Zabawy z MTGO ciąg dalszy

Ponad miesiąc temu zacząłem zabawę z onlinowym Magiciem. To pierwsze zderzenie z MTGO opisałem tutaj. Od tego czasu rozegrałem parę pauperowych gier for fun. Przerobiłem część New Player Pointsów na boostery. Pozostałą, „większą połowę” zamieniłem na nerwy i lekką irytację. Prawdę mówił Alan, pisząc, że „nie ma szybszego, przyjemniejszego i bardziej frustrującego sposobu na anihilację naszych tixów niż drafty.”

Zdarzyło mi się też zagrać jednego sealeda dla nowych graczy (tylko po to, by sprawdzić, jak to wygląda) oraz spróbować się w sealedzie na cztery paczki. Ten ostatni tyleż testowy, co i z zamiarem wzbogacenia kolekcji o jakieś erki. Jak się okazało, wcale nie był to najlepszy pomysł.

O draftach

Większą część czasu spędzonego na MTGO poświęciłem draftowaniu. Bardziej to było jednak oswajanie się z interfejsem niż jakaś „poważna gra”. Zresztą, jak już wreszcie trochę ogarnąłem format i zacząłem się rozgrywać, to się „nagle” skończyły New Player Pointy. Ładowanie kasy w drafty M14 nie bardzo mi się jednak uśmiechało – za pasem nowy, ciekawszy format. Do tego Pre na żywo i życie-poza-Magiciem (czyt. brak kasy na zabawy). Wszystko to odcięło mnie od draftowania. Zabawne przy tym, że zadziałało szczęście początkującego – pierwsze gry wygrywałem, a potem już (w zasadzie) równia pochyła. Im bardziej liczyłem na wygraną, tym gorzej szło. Skończyło się, mniej więcej, na przegraniu około 3/5 z tych wstępnych draftów. Więcej mnie to jednak nauczyło niż wszystkie drafty na żywo (choćby ze względu na samą ich ilość).

Dyskusja na chacie

Trollowanie ORCa

Przede wszystkim, o czym wspominałem poprzednio, MTGO nie wybacza – popełniłeś błąd, nie cofniesz go. Nie ma taryfy ulgowej. Trzeba było uważać. Przeciwnik nie pozwoli ci wrócić ruchu, bo nawet nie bardzo może. Trochę też wychodzi tu na wierzch fakt, że te gry są w dużym stopniu odhumanizowane. Owszem, jest chat, można pogadać z niektórymi, czasem i ORCów można potrollować (-> obrazek z boku), czy innych graczy, ale nie kojarzę nawet ksywek oponentów. Równie dobrze mogliby być botami, a spróbuj negocjować z botem. Tu nie ma takich tekstów jak na żywo: „o, chyba graliśmy ze sobą na pre, wygrałeś ze mną, miałeś Borosa, ale teraz się odegram”. Przynajmniej mi się coś takiego nie zdarzyło. Interakcja ogranicza się ewentualnie do „gl, hf” i tyle. Tak czy siak, mój Magic, ze względu na konieczność pilnowania wszystkich triggerów, faz gry i ogólnie uważania na to co robię, jest teraz trochę lepszy, choć daleko mu jeszcze do pożądanego przeze mnie poziomu.

Drugą ważną rzeczą jest inne spojrzenie na draftowanie. Do tej pory skupiało się ono na „dobieraniu najlepszych kart”. Strategia, planowanie, ogarnianie posunięć oponentów – to niby też było, ale na drugim planie. Teraz to się trochę zmienia. Draftowanie online zmusiło mnie do szukania informacji o formacie. Zacząłem śledzić filmiki z limited, analizować cudze drafty, czytać teksty i uważniej śledzić serwisy z Magiciem. Okazało się, że (żadne odkrycie) można myśleć inaczej (przykładowo, że zamiast zbierania „losowo” bomb i goodstuffu można więcej uwagi poświęcać synergii i interakcjom w decku). Naśladownictwo dało kiepskie rezultaty, ale pozwoliło przedefiniować niektóre wybory. Pewnie każdy medżikowiec przechodzi przez ten proces, choć niektórzy zatrzymują się na jakimś etapie i przestają grać bo im „nie idzie”.

A propos, zacząłem dostrzegać błędy jakie robię i w jaki sposób gram. MTGO dysponuje opcją zapisywania przebiegu gier (acz niedoskonałą, replaye mogą się zepsuć). Możliwość nawet przelotnego przejrzenia tego materiału w późniejszym czasie to prawdziwy skarb. Nie żebym od razu wychwytywał wszystkie problemy bez wyjątku, ale to kolejna cegiełka do lepszej gry. Niby to samo mogłem mieć na darmowych klientach. Pewnie dla wielu jest to zresztą dobra alternatywa. Pewnie warto jej spróbować, szczególnie zanim się zacznie grać online na oficjalnych serwerach Wizardów. U mnie to jednak dopiero MTGO wywołało chęć bliższego przyglądania się temu, jak grać, jak ja sam gram i co mogę zrobić lepiej. Może to po części przez poczucie rywalizacji „o coś” oraz fakt, że przecież za to płacę oraz częstotliwości gry?

Do tego dochodzi jeszcze parę innych spraw, ale to już drobnostki (np. w związku z pilnowaniem czasu; przegraną z zegarem, a nie z bezradnym i „ugotowanym” przeciwnikiem, też można obrócić na własną korzyść, choć to gorzkie pocieszenie). Wiem, że to co do tej pory napisałem, może trącić banałem. Ma to jednak przede wszystkim wymiar osobisty. W końcu to blog, będący jakiegoś rodzaju „kroniką” doświadczeń z grą, a powtarzanie starych prawd na pewno nie zaszkodzi. Jak by nie było, z samego draftowania jestem zadowolony, nawet mimo nie najlepszego bilansu na koniec. Mimo wszystko, to był dobry wstęp i trening przed limited Theros.

Sam Core Set będę wspominał całkiem miło. Nie narzekałem tak bardzo na M14 jak inni, ale z początku nie potrafiłem się w niej odnaleźć. Jakoś mi się to wszystko nie składało, M13 było bardziej naturalne. M14 okazała się jednak dla mnie formatem, który docenia się po czasie, po rozegraniu większej ilości gier. Sporo w nim fajnych synergii, jak na core set oczywiście. Najczęściej lądowałem w GB, to ta kombinacja kolorów najbardziej mi zapadnie w pamięć. Obok niej będą czarno-białe lifegainy na Trading Postach i Angelic Accord, tanie UW decki z Fortify i na szarym końcu slivery. Warto na pewno jeszcze wspomnieć o poświęcających krity BR deckach, choć sam tego rodzaju talii jakoś nie miałem okazji spróbować. Najgorzej będę wspominał mix izzetowy, głównie przez złe decyzje w czasie draftów. Na marginesie – M14 było chyba jednym z bardziej niesprawiedliwych formatów pod kątem Sealeda.

 

Kontakt z Supportem MTGO

Miałem już też epizod, który zaowocował kontaktem z wizardową pomocą. Nie chcę by to wyszło jak jakaś reklama, ale naprawdę trudno mi tego doświadczenia nie opisywać wyłącznie w samych superlatywach. Życzyłbym sobie, by wszędzie – w każdym urzędzie, w każdej firmie – poziom obsługi klienta był choć odrobinę zbliżony do tego, jak zostałem potraktowany przez czarodziejów z wybrzeża.

Jak zwykle odpaliłem sobie drafta. Wszystko ładnie, pięknie – byłem szczególnie uchachany, bo mi się złożyło całkiem sympatyczne WG z czerwonym splashem po Thorncaster Slivera i Battle Slivera. W sumie może to nie było nic spektakularnego, ale jednak porządna krzywa many (2×1, 5×2, 7×3, 5×4, 4×5 i 1×6), solidne stwory (2x Briarpack Alpha, Serra Angel, 2x Deadly Recluse, 2x Master of Diversion, 2x Rumbling Baloth, Fiendslayer Paladin, Banisher Priest i inne – w sumie 20) oraz przydatne sztuczki tak w mainie, jak i w sajdzie, dawały w efekcie dobrą talię. Czułem się z nią naprawdę pewnie, a to pierwszy krok do wygranej. Kliknąłem „Submit”, a chwilę później oglądałem paskudny komunikat „The game has been canceled”. Zaraz potem klienta wywaliło i przeniosło mnie na pulpit.

Komunikat o błędzie MTGO

Komunikat o błędzie

To była chwila paniki. Potem zaś była próba ponownego logowania. Udało się, ale czas mijał (czy może raczej, minął), a tu deck o dziwo nie zgłoszony. Ponowne składanie talii przerwało odpalenie się turnieju. Tu znowu moment stresu, bo moja talia ma 80 kart, ale ok – przegram tę pierwszą grę, potem złożę deck na drugą. Mam solidną talię, poradzę sobie… a gdzie tam. Błąd aplikacji. No to kolejna próba odpalenia gry. Wlazło! I wylazło. Tym razem znowu komunikat, że gra zcancelowana. Kolejny raz – to samo. Jedyna różnica to nieco inny komunikat.

Jak się okazało, sporo graczy miało tego dnia podobne problemy. Z jakiegoś powodu serwery Wizardów fiksowały. Tak czy siak, straciłem nie tylko wpisowe, ale i szansę na zagranie fajną talią. Mówi się trudno i… bynajmniej nie należy w takiej sytuacji załamywać rąk. Należy zgłosić się do Wizardów. Zapytany o tę kwestię ORC na chatcie od razu wysłał mnie na odpowiednią stronę i poinstruował, że należy wypełnić „reimbursement form„. Wypisałem szybko maila, streściłem problem, ba, nawet wstawiłem zrzut ekranu w załączniku i poszedłem oglądać mecz (akurat nasza reprezentacja wtapiała kolejne spotkanie w eliminacjach do MŚ w Brazylii).

W gruncie rzeczy nie wiem, czy taka staranność była konieczna. Biorąc pod uwagę liczbę głosów o błędach i pytań na chatcie, może odbiorca nawet się specjalnie nie wczytywał. Fakt faktem, ja się jednak trochę przejąłem (pierwszy raz w tej sprawie się zwracałem do pomocy). Odpowiedź przyszła chyba jeszcze zanim skończyła się pierwsza połowa. Oczywiście: pozytywna. W ciągu godziny wszystko było załatwione – po prostu błyskawicznie.

Może miałem szczęście. Może to standard dla Wizardów. Tak czy siak, byłem tym tak pozytywnie zaskoczony, że pisząc to osobiste podsumowanie, musiałem o tym kontakcie wspomnieć. Nie chodzi tu zresztą o wysokość refundacji – 1 tix, 1 New Player Point to nic. Liczy się tu jednak dla mnie sposób traktowania klienta. Teraz mam tę świadomość, że w niektórych przypadkach (jest w końcu reimbursement policy) mam szansę odzyskać – w gruncie rzeczy – niewykorzystaną kasę na wpisowe. Słyszałem też, że mechanizm ten bywa nadużywany i są gracze, którzy – jeśli im nie idzie – zrywają połączenie i kombinują, śląc potem prośby o refundację. Słyszałem też jednak, że za to są bany i że to nie jest tylko straszak, a faktycznie są osoby, które musiały pożegnać się z kontem. Sam nie zamierzam jednak nadużywać zaufania firmy, choćby ze względu na to, jak zostałem potraktowany. Tak się kupuje zadowolenie klienta.

 

Inne formaty

Wspominałem o tym, że zagrałem sealedy. W sumie zrobiłem to wyłącznie po to, aby spróbować czegoś innego niż tylko drafty. No i z zamiarem zrelacjonowania tegoż na blogu. Niestety, wiele do opowiedzenia tu nie ma. Zwyczajnie szczegóły zatarły mi się w pamięci, a do tego sealed online nie różni się aż tak bardzo od sealeda IRL. Ale tu znowu zadziałało szczęście początkującego.

Zacząłem od M14 4-booster sealeda. Zupełnie przez przypadek. Chciałem zagrać normalnie, z sześcioma boosterami. Jak widać umiejętność czytania przydaje się nie tylko przy ogarnianiu kart. Turniej się odpalił, ja oczywiście przeżyłem lekkie zaskoczenie, bo skąd te cztery paczki tylko. No ale ok – składam deck, jest Ajani, Caller of the Pride, jest Scavenging Ooze, jest Witchstalker – solidne karty w erkach, do tego w kolorach. Złożyłem więc – z pewnym trudem, ale i to się udało – całkiem sympatyczną czterdziestkę. No i tu kolejne zaskoczenie. W takim turnieju wystarczy deck 30-kartowy. To jednak spora różnica, bo łatwiej dobrać bombowe karty. I faktycznie, Kalonian Hydra ładnie się po mnie w jednym z pojedynków przejechała. Dwukrotnie zresztą. Na pewno była więc wtopa w jednej grze, ale jak poszły pozostałe – już nie pamiętam. Chyba jednak nie było tak źle i wyszedłem na zero.

Bosium Strip mtgDrugi sealed to był już normalny scheduled event. Tym razem nie podeszły aż tak dobre karty. Nie miałem jednak okazji jakoś szczególnie sprawdzić swojego buildu. Pierwszy przeciwnik z jakim miałem grać nawet się nie zameldował. Z drugim przegrałem (potem ten gracz skończył jakoś w Top 4-6 i miał mocniejszy ode mnie deck, więc porażka nie była aż tak gorzka). Trzeci oponent to była gładka wygrana, a czwarty powtórzył numer pierwszego. Dwa bye’e w czasie turniejów online za często się chyba nie zdarzają. I jak tu nie mówić o szczęściu początkującego?

Przy okazji wypada wspomnieć jeszcze o innych grach. Nie jest tak, że MTGO jest rajem wyłącznie dla prosów i prosowych wannabes. Casualowcy znajdą tu też coś dla siebie. Bardzo, ale to bardzo, spodobało mi się Standardowe Two-Headed Giant. Z Magica zawsze jest sporo funu, ale 2HG jest stworzone do zabawy. Tu zachodziło najwięcej interakcji – nie chodzi mi jednak nawet o samą grę, ile o kontakt z innymi graczami. Kwestia wygranej zeszła na drugi plan, choć wiadomo – rywalizacja była. Bliżej temu jednak było do EDH niż do zwykłego T2. No, może z jedną różnicą, bo wydaje mi się jednak, że talie kontrolne lepiej się tu sprawdzały. W innych formatach jest to chyba bardziej zróżnicowane, ale za mało gier zagrałem, by traktować to wrażenie wiążąco.

To oczywiście nie jedyna opcja – casualowo można odpalać pojedyncze gry praktycznie w każdym formacie constructed. Sam tak sporo czasu spędziłem bawiąc się bieda-pauperami czy próbując testować i ogrywać deck do T2. I o ile kwestia ogrywania się jest w ten sposób do zrealizowania, o tyle z realnym testingiem taka zabawa nie za wiele ma wspólnego. Często trafiałem na ludzi, których decki nie załapałyby się do jakiegokolwiek Tier, albo na eksperymentalne konstrukcje, co też przekładało się na samą grę. Zdarzały się też osoby, które wchodziły i od razu wychodziły po paru turach, ale to wyjątki lub sytuacje, gdzie przeciwnik ewidentnie nie miał najmniejszych szans na wygraną i wolał nie tracić czasu. W sumie miałem więc z tego trochę funu, ale nie różni się to aż tak bardzo od cockatrice’a.

Jeśli jednak chce się grać, trzeba wyłożyć kasę na deck. Pewnie są opcje, że z darmowych botów, czy od znajomych można uskładać talię. Ale albo trzeba mieć sporo znajomych, albo trzeba spędzić na boty sporo czasu, a nie zawsze da się z nimi trejdować. Do tego pozwalają na darmowy handel okresowo i nie zawierają topowych kart. Nawet coś działającego do casualowej zabawy nie tak łatwo dzięki nim stworzyć. Pewnie więc da się w ten sposób coś złożyć, ale dużo bardziej efektywne jest poświęcenie na ten cel jakiejś kwoty. Nie wspominając o sytuacji, gdy pożyczamy karty i akurat gdy chcielibyśmy zagrać, jesteśmy proszeni o zwrot.

 

Standard i słowo na koniec

Jak skończyły się NPP pobawiłem się też jeszcze trochę w standardzie GB Rockiem (lub jak kto woli Midrangem) w 2-manach. To faktycznie bardzo fajny deck, wymagający pewnych umiejętności i ogrania (gdyby ktoś chciał poczytać coś więcej na jego temat, a przegapił tekst Jara, to znajduje się on pod tym linkiem). Tu też zadziałało szczęście początkującego. Pierwsze parę gier wygrywałem bez większych problemów. Później już było gorzej. Jakoś nie mogłem przebić się przez kontrolne UWR, UB, itp. (mirror, RDW i inne rzeczy w większości przypadków na plus). Parę gier przegrałem na własne życzenie, a kilka przez… komputer. Później okazało się, że był problem z chłodzeniem, lapek się przegrzewał i trzeba było go zawieźć do serwisu. Ułamek meczy na minus był efektem lagów wywołanych wolnym działaniem sprzętu. Czas na mecz kończył się szybciej niż powinien. Lepiej więc bawić się na sprawnym kompie, co nie zmienia faktu, że większość przegranych to była moja wina. Nie ma jednak lepszego sposobu na ogranie niż gra z kompetytywnymi taliami.

Oczywiście Theros wiele zmienił, ale BG ocalało i jak Ober twierdzi (spis na dole tekstu), nadal jest grywalne i pozwala zwyciężać. Póki co jego deckiem bawiłem się tylko na cockatrice, choć na szczęście trafiałem na ogarniętych graczy. Za mało tego jednak było, by móc coś konkretniejszego powiedzieć poza tym, że utrata Tusków, Lilian i paru innych rzeczy faktycznie nie podcięła mu skrzydeł. Jest wciąż trochę opcji do potestowania i sprawdzenia (jak choćby liczba kart w decku, brak pewnych kart np. singlowego Polukranosa lub kwestia właściwego sideboardu), ale już teraz jest to solidna podstawa do zabawy.

Tak czy siak, standard wyczyścił mi konto do czysta. Gdybym miał podchodzić do MTGO na zasadzie: „będę grać, będę mieć kasę”, musiałbym w takiej sytuacji uznać zakup konta za wtopę. Na szczęście bardziej liczy się tu dla mnie fun i kontakt z formatem w tym właśnie środowisku. Do tego gra o stawkę i stres związany z rywalizacją doskonale mnie odpręża (Cockatrice jednak zapewnia mi mniej intensywne wrażenia) – potem łatwiej mi się skupić na jakiejkolwiek innej kreatywnej czynności. I o ile dobra książka, film czy komiks są jak furtki do nowych światów, powodujące napływ myśli i doświadczeń, o tyle gra w Magica pomaga mi potem sobie te furtki odpowiednio poustawiać i skoncentrować się na tej jednej w danej chwili najważniejszej. Problem tylko w tym, że łatwo można przesadzić i się wciągnąć. Magic uzależnia i wywołuje syndrom jeszcze jednego drafta, jeszcze jednego pojedynku. To oczywiście dotyczy nie tylko tej karcianki, ale i wielu innych gier. To jednak temat na zupełnie inny wpis.


Na koniec info dla tych, co jeszcze nigdy z MTGO nie mieli kontaktu. Gdyby ktoś chciał zobaczyć, ile co kosztuje, jakie są nagrody i jakie formaty są grane online, to tutaj może sobie to wszystko poprzeglądać. Niby wystarczy tylko kliknąć w kliencie, by przeniosło nas do odpowiedniej strony, ale trzeba już to konto mieć, a chodzi tu mi raczej o osoby, które mogą się zastanawiać i chcą się zorientować w turniejowych stawkach. Co się opłaca grać, to już odsyłam do wspomnianego na początku tekstu Alana.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze