Walentynkowy Sealed Lorwyn na MTGO

Będę szczery – nie chciało mi się kończyć tego materiału. Kiedy się już coś zacznie, to nie można robić tego na pół gwizdka. Trochę grzebnąć, trochę ruszyć, a potem liczyć na to, że w końcu uda się do tematu wrócić i że jakoś to będzie. Nawiązując, poniekąd, do tematu wpisu – to trochę jak z miłością. Nie można trochę pokochać, albo tylko w weekendy, ale już na tygodniu to przerwa. Albo całkiem, albo wcale. Bez stanów pośrednich. A jak te się pojawiają, jak wkrada się niepewność, zwątpienie, zniechęcenie, to się dobrze nie kończy. W tym kontekście między pisaniem a kochaniem jest jakieś podobieństwo.

Ale dlaczego w ogóle ja tu o takich rzeczach piszę? Ano, rok temu Wizardzi dali nam okazję pograć z okazji Walentynek – tego „święta zakochanych”, które jedni wykpiwają, inni wykorzystują jako pretekst do randkowania, a jeszcze inni traktują całkiem serio. Jest jeszcze jedna grupa, tych co przy okazji zarabiają. Oni na tym wszystkim chyba najlepiej wychodzą. A format? Oczywiście Lorwyn.

Lorwyn is for lovers – mówili

Jeśli o mnie chodzi, to w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko Walentynkom. Jak ktoś ma ochotę, niech świętuje. Niech zrobi coś fajnego dla swej drugiej połówki. Niech wybierze się na randkę, romantyczną kolację, wyjazd. Niech kupi jakiś prezent, przygotuje niespodziankę. Cokolwiek. Byle nie zapominać, że to tak naprawdę tylko pretekst by wyrazić uczucie, a nie konieczność. Prawdziwie zakochanym tego tłumaczyć nie trzeba. A malkontenci niech sobie narzekają. Im nie dogodzisz. Oni i tak nie zrozumieją, że to trochę jak z okazjami do picia. Powód zawsze się znajdzie Smile

W tym wszystkim bawi mnie na równi fobiczne podejście sceptyków, jak i nabożne podniecanie się entuzjastów. Przede wszystkim jednak rozbraja mnie komercyjna otoczka Walentynek. Każdy stara się uszczknąć kawałek tortu, robiąc biznes i podpinając się tematycznie pod całą sprawę. Nic, tylko czekać aż ktoś wpadnie np. na pomysł sprzedawania środków przeczyszczających dla zakochanych. Co śmieszniejsze, zapewne znaleźli by się na to amatorzy. Nie wierzycie? Przypomnijcie sobie akcję Cards Against Humanity ze sprzedażą „bullshitu”. Chcieliście kapitalizmu? No to macie.

ld136_productOczywiście Wizardzi się nie wyłamali i również coś przygotowali. Tylko spokojnie, nie musicie się martwić – nie chodziło o żaden nowy Duel Deck taki jak Gideon vs. Liliana (a może to jednak powód do zmartwienia?). Nie zobaczycie więc Jace’a z Garrukiem w objęciach, Elspeth nie będzie się tulić do Ajaniego, a Nissa nie poświńtuszy z drzewami (chociaż jak znam życie, to część z was wydaje właśnie jęk zawodu). Zamiast tego, mogliście dostać, jeśli gracie Duels of the Planeswalkers (dziś Magic Duels), w sumie 30 nowych kart do kolekcji. Albo mieliście możliwość zagrania phantomowego, lorwynowego Sealeda, jeśli oczywiście macie dostęp do MTGO. Lorwyn is for Lovers – mówili Wizardzi. W sumie nie wiem dlaczego. Lorwyn jakoś zawsze bardziej kojarzył mi się z larwami niż z kochankami.

Nomen omen, Lorwyn to set, w którym po raz pierwszy pojawiły się karty walkerów, więc z tym Gideonem i Lilianą to jednak nawet pasuje. Trudno przy tym nie dostrzec pewniej ironii, że z okazji walentynek mogliśmy pograć sobie w karty po sieci. W sumie to też się niby zgadza. Jest w końcu powiedzenie, że kto nie ma szczęścia w miłości, ten ma szczęście w kartach. Wciąż mam jednak wątpliwości, czy sieciowy Magic (Lorwyn czy nie Lorwyn) jest dla zakochanych. Miłości to w tych naszych grach raczej nie było i sądzę, że moi przeciwnicy po przegranych walkach raczej nie mówili „och, mój ty cukiereczku”. No ale mogę się mylić. Wszechpotężny marketing potrafi czynić cuda.

Tak się tu trochę podśmiechuję, ale muszę przyznać, że sama opcja pogrania Lorwyna mnie ucieszyła. Powiedzmy sobie szczerze, pod kątem EV event się nie opłacał zupełnie. Wpisowe kosztowało 16 phantom pointów lub 10 tixów. Wygrać można było 24PP i 1QP za pierwsze miejsce i 3 wygrane, za 2 wygrane 16 PP, czyli zwrot wpisowego, za 1 wygraną 6 PP i za udział, czyli 0 wygranych, 2 PP. No i karty też dostawaliśmy phantomowe, a nie do kolekcji. Po prostu dramat. Innymi słowy, grać dla wygranej nie było sensu, ale dla funu jak najbardziej. Z tego co widziałem, turnieje nawet i pod koniec odpalały się dość intensywnie, więc portfel Wizardom musiał trochę od tego napęcznieć. Dla mnie najważniejsze było to, że nie miałem wcześniej okazji grać tego formatu. Sporo o nim słyszałem, na forum mtgnews (i nie tylko tam) dodatek ten ludzie wymieniali jako swój ulubiony – chciałem się przekonać dlaczego. Jeśli chodzi o grafiki, to dalej tego nie rozumiem. Te bajkowe klimaty w ogóle do mnie nie trafiają*, ale jeśli chodzi o limited… o tak, tu jest naprawdę fajno. Dobrze, że miałem zachomikowane PPki, bo tak pewnie bym się nawet nie zastanawiał nad graniem. Za droga to zabawa by była. Na szczęście miałem. Przejrzałem sobie spojler, zapisałem się na pół godziny przez wyłączeniem kolejek, zebrała się ósemka chętnych i turniej się odpalił.

*od tamtego czasu trochę się jednak zmieniło, bardziej je doceniłem, zwłaszcza w dużych rozdzielczościach, ale nadal nie należą do moich ulubionych.

Pool i deckbuilding

Po starcie, moim oczom ukazało się coś takiego:

Kiedy odpalałem turniej, miałem zamiar nagrać potem replaye. Niestety, tak jak z kostką, skończyło się na chceniu, ale nie ma tego złego… dla Wizardów walentynki były okazją do zarobienia, dla mnie mogą być okazją do zrobienia czegoś, czego jeszcze do tej pory nie robiłem. Chociaż bowiem nie mam replayów, to zachowała się pool na MTGO. Mogę spróbować odtworzyć proces podejmowania decyzji w czasie składania decku. Nie w formie opisowej jednak, a w formie materiału video:

I tak to mniej więcej wyglądało w czasie składania talii. W czasie turnieju grałem czymś takim:

pokaż / ukryj

UGw

 

Jak potem przyjrzałem się różnicom między talią złożoną na nagraniu i tą w czasie turnieju, to okazało się, że różnice są minimalne, czyli w miarę trafnie odtworzyłem spis. To co miałoby zasadniczo odmienny charakter, to mana base. Dla dwóch kart spokojnie wystarczyłyby dwa Vividy i jeden Plains. Mimo stosunkowo niskiego CMC i tak grałbym dziś pewnie na 17, a nie na 16 landach, dokładając 41 kartę. W powyższym spisie mam też stalaktyt, ale nie jest to raczej karta robiąca jakąś dużą różnicę. W czasie turnieju wzgardziłem za to Silvergill Douserem, a chociaż stwór to żaden, to tego rodzaju efekty bywają niezłe. Merfolków miałem wystarczająco dużo, by był sens tym grać. To wszystko jednak drobiazgi. To co jest naprawdę ciekawe, to alternatywna wersja decku oparta o biało-niebieskie karty. Deck mógłby wyglądać tak:

pokaż / ukryj

UWbg

Troszkę tu trzeba zapychać sloty, stąd Lignify pojawia się mainowo. Mana base jest też nieco mniej stabilny, jako że splashuję dwa kolory, ale jest dual, są vividy, powinno starczyć, nawet jeśli to trochę ambitne. Generalnie ta konstrukcja wydaje mi się całkiem solidna, ale to na papierze – w praktyce sprawdziłem rzecz jasna tylko UG i muszę przyznać, że deck był całkiem fajny.

Adepci zawsze wchodzi wcześnie, a Vanquisher jak już pojawiał się na battlefieldzie, to ładnie blokował ziemię. W powietrzu było trochę gorzej, ale Sentinelsy faktycznie się sprawdzili jako removal. Sam tak złapałem przeciwnika i sam zostałem złapany. Oczywiście Aethersnipe spełnił swoją rolę świnki, która spowalnia przeciwnika. Niestety, okazało się też, że tych elfów nie mam tak wiele, jak bym chciał, dlatego też Packmaster w pewnym momencie zalegał mi na ręce. Kiedy już go jednak zagrałem, to przeciwnik po 2-3 turach ciągłego wkładania wilków zrezygnował. Nawet zresztą nie próbowałem atakować tym elfem, spokojnie dokładałem wilka za wilkiem. Nath’s Elite również chyba z raz wygrało mi grę dzięki „odciągnięciu” blokerów. Okazał się jednak dość drogi i bardziej przydał się jako cel pod championowanie Packmasterem. Zaskoczył mnie za to Gilt-Leaf Seer. Ten efekt podglądania dwóch kart pozwalał dokopać się do odpowiedzi i tym samym uratować się z kłopotów. Gdzie tam temu do Merfolk Lootera czy Sensei’s Divining Top, a mimo to dawało radę. Zaskoczył mnie też Bog-Strider Ash, ale to ze względu na moje gapiostwo.

W jednej z gier mój przeciwnik zagrał Ajaniego. Grał WBG, a przynajmniej WB. W stole było kilka stworów po obu stronach i była stagnacja. Ajani Goldmane był szansą dla oppa na jej przełamanie i tak sobie graliśmy do momentu, w którym po co najmniej dwóch turach zorientowałem się, że ten treefolk pozwala mi na atak bez strachu, że go stracę. Na szczęście przeciwnik grał jak fajtłapa, bo inaczej o 3-0 mógłbym zapomnieć. Sam pewnie był równie zaskoczony, gdy mu tego Ajaniego zaatakowałem i zbiłem.

Wspominałem też o Balloonistach. To też karta, która potrafi przełamać stagnację i boleśnie się o tym przekonałem, gdy u mnie stała armia na ziemi, u przeciwnika stała armia, a nad oboma przelatywały sobie dwa stwory. W tej sytuacji uratowało mnie Wings of Velis Vel i szczęśliwie dobrany land (pod splash) lub Neck Snap. Generalnie rzecz biorąc, o końcowym wyniku turnieju zadecydowało trochę szczęścia i fakt, że oponenci nie do końca ogarniali format. Najważniejsze przy tym, że Lorwyn mi się spodobał.

Po tym krótkim doświadczeniu mogę wam polecić zabawę z tym dodatkiem przy najbliższej możliwej okazji. Wraz z rokiem Modernowych Flashbacków na MTGO na pewno się wkrótce taka nadarzy. Lorwyn wróci. Musimy tylko poczekać aż poznamy datę, choć jeszcze trochę czasu z tym zejdzie, jako że na Ravnice dopiero jesteśmy. Przed nami Core Sety i Time Spiral.

Trochę żałuję, że nie mogę przedstawić gier z tego turnieju, bo myślę, że były w miarę ciekawe. Cieszę się jednak, że udało mi się w końcu ten tekst przygotować i zmierzyć z opisem deckubildingu w nagraniu. Dużo łatwiej by mi było pewnie, gdybym robił analizę na żywo. Myślę, że wyszło by to naturalniej. Tak czy siak, wreszcie zrobiłem ten materiał, który blokował mi kilka innych nagrań. Mogę zacząć wreszcie nadrabiać i myślę, że niedługo pojawi się kolejne video. Tym razem już z drafta nagrywanego na żywo. Nie będzie to Lorwyn, ale też była to specjalna okazja i nietypowy format.

Aha, na koniec, żeby udowodnić, że komercyjna strona Walentynek wcale nie jest taka zła, to polecić mogę pewien film, który i tak na pewno już wszyscy widzieli. Jeśli nawet nie ze względu na to, że jest to dobre kino (gusta są różne), to przynajmniej ze względu na porządny trolling. Walentynki nawet dla malkontentów mogą być fajne!

deadpool- Lorwyn

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze