, że musiałem sprzedać Snapcastera, żeby w ogóle mieć kasę na to PRE Wink

Możesz opisać którąś ze swoich najciekawszych gier?

Najtrudniejszym MU był dla mnie Gruul w drugiej rundzie, w pierwszej grze pojechał mnie zanim zdążyłem cokolwiek ciekawego zrobić, w drugiej natomiast na początek zagrał Glaring Spotlight i zaczął sypać stworami – musiałem się ścigać (grając kontrolnym deckiem Wink) z rosnącym powerem w stole, którego w pewnym momencie nie będę mógł zablokować. Trochę czasu kupił mi nowy Ball Lightning Helix, ale w 7 turze poczubiłem tego brakującego 6 landa i zagrałem Angelic Skirmisher, po którym przeciwnik bez removalu, którego zużył wcześniej na Firemane Avenger nie miał szans. Niestety więcej szczegółów nie pamiętam, wszystkie gry były bardzo podobne – drobne wymiany blokerów i atakujących, z obu stron removal, i od 6 tury 2-3 bomby pod rząd, które kończyły grę. Oprócz tego gra z Simikiem, w której zasypał mnie stworami z evolvem pomimo moich trzech rzuconych removali, zostawił mnie na 2 życia, po czym dobrałem z topa Kulę, a turę później zagrałem Skirmishera, który szybko opanował sytuację w stole.

Jaka karta robiła ci najwięcej gier i jaka karta przeciwnika sprawiała ci najwięcej problemu?

Angelic Skirmisher jest zdecydowanie numerem jeden w moim zestawie i ogólnie według mnie numer jeden w tym limited. W swojej turze dawałem kritom vigiliance, w turze przeciwnika Lifelink (lub first strike, jeśli był sens). Odnośnie kart przeciwników – Aurelia’s Fury też robi cuda, wystraszyła mnie w drugiej grze z Andrzejem Łyskiem, masakrując moją połowę stołu, przez co wziąłem remis. Oprócz tego High Priest of Penance mocno stopuje. W ostatniej rundzie grając z Szymonem Pekalą musiałem użyć dziwnych tricków w stylu smitowania swojego stwora, żeby ratować swoje bomby, a jednocześnie napierać ścigając się z extortem.

Jak oceniasz limited Gatecrasha na tle ostatnich dodatków?

Jest świetnym dodatkiem, dużo dzieje się już od pierwszych tur i na chwile obecną nie przypominam sobie dodatku, w którym trzeba było aż tyle myśleć w combacie (trzy mechaniki gildyjne sprowadzają się tylko do combatu Big Smile

Czy masz jakieś uwagi do power levelu bomb w najnowszym dodatku?

Jest duża ilość bomb, ale nie jest to format pokroju AVR, gdzie tylko bombami wygrywało się gry – duża ilość removalu zmusza do myślenia (np. mój Firemane Avenger ginął zawsze maksymalnie dwie tury po zagraniu i w zasadzie żadnej gry mi nie wygrał, poza tym, że potem przeciwnicy nie mieli odpowiedzi na coś innego).

pokaż / ukryj

Riardrin Boros Control
(6-0-1)

Pozostałe karty z zestawu


LUdzik infoLudwik „LUDzik” Papaj – W Magica gra, odkąd pamięta, lecz nigdy regularnie. Obecnie bywalec turniejów prereleasowych. Miłośnik planszówek, e-sportu, blogowania i MMA.

 
Z wykształcenia filozof, a po godzinach libertarianin i CyberJogin.

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze