Wizyta u Pandy, czyli relacja Duo z Pro Tour Waszyngton

Relacja z Hawajów tak bardzo nie chce się dokończyć – za każdym razem, gdy staram się ją uzupełnić i poprawić, znajduje się miliard powodów, przez które tego nie robię. Jako że straciła już trochę na ważności, w tak zwanym międzyczasie pojawi się relacja z następnego Pro Tour Waszyngton, rozgrywanego w formacie Modern + draft bloku Khans of Tarkir. Ów również okazał się dla mnie szczęśliwy.

Kwalifikację na PT uzyskałem jeszcze na Honolulu, gdzie wynik 11-5 zagwarantował mi 10 pro pointów, 2550 dolarów oraz uniknięcie wyjazdu do Łodzi, za co bardzo dziękuję losowi. Oprócz mnie możliwość zagrania w stolicy USA uzyskał Piter „wygram wszystko” Wald, który jeszcze przed ostatnim PT wygrał PTQ w Bielsku Białym i Wojtek „przecież nie możesz być sędzią” Jankowski, chyba jedyny typ, który wygrał coś w Łodzi.

Jak już wspomniałem, formatem constructed miał być tym razem Modern, za którym jak już wielokrotnie pisałem co najmniej nie przepadam. Jednak pozbawiony jakiegokolwiek wyboru czekałem na update banlisty, w międzyczasie ogrywałem sobie codziennie inną talię (przede wszystkim dzięki uprzejmości Sławka Jabsa i Jacksada, którzy udostępnili mi całego moderna na MTGO), szukając inspiracji i próbując poznać wszystkie decki z punktu widzenia kierowcy. Zasadniczym celem było zrozumienie każdej konstrukcji oraz określenie, z jaką częstotliwością i jak stabilnie skręcają się comba. Wstępnie podzieliłem decki na: fatalne, okropne, nigdytymniezagrambostracędosiebieszacunek.dec, słabe i żenujące, także na dwa tygodnie przed PT ta część wyglądała megaoptymistycznie. Jedynymi deckami, które w miarę mi się podobały, były: UWR controla (w stylu tej zwycięskiej na PT w Walencji) i Junk (mimo iż było oczywiste, że nie jest optymalnym wyborem, wydawał się dobru jako ostatnia deska ratunku).

Dla równowagi najprzyjemniejszy format w Magicu (którym oczywiście jest draft) szedł mi zdecydowanie lepiej. Nowy dodatek wpłynął na przyśpieszenie formatu, który mimo kilku wad bardzo mi się podoba i to własnie na tym aspekcie chciałbym się skupić w tej części relacji.

Zacznijmy od tego, że na moje przemyślenia duży wpływ miały nabyte już wcześniej preferencje z 3x KTK (zagrałem pewnie koło dwustu tych draftów przygotowując się do PT oraz GP Strasburg; do GP Wrzenio przygotowywał się u mnie i skończył w kasie). Fate Reforged przyniósł oczywiście trochę zmian, jednak nie na tyle dużo, aby znacznie przestawić siłę klanów, co potwierdzają zresztą statystyki linkowane niedawno na Psychatogu.

Specyfiką FTF jest ogromna ilość rare’ów, którym możemy przypisać status bomby. Już na początkowym testingu, który odbył się w warszawskiej Strefie MTG (szczerze dziękuję za udostępnienie lokalizacji i znaczne zwiększenie liczby draftów pozwalającej przygotować się odpowiednio do turnieju!). Mam nadzieję, że nasza współpraca dalej będzie taka owocna i przed Brukselą znowu będziemy mieli gdzie grać.

W większości przypadków wszyscy gracze zaczynali od rare’ów i to zazwyczaj definiowało ich draft (z porównywalnych siłowo nieerek jest chyba tylko Elite Scalguard i Temur Sabertooth). To główny i chyba jedyny zarzut, jaki mogę postawić wpływowi FRF na aktualny format. Pozostałe zmiany, m.in. znaczne przyspieszenie formatu, uważam za bardzo dobre.

Jeśli chodzi o siłę kolorów, Fate daje bardzo mocny czerwony, który wcześniej prezentował się dosyć biednie. Warto wymienić w tym miejscu dużo commonowego removalu oraz Goblin Hellcuter, który jest prawdziwą gwiazdą w czerwieni. Ogólnie w każdym kolorze jest kilka sztuk commonowego removalu, dzięki czemu plan postawienia ściany i zablokowania całego aggro przeciwnika nie jest już takie skuteczne.

Jeżeli chodzi o moje preferencje, to uważam za najlepszą strategię forsowanie i utrzymywanie się po pierwszej paczce w WB z opcją na zielony i czerwony. Po pierwszej paczce lubię być również w BG z otwartą opcją na Sultai i Abzan, choć w tym przypadku o wiele częściej kończę w junkowych kolorach. W moim prywatnym rankingu trzecie miejsce zajmuje Boros, który oczywiście zostawia nas otwartych na multikolory z Mardu i Jeskai. Choć tutaj występuje znaczna różnica, gdyż często wystarczą nam stabilne dwa kolory, do których często darmowo (dualami) splashuje się niebieski dla nieblokowalnego mnicha 3/2.

Duo back

Jak łatwo można wywnioskować, najbardziej lubię Abzana. Jest on najsilniejszym archetypem z dostępem do ogromnej liczby removalu, a także bardzo silnych kart klanowych. Co więcej, potrafi się odbudować po napotkaniu na częste w tym formacie problemy z maną i wrócić do gry. Mechaniki tego klanu są dalej najprzydatniejsze i mają największy wpływ na grę.

Następny w moim rankingu jest klan Mardu, który najczęściej buduję na szkielecie WB. Gdy głównym szkieletem jest RW, z reguły kończę po prostu w Borosie, o którym też wspomniałem wyżej.

Prawdopodobnie z powodu pewnego przyśpieszenia formatu, Sultai stał się gorszy i tak jak walczył o pierwsze miejsce z WBG w samych Khansach, tak tutaj składam go o wiele rzadziej.

Oczywiście w formacie dalej bardzo ważny jest fixing i spokojnie można składać czterokolorowe decki, choć przyznam, że znana w szerokich kręgach „5cc Cyryl ćwikła” stała się znacznie słabsza.

Jeśli chodzi o draftowanie Jeskai, to nadal jest to archetyp, za którym nie przepadam. Mam bowiem zawsze duże problemy z wyważeniem liczby stworów i spelli, zaś decki bardzo często mi się zacinają, dlatego często biorę słabsze karty w innych kolorach, co z kolei prowadzi do tego, że rzadko dodaje uwr basici do talii.

Na końcu mojej listy nadal kisi się oczywiście Temur. Jest to według mnie absolutna pułapka. Klan jest bardzo często otwarty, erki potrafią obejść stół i deck po złożeniu wygląda na maszynę nie do powstrzymania. I tu tkwi cały problem – tylko wygląda. Ten klan po prostu przegrywa, najgorzej ze wszystkich odbudowuje się po napotkaniu problemów z maną i gdy jest już z tyłu, nie potrafi odrobić przewagi. Widziałem mnóstwo pełnych RUG-owych rare decków, które kończyły pody 1-2. Tego archetypu unikam jak ognia i trudno wyobrazić mi sobie kombinację, która doprowadziłaby mnie do wydraftowania Temura.

Jako, że rozpisałem się w tej części o limited, to przed przejściem do okołoturniejowych informacji opowiem i przeanalizuję swój pierwszy draft na PT. W ramach spoileru – jak zwykle przed dużym turniejem, wybrałem się do zoo. Robię to praktycznie zawsze, jest to jedna z najbardziej uspokajających mnie form spędzania czasu. Zwyczaj ten podebrałem z tego co kojarzę Maćkowi, którego tutaj serdecznie pozdrawiam i jestem wdzięczny. Waszyngtońskie zoo jest dodatkowo wyjątkowe, bo znajdują się tam Pandy Wielkie, które ciężko zobaczyć w innych miejscach tego typu. Dlatego namówiłem chłopaków na wizytę i wszyscy wspólnie stwierdziliśmy, że biało-czarny zwierzak konsumujący zielony bambus to pozytywny znak do forsowania Abzana.

nda, co tu więcej mówić 

Mój pierwszy pod w składzie: 1. Luis Delfin Pietro, 2. Shoji Tatsuro, 3. Ricar van den Bogaard, 4. Shinoda Akito, 5. Eyers Dustin, 6. Sears Isaac 7.  Anthony Smith 8. ja.

Żadnych znajomych i znanych nazwisk (przynajmniej ja nikogo nie rozpoznałem). Udaje mi się otworzyć jedną z lepszych bomb w formacie, jaką niewątpliwie jest Archiefind od Depravity. Na drugim picku biorę Hunt the Weak, zaś na trzecim Reach of Shadow poparte szczurami 1/1, do tego z grywalniejszych kart zbieram jeszcze BG duala i Grim Contess oraz Ugin Constructa. Jak widać, trzymam się planu i zgodnie z założeniem po pierwszej paczce jestem w BG z otwartą opcją na Sultai i Abzana. Z ważnych uwag: jestem przerażony czerwonym, który przeszedł przez moje stanowisko, i trochę żałuję, że w nim nie jestem. Mogłem mieć w tym momencie około 10 grywalnych kart w tym kolorze.

W drugiej paczce, po długim namyśle, decyduję się na Sultai Soothslayer nad Crackling Doomem i jakimiś białymi commonami. Swojej decyzji żałuję już w drugim picku, na którym dostaje Armament Corps. Biorę i stwierdzam, że zawsze mogę go dosplashować, a zależnie od tego, jak potoczy się obecna kolejka, tak skończę ten draft. Trzeci pick przynosi abzanowego trilanda popartego Mardu War Chiefem. Deck zaczyna się krystalizować, idę w stronę białego koloru i po dodaniu War Behemotha decyduję się kroczyć Ścieżką Pandy do końca. Znowu przechodzi przez moją osobę mnóstwo dobrych czerwonych kart i erek do Mardu. Przyznam szczerze, że obawiam się gościa, który złożył ten archetyp, bo ma Demona i co najmniej dwa Crackling Doomy.

Trzecia paczka to dar od losu. Zbierana tak skrzętnie poprzez bycie miłym człowiekiem pozytywna karma w połączeniu z wspaniałą szczęśliwą koszulką, odpłaca się prezentem w postaci Sorina i już wiemy, że deck będzie maszyną. Do tego na piątym picku dochodzi jeszcze abzanowa ascendacja, a w międzyczasie kilka grywalniejszych commonów. Całość decku wygląda następująco: tradycyjne 41 kart, w tym 17 landów i jeden baner, który ratuje słaby manabase. W side znajduje się Mardu Hateblade, nad którym długo się zastanawiałem i ostatecznie postanowiłem pozostawić go w odwodzie. Marudzę trochę, że jednak nie jestem w Mardu, bo tym razem w drugą stronę przeszło kilka bardzo mocnych erek i uncommonów na jakichś skrajnie późnych pickach, ale trzeba po prostu robić swoje. Po spizganiu i spisaniu decku spotykam Piotrka Walda, który pokazuje mi swoje deczywo, a to jest chyba jeszcze lepsze. Dodam do tego, że po spotkaniu z Wojtkiem Jankowskim mi i Piterowi mocno rzedną miny, gdyż jego WBG maszyna to typowy deck z serii „płakał jak podkładał”. Ogólnie razem zebraliśmy wszystkie najsilniejsze bomby z archetypu i bardzo optymistycznie podchodziliśmy do całego drafta planując zacząć od 27 pkt.

alia spis karty cuda tagi jak z Malagi 

 

Pierwsza runda

Prieto, Luis Delfin [OCEAN]

Gram z sympatycznym mieszkańcem Portoryko, który popełnił życiowy błąd i złożył Temura. Po wygraniu rzutu kostką i mullu do 6 keepuję agresywną rękę pełną tanich stworów i narzucam dosyć duże tempo, którego przeciwnik nie wytrzymuje. Małe typki z deatchtouchem przebijają dmg, zmuszając przeciwnika do trade’owania z jego RUG-owymi erkami. Druga gra to mulligan do 5 z mojej strony przeciwko pornu przeciwnika, który zagrywa mi ogra 4/4 w trzeciej turze, poprawia go Hunt the Week i rzuca mi jeszcze w tej grze dwa Temur Charmy. Pokazując po drodze chyba wszystkie dobre karty ze swojego decku. Trzecia gra pokazuje zaś typowy problem występujący w klanie przeciwnika. Po zagraniu morpha w t3, poprawionego Ugin Constructem oraz removalem, przeciwnik nie jest w stanie sensownie się bronić. Wszystkie jego zagrania są znacznie spóźnione, a dodajmy do tego niemożność użycia removalu opierającego się na fightach przy otwartej manie ze strony oponenta. Gra szybko zakończyła się moim zwycięstwem. Chłopaki również wygrali swoje rundy, więc plan minimum wykonany w pełni.

 

Druga runda

van den Bogaard, Ricar [NLD]

Kolejny sympatyczny przeciwnik, tym razem z Holandii. Ja zacząłem marudzić na Moderna, przeciwnik zaś mówił, że czeka nań, gdyż zakwalifikował się w Madrycie robiąc top 8 RG Tytanem. Pierwsza gra to pojedynek erek z obu stron, ja zacząłem od kilku stworków popartych Abzan Ascendancy, z drugiej zaś strony po self-millu pojawił się Necropolis Fiend, na którego nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Demon znacznie utrudniał mi matematykę w combacie, lecz udawało mi się przebijać obrażenia. Po pojawieniu się Pearlaka w stole u przeciwnika i Sorina u mnie gra stała się jeszcze ciekawsza. Przeciwnik nie mógł sobie pozwolić na alpha strike zabijający walkera, gdyż w odpowiedzi mógłbym go łatwo zabić. Udało mi się wymienić cały stół i odpalić ultimatum gdy przeciwnikowi został tylko Pearlake, a mi jakiś nieważny token. Mając dodatkowo Ascendację w stole nie byłem w stanie przegrać już tej gry.

Druga gra to znowu bardzo dobre rozdanie z mojej strony, na podstawie której to gry ze specjalnymi pozdrowieniami dla Plazmonika opowiem, ile potrafi zrobić Roar of Challenge.

Zacząłem od szczurów w pierwszej popartych misiem 2/2 w drugiej i ascendacją w trzeciej turze. Przeciwnik dograł swojego morpha w trzeciej. Hunt the Weak zrobił mojego Smokera 4/4 i wraz ze szczurem odjął przeciwnikowi kolejne punkty życia. W piątej turze u przeciwnika pojawiła się Naga 2/5 millując kilka kart i szczur przebił kolejne dwa obrażenia. Przeciwnik znowu dograł Demona, a ja w swojej po zagraniu wspomnianego Roara, triggerując niezniszczalność na gryzoniu 2/2, przekonałem przeciwnika, że nie uda mu się już tej gry wygrać.

 

Trzecia Runda

Shinoda, Akito [JPN]

Jak się spodziewałem, czas na sick Mardu. Po wygraniu rzutu kostką i rozpoczęciu od ściany 0/4 spokojnie rosnącej, rozbudowywałem swój board, odbierając przeciwnikowi kluczowe punkty w życiu. Abzan Ascendancja zniechęciła przeciwnika do ataku. Z ciekawszych akcji: udało mi się wygrać pierwszą grę, gdyż przeciwnik założył, iż nie ogarniam, i w kluczowym combacie postanowił, że zamiast dostać pewne 7 życia z Harsh Sutenance, zabije mojego trample’a 4/4. A wiedział, że na ręku mam Grim Contest… Mimo, iż w odpowiedzi zabiłem sobie wspomniane małpki, fightując z jego lataczem 1/5, jak to na Pro Tourze bywa, przeciwnik próbował dopisać sobie życie. Jego mina, gdy tłumaczę, że kiedy ostatnio grałem w smoki i wróżki to spell bez legalnego celu był kontrowany, wywołał uśmiech na twarzy sąsiadów i złożenie kart u Japończyka. Druga gra to mull u mnie do 6 i heroic keep u przeciwnika, który na play zatrzymuje dwa landy. Oddając mi w pełni inicjatywę. Nie pomogło mu nawet zagranie dwóch Demonów, które nie wytrzymały tempa, i skończyłem cały draft 3-0, wyjątkowo zadowolony. Chłopaki niestety tylko 2-1, ale ogólnie wszyscy byliśmy szczęśliwi.

Plan został spełniony. Teraz przyznam, że liczyłem iż trafię na innych graczy lubujących się w Limited i nie przepadających za Modernem. Oczywiście musiałem zacząć od (chyba) najbardziej utytułowanego kierowcy BGx decków w ostatnich latach, czyli na Robbina Dollara, ale to już w następnej części relacji z Pro Tour Waszyngton.

 


Informacje o autorze możecie znaleźć w zakładce – redakcja.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze