Wrażenia z warszawskiego Prerelease M14

Niezależnie od tego, czy się komuś M14 podoba, czy nie, możemy już bawić się zawartością tego dodatku. Co prawda Launch Party ruszają 19 lipca, ale w zeszły weekend część z nas wzięła udział w Prerelease M14.

Dostaliśmy nowe karty, rozegraliśmy trochę turniejów i pewnie mieliśmy przy tym trochę zabawy. Ja zaś przy okazji uskuteczniałem Magicową turystykę, odwiedzając Warszawę i Pre organizowane przez Strefę MTG. Jak było możecie się przekonać niżej, choć nie jest to relacja, a raczej typowy, blogowy zapis wrażeń.

Wypada mi zacząć od narzekań. Polacy tak mają, że zawsze narzekają. Nie chcę się wyłamywać. Nie będę jednak narzekać na organizatora, a na własne nieogarnięcie (co jest raczej nietypowe, bo przecież w naszym pięknym kraju zawsze to „oni” są winni, a nie „my” czy „ja”). Chodzi o to, że jak zwykle się nie wyspałem przed turniejem. Godzina snu to zdecydowanie za mało, by później grać na 100%. Jakoś nie potrafię nigdy przed wyjazdem położyć się o rozsądnej godzinie. W pociągu też nie udało się przedrzemać, bo trafiłem na flirtującą ze sobą parkę, trajkoczącą przez całą podróż (o szóstej rano się śpi, a nie rozmawia!). Potem jeszcze godzinny spacerek i byłem u celu.

I tu się narzekania skończyć muszą, co w dużej mierze jest zasługą organizatora. Fakt, była drobna obsuwa, ale poza nią wszystko szło sprawnie, szybko i bez jakichkolwiek niedopowiedzeń, wątpliwości, etc. Wszystko było jasne od samego początku – od orientacyjnego podziału nagród aż po rozpiskę godzinową całego turnieju. Rzecz jasna, tego jak wygląda swap, dowiedzieliśmy się już w trakcie, ale i tu (prawie) wszystko przebiegało bez kłopotu. No i miejscówa – przestronna sala w hotelu Novotel, przez co o ścisku można było zapomnieć nawet przy wywieszaniu pairingów. A jak się komuś nie chciało podchodzić, był jeszcze ekran na ścianie. Do tego atmosfera – bez stresu, bez napinki i typowego dla wielu innych turniejów poczucia rywalizacji. Czysta zabawa i radość z przekręcania kartonów. Ale może to przez te miękkie krzesła i niewyspanie w ten sposób to odbierałem? Tak czy siak, podobało mi się.

Przechodząc jednak do samych kart, otworzyłem – moim zdaniem – bardzo fajny zestaw z lataczami UW, plus parę czerwonych kart (między innymi Goblin Diplomats). W sumie trafił mi się więc archetyp, którego najbardziej się obawiałem i który uważałem za najsilniejszy/najciekawszy. Dlatego, mimo niezbyt dużej wartości kart, z pewnym żalem się z nim pożegnałem, oddając zestaw koledze z naprzeciwka do sprawdzenia. U niego z kolei pamiętam tylko, że była Liliana (i chyba Shivan Dragon), a choć planeswalkerka nie jest najdroższą kartą setu, nie obraziłbym się, gdybym mógł ją zatrzymać. Po sprawdzeniu spisów (co trochę trwało, bo ktoś nie posłuchał zalecenia, by układać karty alfabetycznie), okazało się, że oddajemy zestawy w lewo. Swoją drogą – to było pierwsze Pre, na którym nie tylko spisywałem karty, ale i je sobie nawzajem sprawdzaliśmy. Nie wiem na ile to skuteczne, ale takie działanie wydaje mi się dobrą praktyką.

Po wymianie awansowałem jeśli chodzi o wartość kart – trafił się Mutavault. Gorzej było ze złożeniem talii. W pierwszej chwili nie wiedziałem za bardzo na jakie kolory postawić (tyle fajności!). Stanęło na czerwono-zielonym decku z białym splashem dla dwóch kart w znaczącym stopniu wykorzystującym slivery. Zresztą, oto jak on wyglądał:

W czarnym miałem kilka fajnych kart (Shadowborn Demon, Liturgy of Blood, Deathgaze Cockatrice, Accursed Spirit, Gnawing Zombie, 2x Shrivel), jak również kilka słabszych kart (Mind Rot, Mark of the Vampire, Sanguine Bond, Festering Newt, Shadowborn Apostle, Child of Night, Corpse Hauler, Undead Minotaur, Nightwing Shade, Minotaur Abomination), ale było tego za mało, by opierać na nich talię. Niebieski z kolei miał dwie klaustrofobie, Disperse, klona i Illusionary Armor. Poza tym jakoś specjalnie mnie nie zachwycił, uznałem że najwyżej użyję tych dwóch ostatnich kart jako splasha. W białym też nic szczególnego nie zobaczyłem, za to zielony był oczywistym wyborem. Czerwony też zwrócił mą uwagę (Shock, Molten Birth, Marauding Maulhorn, 2x Battle Sliver), a wraz z nim ilość sliverów i fakt, że cztery z nich oferują dopaki. To mnie skusiło i postanowiłem zaryzykować RG ze splashem – miałem w końcu Ingota i Manawefta jako fixing. Poza tym, nie było zbyt dużo czasu na zastanawianie się i analizowanie.

mtg, magic, prerelease m14

Howl of the Night Pack by flappyb

W miarę grania talia nieznacznie się zmieniła. Pojawiały się w niej Ranger’s Guile, Hunt the Weak, Act of Treason. Później zadomowiły się nawet na dobre. Z kolei prędko na stałe wypadło smocze jajko (wracało tylko, gdy opp miał sporo lataków), Regathan Firecat i zależnie od potrzeb inne karty, m.in. Savage Summoning, Elvish Mystic, Thunder Strike. Nie będę tu opisywał poszczególnych gier, ograniczając się tylko do paru ciekawszych z mojego punktu widzenia zdarzeń, ale talie prowadziło mi się całkiem dobrze. Może z raz miałem tak, że jak na złość przez pół decku nie podeszła czerwona mana i się zaciąłem z Maulhornem na ręce. Nie obeszło się też bez mulliganów w niektórych rozdaniach – generalnie jednak talia się nie buntowała i działała jak trzeba. Turniej, co prawda, skończył się dla mnie niezbyt dobrym wynikiem 3:4 (39 miejsce na 66 graczy), ale nie mam na co narzekać. Zrobiłem co mogłem i w sumie niewiele brakowało, abym zajął wyższą pozycję.

Już na samym początku talia pokazała mi, że slivery mają w sobie sporo mocy. Jakoś tak wyszło, że Battle Slivery mi dochodziły jeden za drugim – a ze Steelforem stały się nie do przejścia. Przed tą pierwszą grą miałem sporo obaw, czy warto stawiać na ten tribal. Okazał się jednak naprawdę silny i fajny w prowadzeniu. Dzięki sliverom nawet nie miałem okazji zobaczyć za bardzo, czym gra przeciwnik – choć o ile pamiętam, jego deck zawierał niebieski lub biały kolor. Rzucił mi bowiem Claustrophobię lub Pacyfkę na jednego z Battle Sliverów, co i tak nie przeszkodziło drugiemu radośnie zadawać podwyższone obrażenia.

W drugiej grze spotkałem się z ciekawym deckiem, w którym zielony był chyba głównym kolorem, a do niego dokoptowany był czerwony. Znalazły się tu między innymi dwa Bubbling Cauldrony, Sporemoundy i Staff of the Wild Magus. Wygrałem – ale nie powiem, namęczyłem się. Sporemound z kociołkami i dodawaniem życia bardzo fajnie działa. Nawiasem mówiąc, na turnieju jeden z graczy dysponował dwoma Angelic Accordami. Ponoć nieźle działały i jednak dało się złożyć sprawny deck oparty o lifegain. Zresztą, anioł, mając cztery w plecach, w M14 daje naprawdę dużo. Cieszę się, że na coś takiego nie trafiłem, bo przeciwnik z tą talią zapewne mocno by mnie pognębił.

Z drugiej strony, kolejna gra wcale powodów do zadowolenia mi nie przyniosła. Przeciwnik zaś pokazał mi, że w M14 jest możliwe złożenie jeszcze innego, działającego decku. Załatwiła mnie kombinacja Quag Sickness + Auramancer + Blightcaster (który w decku chyba był, ale nie pamiętam nawet, czy go zobaczyłem na polu bitwy – nie był zresztą szczególnie potrzebny do wygrania). Do tego Master of Diversion, Liturgy of Blood, Wring Flesh i przede wszystkim Accursed Spirit, który miał mnie jak na widelcu dzięki Intimidate i wygrał ostatnią grę przeciwnikowi. Tak czy siak, deck na aurach zrobił na mnie spore wrażenie – cokolwiek zagrałem, po chwili wędrowało do grobu, a Quag Sickness wracało na rękę – to dawało naprawdę chory CA.

Co się działo w kolejnych meczach, dokładnie nie pamiętam – zmęczenie nie pozwoliło zarejestrować wszystkiego chronologicznie. Jeśli zaś chodzi o CA, to naprawdę fajne połączenie zaprezentował mi jeden z przeciwników rzucając Opportunity i Archaeomancera. Ta niebieska karta zagrana tylko raz daje ogromną przewagę, a dwukrotnie – po prostu miażdży. Takich synergii warto się doszukiwać i pod tym względem M14 mnie naprawdę pozytywnie zaskoczyła. Inny przykład: pogardzane nie bez powodu Dismiss into Dream + też niezbyt wysoko cenione Zephyr Charge = fantastyczne combo. Jak już przeciwnikowi udało się opanować stół, byłem bez szans. Fakt, w ogólnym rozrachunku nie wytrzymał z moją agresją i mecz skończył się 2:1 dla mnie, ale jednak był w tym jakiś potencjał. Swoją drogą, w czasie tej gry byłem już na tyle roztargniony, że zapomniałem o pierwszej wygranej. Sądziłem przez chwilę, że jest 0:1 dla oponenta, a było 1:1. Najłatwiej jest się zgubić we własnych myślach.

Z ciekawostek chciałbym jeszcze wspomnieć gracza, który grał zielonym (w ogóle zielono-czerwonych decków było całkiem sporo). Jego deck dysponował dwoma Vastwood Hydrami. Bestia ta nie jest na pewno tak dobra jak Kalonian Hydra, ale mimo wszystko w Limited to silny zwierzak. Ale i tak ciekawe, że w sealdzie można takie cuda znaleźć. Nie była to foliowana karta, a dwie takie same eRki w sześciu boosterach to jednak rzadkość. Mówiąc o eRkach muszę też wspomnieć Imposing Sovereigna. Gdyby nie ta jedna karta, wystawiona bardzo szybko na początku gry, może bym wygrał. A tak to tylko patrzyłem, jak przeciwnik wbija mi obrażenia, przebiegając obok zatapowanych blokerów. Nie byłem w stanie nadgonić tempa, narzuconego po drugiej stronie stołu. Bardzo dobra rzecz.

Z zabawniejszych kart, z którymi miałem do czynienia muszę też wymienić swoje Molten Birth. W drugim meczu w jednej grze karta ta dała mi 8 tokenów zanim wreszcie spadła do grobu. Gdybym – jak miałem początkowo zamiar – wybrał przy tym ostatnim rzucie nieparzystą liczbę oczek, seria trwałaby dalej. Karta przeciętnie oznaczała cztery tokeny. Fajnie było też zobaczyć po drugiej stronie stołu Guardian of the Ages. Jak go zobaczyłem za pierwszym razem, to zrobiłem duże oczy – już się człowiekowi wydaje, że wszystko idzie w dobrą stronę i niedługo będzie wygrana, a tu wyskakuje takie coś na battlefielda. Jakoś udało mi się jednak wyratować. Za drugim razem byłem już gotowy i wiedziałem jak się go pozbyć, w czym pomogły mi m.in. wilczki z Briarpack Alpha.

No i ostatnia gra też jest warta wzmianki i zapisała mi się w pamięci – nawet nie dlatego, że walczyliśmy o dwa boostery. Ta gra była po prostu najciekawsza, choć może i by się zakończyła szybciej, gdyby przeciwnik zdecydował się na bardziej agresywną postawę. Mógł mnie kutać z powietrza, ale unikał ataku. Po przegraniu pierwszej małej rundy (zobaczyłem m.in. Ajaniego, trochę lataków i tym podobnych, mało przyjemnych dla mnie rzeczy), wsajdowałem do talii Bramblecrusha. Druga gra wyglądała więc tak, że opp kopał się i obstawiał blokerami do momentu, w którym zagrał Ajaniego. Ja jednak byłem na to przygotowany i od razu użyłem wspomnianego sorcery, siedzącego mi na ręku od samego początku.

Nie mogąc uzyskać przewagi, rozbudowywaliśmy stół, wstawiając kolejne stwory. Tu znowu zaznaczyła się obecność Molten Birtha, który wstawił co najmniej 6 tokenów. Pod koniec pojawiła się też podobna liczba wilczków z Howl of the Night Pack, slivery z Hive Stirrings i cała masa innych kreatur z decku. Po drugiej stronie były takie zabawki jak Serra Angel, Charging Griffin, Griffin Sentinel, Seacoast Drake, 2x Siege Mastodon (zaskakująco ciężko było mi przejść te zawalidrogi), Stonehorn Chanter, Scroll Thief, chyba coś jeszcze. Obaj byliśmy obstawieni tak, że nie mogliśmy nic zrobić. U mnie biblioteka przejrzana jakoś w połowie, u przeciwnika tylko kilka kart do końca… i terminacja! Niestety, mój oponent miał za dużo stworów, a do tego podleczył się trochę w 2 i 4 turze terminacji nosorożcem. Nie udało się. Niewiele jednak brakowało: jak bym mojego przeciwnika nie zabił, to skończyłyby mu się karty. Miał już tylko trzy w bibliotece, ale cóż – czas mijał nieubłaganie, a i przeciwnik trochę wykorzystał okazję (miałem wrażenie, że wyczekuje terminacji). Tak czy siak, mogę tylko pogratulować i jeszcze raz podziękować za grę. To był naprawdę fajny pojedynek!

Muszę jeszcze wspomnieć o pewnej dziewczynie, która brała udział w turnieju. Fakt, że przedstawicielki płci pięknej rzadko grywają w Magica, już ją jakoś wyróżniał. Zapadła mi w pamięć jednak z dwóch innych powodów. Przede wszystkim, o ile się dobrze orientuję, Prerelease M14 był jej pierwszym turniejem. Mimo to dostała się do topowej dwudziestki, co na pewno należy uznać za sukces. Po drugie, obserwując jak gra, miałem okazję widzieć jedno z fajniejszych i bardziej agresywnych rozdań na turnieju. Jej przeciwnik mógł w zasadzie tylko przyglądać się bezradnie. Najpierw na polu bitwy, pod wodzą naszej bohaterki, pojawił się Ogre Battledriver. W następnej turze na battlefield wtargnął Sengir Vampire i zadał z miejsca sześć obrażeń. Zaraz potem został wyekwipowany w Fireshriekera i wygrana była już tylko formalnością. Jak widać na tym i wcześniejszych przykładach, Limited M14 wcale nie jest tak banalne, jak by się mogło to na pierwszy rzut oka wydawać.

Po powrocie do domu, mojemu zestawowi przyjrzał się Ober. Poniżej wklejam jego propozycję talii i przyznam, że chciałbym nią zagrać. Nie zwróciłem na początku uwagi na kombinację zielonego z niebieskim, łącząc ten drugi kolor raczej z czarnym, a wygląda ona całkiem sympatycznie:

pokaż / ukryj

Oberowe UG

Na koniec jeszcze krótkie słowo komentarza do obu decków i niektórych decyzji jeśli chodzi o deckbuilding i charakter talii. Jeśli ktoś się będzie nie zgadzać, ma ochotę na polemikę, czy wytykanie błędów, chętnie usłyszę. Wszak to, że grałem czym grałem i nie szło mi w moim przekonaniu źle, nie oznacza, że to jedyne słuszne opcje. Niektóre rzeczy też pewnie wynikają z osobistego podejścia (bo lubię kartę lub kolor X, a nie lubię Y), ale wymiana poglądów może wyjść tu tylko na dobre. Do rzeczy zatem!

Oba decki zawierają 17 landów, choć tak po prawdzie trzeba je liczyć jako 16. Mutavaulta wypada tu bowiem traktować jako dodatkowego stwora. I bez tego landu, obie talie poradziłyby sobie na 16 ziemiach. W UG 1/4 decku ma CMC 4. Droższe są tylko dwie karty. Niemal połowa – 11 z 24 kart – wymaga 1 lub 2 many. W sliverach koszta te są trochę wyższe, deck ma cztery karty z CMC wyższym jak 4. Tych czwórek też jest sporo, ale trzeba tu doliczyć rampujące Manawefta, Ingota i elfiego mistyka. To CMC zadecydowało zresztą, że do decku nie wszedł Groundshaker Sliver. Wycie wilków wydawało mi się być lepszą opcją (trample niewiele dawał reszcie śliwek), a nie ma co przecież przesadzać z liczbą drogich kart. Oba decki najsłabsze są jeśli chodzi o środek talii i CMC 3.

Co do Oberowego UG, dobór reszty landów wydaje się dość oczywisty. Trzy czary z UU w koszcie wymuszają odpowiednią ilość wysp. Z drugiej potrzebujemy jak najwięcej Forestów (Howl!). 9 + 7 wydaje się więc dobrym rozwiązaniem. W Sliverach kierowałem się podobnym tokiem rozumowania – a więc RR w kosztach i Howl – ale musiałem dodać jakieś Plainsy. Dla ostrożności, by się nie zaciąć, wrzuciłem dwa białe landy, zostając przy ośmiu lasach i sześciu górach. Tym sposobem miałem co najmniej 4 źródła białej many w decku.

Pytanie, czy ten biały splash był mi w ogóle potrzebny. Szczerze mówiąc: nie wiem. Steelform Sliver nie daje mi aż tak dużo. Hive Stirrings są już lepsze, ale i tak niekoniecznie warto dla nich psuć manabase. Wsadziłem to jednak pod impulsem, na szybko, zakładając, że jak się nie sprawdzi, to wyjmę. Działało jednak jak trzeba. W czasie turnieju nie widziałem powodu, by te karty wyjmować. Teraz przyznaję jednak, że UG wygląda mi bardziej sensownie. Nie jestem tylko przekonany do Elite Arcanista, a i stwory nie są aż tak silne oraz jest ich nieco jak na mój gust za mało, jednak talia wydaje się stabilniejsza niż moje RGw.

Co zaś do drugiej talii, oddam głos Sołtysowi:

„Myślę, że miałeś zestaw kilka klas lepszy niż mój. Ja bym wywalił biały na bank. To pierwszy krok. Ten W ci nic nie daje. Gram RG i możliwie dużo Forestów. Wkładam Hunt for the Weak, Ranger’s Guile czy tam Groundshaker Slivera nawet. Ingot może zostać, bo daje pięć mana w trzeciej turze z elfem. Po prostu robisz rampę: 17 landów (10 G, 6 R, Mutavault), 3 manodajki. Wydaje mi się, że przy takiej manie dwa spelle za 7 CMC to nie jest jakiś dramat.

Zastanawiam się jeszcze nad tym typem 1/1 co lootuje (Academy Raider). W takim decku looting jest silnym efektem. Wymieniasz niepotrzebną w lategame akcelerację na realne zagrożenia, a w early/mid kopiesz po land dropy. Sztuczki nie są ci aż tak megapotrzebne. Masz silne typy, bardziej liczy się płynność. Masz Giant Growth, który jest w głównym kolorze, tę erkę +1/+1 z flashem, no i dwa wolfpacki. To w sumie 4 sztuczki w decku, który ich aż tyle nie potrzebuje, a jeden extra tani stwór by się zdał. Tu widzę tego 1/1 Intimidate. To oznacza, że jakby się nie mieściły, mógłbyś wyjąć Ranger’s Guile czy Thunder Strike. Twoje optimum to Battle Sliver w trzeciej turze, czyli mega decent.”


Poniżej zaś, wydaje mi się, najciekawsza część wpisu. Zamieszczam tu zestaw Sołtysa, którym poszedł 4-1-1 na sześćdziesięcioosobowym Pre w Katowicach w Rudym Goblinie. Jego zdaniem nie należy on do najłatwiejszych, przez co jest ciekawym ćwiczeniem, jeśli chodzi o składanie decków w Limited. Zapraszam więc do zmierzenia się z tym wyzwaniem i wpisywania efektów w komentarzach. Za jakiś czas, zamieszczę tu również dla porównania talię złożoną przez Sołtysa. Powodzenia!

White:
Indestructibility
Imposing Sovereign
2x Pay no Heed
Brave the Elements
Suntail Hawk
Solemn Offering
Wall of Swords
Capashen Knight
Dawnstrike Paladin
Auramancer
Pillarfield Ox
Solemn Offering
Fortify
Steelform Sliver
Show of Valor
Soulmender
Hive Stirrings

Red:
Thorncaster Sliver
Smelt
2x Dragon Egg
Seismic Stomp
Lava Axe
2x marauding Maulhorn
Thunder Strike
Regathan Firecat
2x Wild Guess
Dragon hatchling
2x Goblin Shortcutter
Act of Treason
Striking Sliver

Black:
Doom Blade
Nightmare
2x Dark Favor
Altar’s Reap
Artificcer’s Hex
Shrivel
2x Blood Bairn
Liturgy of Blood
Nightwing Shade
Child of Night
Tenacious Dead
2x Deathgaze Cockatrice
Accursed Spirit

Green:
2x Ranger’s Guile
Briarpack Alpha
2x Groundshaker Sliver
Trollhide
Giant Growth
Woodborn Behemoth
Verdant Haven
Kalonian Tusker
Predatory Sliver
Plummet
Brindle Boar

Blue:
Gilmpse The Future
2x Merfolk Spy
2x Trained Condor
Frost Breath
Spell Blast
Essence Scatter
2x Nephalia Seakite
Messenger Drake
Claustrophobia
Phantom Warrior
Illusionary Armor

Reszta:
Bubbling Cauldron x2
Rod of Ruin
Door to Destinies
Mutavault


Jak obiecałem, uzupełniam wpis o deck, który stworzył Sołtys. Oto i on:

pokaż / ukryj

Talia Sołtysa

A poniżej jego komentarz:

„Zestaw ma coś miłego w każdym z kolorów, ale w żadnym ich połączeniu nie jesteśmy w stanie sklecić zadowalającej liczby 23 kart do decka. Biały ma za mało kreatur mających jakikolwiek sensowny impact na stół, zielony to Briarpack i długo, długo nic. W i G odrzuciłem na wstępie.

Trzy pozostałe kolory prezentują podobną jakość. Czarny jest bardzo ok, ale nasza potencjalna bomba (Nightmare) wymaga pójścia w ten kolor bardzo głęboko. Czerwony to tradycyjnie sporo agresji, niestety bez jakichkolwiek spaleń. Niebieski daje nam aż 6 kreatur z evasion i wprowadza elementy kontroli tempa rozgrywki. W związku z powyższym jestem w stanie zrozumieć zarówno osoby optujące za UB, UR jak i RB. Szczególnie RB wydaje się kuszące, bo parę Blood Bairnów można świetnie zgrać z kartami takimi jak Tenacious Dead czy Dragon Egg.

Po dłuższej deliberacji zdecydowałem się na połączenie UR, które ma potencjał na najszybsze kończenie gier (Maulhorn + Condor poparte Frost Breathem/Act of Treason). W zestawie, który nie ma żadnych bomb, pójście w tempo wydało mi się opcją najrozsądniejszą. Długich gier i tak nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć na swoją korzyść, bo zakładam, iż przeciętny deck oponenta będzie o wiele silniejszy od naszego. Niestety, aby uzyskać 23 karty byłem zmuszony grać parą Dragon Eggsów, które w agresywnym decku nie są najlepsze, szczególnie jeśli trafiamy na decki z dużą ilością latającego tałatajstwa. Również Wild Guess oraz Rod of Ruin były swego rodzaju zapychaczami, ale jak się okazało miałem nosa do różdżki. Okazywała się nieoceniona w niektórych partiach. W razie potrzeby pójścia w totalnego all-ina w side czekało już Lava Axe oraz Seismic Stomp. Na decki z niebieskim wskakiwały Merfolk Spye i robiły całkiem solidną robotę niejednokrotnie będąc Lava Axem za 1 mana.”


Informacje o autorze, możecie znaleźć w zakładce redakcja.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze