Relacja z PTQ Born of the Gods we Wrocławiu

Jak do każdego turnieju troszkę wyższej rangi niż FNM, których i tak nie gram, przygotowałem się w klasycznym stylu – dużo nieprzespanych nocy, grając w grę. Tym razem padło na świeżo wydane Final Fantasy XIV: A Realm Reborn, które prawie stało się powodem, by w ogóle na turniej nie pojechać.

Jako że obiecałem Duo, iż nie opuszczę go w trudnych chwilach jego competetive gry, zawsze i wszędzie na PTQ się znajdę, by pożyczyć mu karty (tak, wiem, że gramy limited, ale z doświadczenia wyszło: olej jeden turniej, to olejesz i następny).

Z pełnym zaangażowaniem i pamięcią o tym, że ostatni raz karty miałem w ręku na krakowskim pre Theros, oraz szybkim podsumowaniu moich ostatnich wyników, wiedziałem, że będę właściwą osobą we właściwym miejscu i nie zważając na przeciwności, wyruszyłem do Wrocławia dzień przed turniejem, bo jak każdy magicowiec, lubię się wyspać i spokojnie trafić na site. Dla odmiany nic mi nie było wiadomo, czy moja stała ekipa z Krakowa wybiera się na turniej i czy przypadkiem nie chcą mnie do siebie przygarnąć, więc zorganizowałem sobie nocleg u dawno niewidzianej znajomej, mieszkającej aktualnie we Wrocławiu. Tak się jakoś złożyło, że dawne „niewidzenie się” pomimo zerowej dawki alkoholu lub/i innych używek przeciągnęło się do jakieś pogańskiej godziny i w efekcie w optymistycznej wersji spałem może godziny trzy.

Z rana niezwłocznie udałem się na site i dzięki mojej znajomej, która była na tyle miła, że praktycznie za rączkę zaprowadziła mnie do tramwaju, a następnie na miejsce eventu, obyło się bez przeszkód i komplikacji, za co jej szczerze dziękuję, bo zdecydowanie nie czułem się na siłach, by cokolwiek o tej godzinie ogarniać.

Na miejscu spotkałem parę znajomych mord, ale wbrew moim wcześniejszym oczekiwaniom ludzi było dość mało, a godzina startu turnieju już prawie wybiła. Zdawałem sobie sprawę, że gracze jak to gracze, pojawią się nie przed startem, ale po starcie, bo inaczej można by się zastanawiać czy wciąż jestem w Polsce i czy wciąż mam do czynienia z graczami M:tG. Z czasem zaczęły się pojawiać kolejne osobistości i wszystko powoli nabierało już wielkością kształtu turnieju nieco wyższej rangi. W tak zwanym międzyczasie organizator nauczony doświadczeniem ostatniego swojego PTQ wysłał swoich ludzi po toaletowy papier, który (lub jego brak) nie raz, nie dwa może zadecydować o czyimś życiu i śmierci. Z takimi sprawami nie ma żartów – wiem co mówię.

ptq mtg 1Mimo wszystko start turnieju zaczął mi się strasznie przedłużać, zdążyłem zjeść spokojnie przygotowane wcześniej śniadanie, przywitać się praktycznie ze wszystkimi znajomymi i nieznajomymi, a tu dalej jakoś bez większego poruszenia. Trochę zdezorientowany udałem się do świątyni palaczy, bo jak ploteczki to u nich zawsze się człowiek czegoś ciekawego dowie. Nie było inaczej i tym razem. Okazało się, że samochód z Łodzi jest jeszcze w trasie i organizator łaskawie na nich czeka. Niby fajnie, bo jakbym był na ich miejscu to cieszyłbym się z tej łaski, ale z drugiej strony od razu przyszedł mi do głowy klasyk: Łódź ku***!

Ale zaraz, zaraz. Coś mi tu nie gra. Wrocławscy prosi obecni, Warszawskich prosów całe mnóstwo, Katowiccy gracze wypadowi są, Łódź już w drodze, paru zagranicznych i paru mających bliżej do naszego morza graczy obecnych. Ale gdzie jest Kraków?! Niby jest Amplitur, ale to jest sędzia, takich ludzi nie liczymy. Wprawdzie tym razem przyjechał zdobywać świat jako gracz, no ale wciąż – to jest sędzia! Mimo wszystko powiedział, że przyjechał sam i nikt inny jakoś specjalnie nie myślał o pojawieniu się na evencie. Turniejowa sceno Krakowska spoczywaj w pokoju i graj sobie Game Daya na wieki wieków. Amen. Nie o taki Kraków walczono! Na szczęście na miejscu byłem ja i Duo, który nie zapomina nigdy o swoich korzeniach i zjawił się w koszulce: „Kraków to nie miejsce, a stan umysłu.” Uczcie się od niego, bo wzór to godny naśladowania! Rzekłem.

Kiedy już wszyscy spodziewani gracze znaleźli się na miejscu można było zacząć procedury, wystartować nareszcie z tematem i powiesić sittingi. Gdy gracze znaleźli się na swoich miejscach, przybiłem piątkę Mariano, który siedział na przeciwko mnie, a w tym czasie, standardowo przed startem organizator i ekipa sędziowska przywitała się po raz ostatni dziś życzliwym głosem i odczytała nam nasze prawa, po czym rozdano produkt. Na komendę, że można zacząć rozpakowywać boostery rozległy się świsty, brzdęki i pojękiwania, że się nie ma długopisu, po czym wszyscy skupili się na spisywaniu. Z najbliższej oddali dochodziły już pogłoski, że Avenger i Napier otworzyli jakieś sick zestawy, co z spowodowało, że po zapakowaniu w kanapkę zestawu (sędzia główny Grociu tym razem nazwał to – w cukierek) wszyscy gracze w zasięgu wodzili zwrokiem, w którą swapną się owe zestawy. Raz, dwa i trzy w prawo i tak oto ja i Mariano mamy kolejno zestaw Avengera i Napiera. Już jesteśmy zadowoleni, że będzie się działo, jednak nasz entuzjazm szybko ostudziła komenda sędziego by się do zestawów nie przyzwyczajać, bo to nie są zestawy jakimi będziemy grać tylko mamy je sprawdzić. Eh, już się człowiek cieszył, że będzie zestaw marzenie, ale nie ma zestawu, jest tylko halucynacja z niedożywienia i śmierć. Nadzieja odżyła, wspólna dedukcja z Mariano zaowocowała tym, że skoro nie kazano ponownie zapakować zestawów to pewnie damy sobie je na przeciwko i jedziemy z tematem. Już uhahani słyszmy komendę – Zapakować ponownie zestawy w cukierek! No żesz… życie. Z niecierpliwością czekamy co dalej, napięcie sięga zenitu. Wszyscy już gotowi, co tym razem będzie – rzut po przekątnej, lobikiem dwa stoły dalej czy może magiczne pudełko. Czekamy, czekamy, a tu takie zwykłe – Raz w prawo, to są wasze zestawy. I tu proszę niespodziewajka, jako, że siedzę na samym końcu stolika, oznacza to, że sick zestaw Napiera, który w tym momencie był posiadaniu Mariano i tak trafia do mnie!

Rozradowany rozpakowałem zestaw, przeliczyłem ilość kart, pobieżnie sprawdziłem czy wszystko wygląda dobrze i zabrałem się za składanie decku. Wiedziałem jakie mam doświadczenie z formatem, więc pomimo rewelacyjnego zestawu miałem pewne obawy, że potencjał tego zestawu może być przeze mnie mocno zredukowany. Mimo wszystko trzy erki i dwa mythici w najlepszych kolorach (czarnym i niebieskim) naprowadziły mnie na to czym ostatecznie chcę grać.

Mój zestaw:

Białe (8)
Niebieskie (17)
Czarne (18)
Czerwone (16)
Zielone (15)
Multi (4)
Bezkolorowe (5)
Landy (1)
Pobierz decklistę w formacie:MWSMTGOCockatrice

Deck z zestawu:

pokaż / ukryj

PTQ, sealed swiss
Dariusz Przybyło

Najprawdopodobniej wielu z was złożyłoby deck inaczej, ale posiadając taką, a nie inną wiedzę o formacie złożyłem to, co złożyłem.

Wiedziałem, że w tych kolorach warto mieć coś na artefakty i przede wszystkim enchantmenty stąd obecność mainowego Annula. Fate Foretold wygląda trochę jak zapychacz, ale ze względu na obecność Agent of the Fates wybrałem go ponad Read the Bones. Do tego wydawało mi się, że Benthic Giant jest tańszy o jeden, więc wolałem mieć solidnego stwora zamiast najczęściej wkładanego w ten slot (jak wielu uważało na turnieju, powinnego-być-main) Sea God’s Revenge. Generalnie najczęściej z decku wyskakiwał Giant za Revenge, a na bardziej agresywnych przeciwników do decku wskakiwała Coastline Chimera.

Po rozłożeniu sobie wszystkiego na części pierwsze, policzeniu sobie kosztów, etc. zdecydowałem się, przez znaczącą większość podwójnej czarnej many w kosztach, na rozkład 9 Swamp i 8 Island, co oczywiście zapisałem na liście i oddałem czuwającemu nad tym sędziemu Miłoszowi. Po niedługim czasie z moją decklistą przyszedł do mnie sędzia Witek i oznajmił mi, że jest mały problem. Bardzo zdziwiony jego deklaracją, z wielkimi oczami słucham co ma do powiedzenia. Otóż okazało się, że przez moje wielkie skupienie w ogóle nie spisałem czym planuje z tego zestawu grać… Zwykle gracze zapomną sobie wpisać mana base, ale ja postanowiłem być pierwszym graczem, który zrobi na odwrót, a co. Zapewne Gotrek czytając to pomyśli sobie: „Umiesz liczyć, licz na Bylka.” i jak zwykle nie będę mieć żadnej linii obrony. No nic, poinformowany o przysługującej mi karze, spisałem co miałem spisać i ze smutną minką oczekiwałem na rundę pierwszą.

Runda I – Wróblewski, Arkadiusz – miejsce w końcowych standingach: 91

Poinformowałem mojego szanownego przeciwnika, że w związku z moją nienaganną głupotą wygrywa już 1:0. Zaraz po moim niestandardowym przywitaniu dołączył do nas sędzia Witek i wytłumaczył raz jeszcze sytuację. Z tego względu rzutu kostką nie było, a ja wybrałem, że chcę zacząć. Cóż, pora zmierzyć się z rzeczywitosćią. Jakby nie było taki start turnieju od GL to w sumie klasyczny Duo stajl. Tak się przecież tworzy historię! Trochę bardziej zmotywowany dobieram pierwsze karty. Siódemki nam nie spasowały, więc cała nadzieja w szóstce. Przeciwnik keep, ja… wezmę piątkę. O losie, co jeszcze dziś może pójść nie tak?! Na szczęscie piątka prezentowała się solidnie, w zasadzie przez całą pierwszą grę czułem się dość pewnie. Przeciwnik pokazywał dobre karty w kolorach niebieskich i czerwonych, ale mój deck na wszystko znajdował odpowiedź (w czym zdecydowanie pomagała Thassa, God of the Sea). Najbardziej pamiętam radosny topdeck przeciwnika, że nareszcie coś podeszło po czym dostał Annulem w Purphoros, God of the Forge. Druga gra odbyła sie bez rewelacji na moją korzyść. Nie dałem się sędziom zastraszyć! Wracamy do gry!

Wynik 2:1 (a tak naprawdę 2:0 po GL), wynik ogólny: 1-0, punktów: 3

Runda II – Szczepanowski, Lukasz – miejsce w końcowych standingach: 86

Przywitałem się z przeciwnikiem. Jako, że był to nie kto inny jak Looz z Wrocławia, zwycięzca Krakowskiego PTQ do Dublina (niestety nie wiedziałem jak mu tam poszło, więc nie gratulowałem, by się nie zbłaźnić), chłop ze dwa razy większy ode mnie, ale mimo wszystko łagodny jak… coś łagodnego. W przyjacielskiej atmosferze przegrał ze mną szybko, a ja w zasadzie niewiele z tych gier pamiętam Razz.

Wynik 2:0, wynik ogólny: 2-0, punktów: 6

Runda III – Kopeć, Mateusz – miejsce w końcowych standingach: 49

No i zaczęły się schody. Czarny koń polskiego medżika, najlepszy gracz przez pierwsze dwa dni na ostatnich „prawdziwych” Worldsach, zwycięzca jakiegoś GP, o którym już nikt nie pamięta. No nic się nie da zrobić. Na szczęście ostatnio jego skuteczność spadła i zaczyna dobierać karty twierdząc, że zagrał jakieś rewelacje (ach, to PTQ w Krakowie). Przywitaliśmy się ze sobą, bo przecież się nie znamy prawie wcale i zaczęliśmy grę. Pamiętam, że w pierwszej grze skusiłem się na zagranie Blood-Toll Harpy, nie zostawiając sobie otwartej many i w następnej turze trzymając Annul w ręce stół uderzył Spear of Heliod, który pomimo mojej dzielnej walki doprowadził Kopcia do zwycięstwa. Druga gra wyglądała podobnie, tylko nie posiadając i tak w ręce Annula zatapowałem nieuważnie niebieską, a zostawiając czarną, dostałem znowu Spear of Heliod w jego trzeciej i reszta meczu była już dość jednostronna. Z bzdur, które zrobiłem pamiętam, że nauczyłem się po tym meczu jak działa Shipwreck Singer, bo przez cały mecz myślałem, że tam jest target, ale mimo wszystko nawet ta wiedza podczas gry nie zmieniłaby jej wyniku.

Wynik 0:2, wynik ogólny: 2-1, punktów: 6

Runda IV – Grefling, Jakub – miejsce w końcowych standingach: 62

Dla odmiany znowu gram ze znajomym. Takie życie, jeździ się po świecie i pożycza karty to potem trzeba z tymi ludźmi w końcu zagrać. Niestety w constructed mój lifetime wynik z Cypisem nie prezentuje się za dobrze, więc tutaj też nie byłem specjalnie przekonany. Na szczęście Cypis słyszał pogłoski o moim zestawie i grał ostrożnie. Przywołał też do pomocy boga Helioda, bo przez cały mecz świeciło mi słońce prosto w oczy, ale po założeniu kaptura i jakimś akrobatycznym siedzeniu bokiem balansowałem na granicy widoczności tego co robię. W pierwszej grze całkiem solidnie zbił mnie do momentu, w którym groziło mi przegranie w jego następnej turze, na szczęście w miarę szybko zorientowałem się, że zamiast kombinować jak nie przegrać tej gry, dostrzegłem sposób na wygranie, co jak skomentował: „No tego się obawiałem.” Druga gra bez historii.

Wynik 2:0, wynik ogólny 3-1, punktów: 9

Runda V – Zakiewicz, Marcin – miejsce w końcowych standingach: 29

Tu było nieciekawie. Przeciwnik pochwalił się, że przebył długą drogę, jest zmęczony i rozchorował się w pociągu, ale pomimo słabego zestawu cieszy się, że mu nieźle idzie, bo nie miał specjalnie sukcesów. Wiedziałem jak takie historie się kończą i szybko potwierdził moje obawy. Nie istniałem w pierwszej grze. W kolorach Borosa pokazywał mi coraz lepsze karty (w stylu Anax and Cymede) i dość szybko pierwszą grę przegrałem. W drugiej grze na szczęście było lepiej, radziłem sobie z tempem gry i przeciwnik popełniał więcej błędów, co sam zauważał. Trzecia gra skończyła się dość szybko na moją korzyść.

Wynik 2:1, wynik ogólny: 4-1, punktów 12

Runda VI – Dudziec, Tomasz – miejsce w końcowych standingach: 27

Spodziewałem się, że to może być moja ostatnia runda przed top 8. Wystarczy wygrać to i remis w ostatniej mnie urządza. Niestety jednak musiałem trafić na Pędzisza. Nie mam wątpliwości, że to dobry gracz i spotkanie go w tej fazie turnieju świadczy o tym, że deck też pewnie ma niczego sobie. W zasadzie niewiele pamiętam z tych gier. Cały czas czułem się w opresji, a Pędzisz nie dawał po sobie poznać, że coś nie idzie po jego myśli. Na szczęście mój deck podawał mi odpowiednie karty i radziłem sobie w zasadzie ze wszystkim. Najbardziej pamiętam, że grał Triad of Fates, bo zeszło mi chwilę na przeczytanie tej karty. Ostatecznie skończyło się na kolejnym meczu bez przegrania małej gry.

Jako ciekawostkę dodam, że potem mając trochę więcej czasu Amplitur grał moim deckiem z Pędzieszem. Pierwsze partie z jego podstawowym deckiem, a potem z jego alternatywnym z zestawu. W zasadzie chyba tym alternatywnym deckiem wszystko wygrał, ale Amp nie miał w ogóle szczęścia do dobierania kart. Miałem obawy, że zepsuł mi deck, a zapowiadało się, że jednak w ostatniej rundzie trzeba będzie grać i remis mnie nie urządza.

Wynik 2:0, wynik ogólny: 5-1, punktów: 15

Runda VII – Paterka, Artur – miejsce w końcowych standingach: 9

No i jesteśmy w ostatniej rundzie. Zgodnie z przewidywaniami wszystkie piętnastki powinny ze sobą grać. Przywitałem się ze swoim przeciwnikiem, którego to tym razem faktycznie nie znałem i rozpoczęliśmy grę. Z tego co pamiętam zagrałem w okolicach 3-4 tury Ashiok, Nightmare Weaver i zacząłem używać +2. Przeciwnik szybko pokazał, że też ma swojego mythica i wstawił Polukranos, World Eater. Trochę przyciśnięty do muru zdawałem sobie sprawę, że normalnie tej gry nie jestem wstanie wygrać, więc cały plan przeniosłem na obronę mojego walkera. W momencie kiedy przeciwnik trzymał ponownie swoją Hydrę w ręce i miał w bibliotece ok. 10 kart zrezygnował z walki i przeszliśmy do następnej gry. Nie pamiętam jak to się dokładnie wydarzyło, ale przegrałem. Zaczęły mi się udzielać błędy we własnej grze, co przeciwnik bez skrupułów wykorzystywał. Rozpoczęliśmy finałowe starcie ostatniej rundy. Trwała ona na tyle długo, że zostaliśmy ostatnią grającą parą na sali. Presja otoczenia robiła swoje. Do tego koszmarny błąd z odpowiedzią na monstrosity Polukranos, World Eater kosztował mnie grę wg Urlicha. Błąd polegał na tym, że po aktywacji umiejętności poprosiłem przeciwnika o wybranie celu, a dopiero wtedy użyłem Voyage’s End. W konsekwencji wprawdzie Hydra wróciła do ręki przeciwnika, ale straciłem ważnego stwora, którego nie musiałem tracić. Ostatecznie przez to skończyliśmy wynikiem 1:1 w terminacji. Upewniłem się jeszcze czy przypadkiem nie chce poddać mi gry ze względu na, moim zdaniem aktualną przewagę w stole, ale w sumie zrozumiale – odmówił.

Wynik 1 : 1 : 1, wynik ogólny 5-1-1, punktów: 16

Teraz o naszym wejściu lub nie wejściu do ćwierćfinałów ma zadecydować jakiś mały procent tiebreakera. Jakieś totalne nic, które miało miejsce podczas turnieju – ktoś z kimś wygrał, ktoś z kimś przegrał, czy któryś z naszych przeciwników wziął remis. Nic na co mieliśmy wpływ i czego mogliśmy się spodziewać. Dar losu, łut szczęścia. Sędzia główny odczytuje kolejno skład top 8 zaczynając o Duo, który jak zwykle pokazał klasę wchodząc do topa zwykłym, a nawet mocno średnim deckiem. Idzie po kolei przez kolejne nazwiska, podchodzi powoli do ósmego miejsca, są oczekiwania, są nadzieje, ale jednak, moje szczęście kiedyś się musi skończyć. Już tak miałem go dziś dużo, świetnie się grało, zestaw zwrócił co nie co. Nie ma co narzekać… Ale jednak to jeszcze nie koniec. Słyszę swoje nazwisko oraz komentarz, że wyprzedziłem dziewiąte miejsce o 0,5% tiebreakera. Z radości bezdźwięcznie podnoszę obydwie ręce z zaciśniętymi pięściami ku górze. Czuje się przez chwilę jak zwycięzca choć wiem, że do tego droga daleka.

Finałowe standingi PTQ Born of the Gods

po wszystkich rundach włącznie z topem:

Rank Name Points OMW% GW% OGW%
1 Janik, Maciej 27 55.2299 73.0769 52.0703
2 Wichlacz, Zbigniew 22 62.0551 64 57.1359
3 Lorenc, Michal 20 64.1005 63.6364 60.5878
4 Przybylo, Dariusz 19 56.7011 65 52.4411
5 Knocinski, Przemek 17 61.5807 68.4211 55.8965
6 Tomeczek, Krzysztof 17 56.0675 63.1579 52.0939
7 Lis, Damian 16 62.3095 57.1429 59.1683
8 Luczak, Marcin 16 61.8697 57.8947 53.3614
9 Paterka, Artur 16 48.6652 70.5882 43.2602
10 Wieszok, Bartlomiej 15 64.949 68.75 58.3462
11 Schultze, Max 15 61.8745 70.5882 56.4505
12 Sokolowski, Konrad 15 58.7959 55.5556 54.2592
13 Makowski, Adam 15 57.3674 70.5882 53.8887
14 Kowalski, Grzegorz 15 55.2789 70.5882 48.513
15 Szczytkowski, Bartek 15 54.7619 61.1111 54.1646
16 Francik, Petr 15 51.2245 66.6667 48.6893
17 Przekora, Lukas 15 46.483 66.6667 46.7086
18 Barborik, Lukas 15 45.483 57.8947 46.5811
19 Switalski, Kazik 13 61.2245 58.8235 56.0013
20 Napierski, Kamil 13 57.8231 58.8235 56.6833
21 Piskorz, Jan 13 54.0816 55 52.1794
22 Rysak, Lukasz 13 52.3333 56.25 52.3093
23 Fijalkowski, Bartosz 13 49.6122 57.8947 50.3342
24 Schwarz, Iris 12 58.7585 61.1111 54.5317
25 Sielski, Piotr 12 58.7103 53.3333 59.0596
26 Takagi, Piotr 12 54.6939 52.9412 54.0624
27 Dudziec, Tomasz 12 54.6311 56.25 49.0298
28 Weidemann, Paul 12 54.3742 57.8947 54.1823
29 Zakiewicz, Marcin 12 52.1141 55.5556 51.3659
30 Dabrowski, Michal 12 50.6587 53.3333 51.1302
31 Koszewski, Mateusz 12 49.6024 61.1111 47.6945
32 Sistek, Martin 12 48.2041 56.25 40.3485
33 Staniucha, Tymoteusz 12 46.2109 55.5556 48.6343
34 Warzynski, Blazej 12 43.619 58.8235 41.652
35 Bujanowicz, Paweł; 12 36.8843 58.8235 38.2485
36 Golebiowski, Maciej 10 56.1508 47.0588 56.6897
37 Makowski, Kamil Chaoz 10 53.0896 44.4444 55.0106
38 Makowski, Krzysztof 10 45.1429 53.3333 46.3394
39 Grimmer, Jasper 10 42.1474 50 45.1834
40 Knizewski, Mateusz 9 67.2313 42.1053 60.9451
41 Nowak, Maciej 9 61.0119 53.3333 56.1908
42 Lewandowski, Bartlomiej 9 59.9648 46.6667 54.6957
43 Skut, Patryk 9 59.9334 46.1538 53.3304
44 Gorniak, Mariusz 9 59.5569 46.6667 58.6799
45 Borys, Grzegorz 9 58.3878 50 55.6222
46 Loeb, Davy 9 54.7143 41.1765 56.3499
47 Marciniak, Grzegorz 9 53.5952 46.1538 52.1478
48 Faustyn, Maciej 9 52.5578 50 46.5279
49 Kopec, Mateusz 9 52.036 53.8462 51.0952
50 Kolipinski, Adam 9 51.0556 57.1429 43.6342
51 Mueller, Szymon 9 50.8401 47.3684 47.8137
52 Šebela, Antonín 9 50.2925 41.1765 48.3791
53 Myslicki, Mateusz 9 49.3619 61.5385 45.8141
54 Myslinski, Grzegorz 9 48.8844 47.3684 50.8462
55 Bedkowska, Kaja 9 45.483 44.4444 45.9104
56 Czajkowski, Marcin 9 45.4354 50 42.061
57 Borkowski, Robert 9 42.4218 52.6316 45.1671
58 Bien, Michal 7 43.1428 46.6667 41.732
59 Bocian, Łukasz 7 35.1837 40 33.8322
60 Binkowska, Wioleta 6 56.6 30 54.7998
61 Karczewski, Marcin 6 55.4206 40 50.8783
62 Grefling, Jakub 6 52.6379 38.8889 53.1634
63 Zaporski, Grzegorz 6 50.9143 40 48.3243
64 Zuk, Andrzej 6 50.432 38.8889 49.5438
65 Wrzesinski, Piotr 6 50 45.4545 54.576
66 Czapor, Grzegorz 6 49.9333 38.4615 44.5065
67 Matouskova, Lenka 6 49.1088 44.4444 44.2845
68 Wielgorski, Daniel 6 47.9603 35.7143 48.5759
69 Harendarz, Michal 6 47.1111 41.1765 46.0053
70 Czerepak, Wojciech 6 46.8214 50 41.5316
71 Cichy, Jakub 6 46.1157 41.1765 39.6678
72 Pacewicz, Patryk 6 43.9365 46.6667 43.0631
73 Straszewicz, Patryk 6 43.2685 55.5556 38.981
74 Sokolowski, Adam 6 37.5442 26.6667 42.5037
75 Gajewski, Michal 4 55.0524 23.3333 51.854
76 Nadstawny, Rafal 4 49.1508 33.3333 53.5234
77 Marszalec, Filip 4 41.7714 39.3939 42.0454
78 Tarnowski, Krzysztof 4 36.6548 45.4545 38.5317
79 Alama, Jakub 3 59.5238 50 55.5556
80 Kazimierczuk, Pawel 3 52.2976 41.6667 50.9804
81 Bryniarski, Jakub 3 51.1072 33.3333 53.4888
82 Basiura, Mariusz 3 48.1429 37.5 38.7464
83 Hajnisz, Aleksander 3 47.2222 40 50.2615
84 Pszczolkowski, Hubert 3 47.2222 22.2222 50.411
85 Szewczyk, Michal 3 45.7428 27.2727 45.8974
86 Szczepanowski, Lukasz 3 45.2455 27.2727 44.1242
87 Zachara, Stefan 3 44.3889 26.6667 47.4534
88 Cichecki, Lukasz 3 39.8333 33.3333 34.7242
89 Szatkowski, Tomasz 3 39.7143 22.2222 46.9246
90 Mejzinski, Dariusz 0 90 0 73.0769
91 Wróblewski, Arkadiusz 0 65.1852 33.3333 63.2692
92 Pisula, Marcin 0 55.4445 0 56.0049
93 Chmura, Agnieszka 0 46.8214 11.1111 47.4379
94 Kepinski, Michal 0 43.6762 28.5714 44.4242
95 Bryk, Dawid 0 43.4524 11.1111 47.3264

Prawda jest taka, że w top 8 nie wydarzyło się z mojej strony nic specjalnie wartego opisywania. Nie zagrałem wcześniej żadnego drafta Theros i jedyne czego byłem pewny to to, że tempo jest dużo większe niż na sealedzie. Z tą radą w głowie szybko zaczął mi się tworzyć klasyczny Boros i pod tym kątem draftowałem kolejne karty, dając ostatecznie taki deck:

Moje gry nie były jakieś szczególne, bo Sin specjalnie nie skupiał się na grze. W tradycyjnym dla siebie stylu rzucał żarcikami na lewo i prawo i wcale nie krył się z tym, że w zasadzie to by już pojechał z resztą ekipy do domu. Ja pomimo mulliganów dobrałem całkiem nieźle i narzuciłem dość duże tempo w obydwóch grach i dość szybko skracałem męki Sina, który ostatecznie poddał grę komentarzem: „Widzę, że Ci zależy to graj dalej.”

W top 4 trafiłem na wspominanego tu i ówdzie Duo, z którym to zwykle spotykałem się we wcześniejszych fazach turniejów i co też zwykle kończyło się dla mnie eliminacją z gry o top. Miłą odmianą było spotkać go, grając o finał PTQ. Niestety mimo całej nadziei w zwycięstwo, deck nie działał jak należy. Duża ilość mulliganów i nie dające postępu w grze drawy nie były w stanie nawet zagrozić jego drodze do finału. Nie byłem o to zły, czy nawet smutny. Wiedziałem, że nikt jak on nie zasługuje, by pojechać na Pro Tour. Zrobiłem co mogłem, a teraz jedyne co pozostało mi to kibicować, że mu się to uda i jak się potem okazało – udało mu się w pełni, czego mu z tego miejsca gratuluje i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze kiedyś w podobnych okolicznościach, ale wtedy to będzie mój czas triumfu.

 


Bylek magic Dariusz „Byłek” Przybyło – O sobie mówi: „Mam na imię Dariusz z domu Przybyło, ale od dawien dawna znajomi mówią do mnie Byłek. W gry gram od zawsze i od zawsze w ilości przekraczającej zdrowy rozsądek normalnego człowieka, na szczęście to u mnie normalność i czuje się z tym dobrze. Szczególnie przywiązany jestem do konsol Sony z serii Playstation, spędziłem przy nich większość swojego życia. Oprócz tego trenuje lub raczej trenowałem breakdance, bo niestety od jakiegoś czasu z przyczyn różnych jestem mało aktywny. Interesuje się również mangą i anime w ilości również przekraczającej przyjęte normy. W M:tG gram od Betrayers of Kamigawa, a pierwszym competetive deckiem, jaki złożyłem, był BG Death Cloud i od tego czasu lubuje się we wszelakich Rockach, co przy aktualnych trendach zwykle kończy się i tak na graniu Jundem. W środowisku znany jestem z pożyczania kart, a moim ulubionym formatem jest, było i będzie zawsze Legacy”.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze