Karciany szwedzki stół

Ostatnio robię trochę za dużo i niezbyt rozsądnie organizuję swój czas. W efekcie od tygodni mało śpię, męczę się z katarem i bólami głowy. Nadzieję przyniósł mi długi majowy tydzień. Pomyślałem – no to sobie wypocznę. Nic bardziej mylnego!

Przyznam jednak, że zaliczyłem świetny tydzień. Wszystko zaczęło się od turnieju magicowego w Novotelu, dzień później wyjechaliśmy z Rymii do Gdyni, następnie zaliczyłem przygodę z pokerem na promie do Szwecji, wróciliśmy koleją do Torunia, skąd trafiliśmy do Sanktuarium Zajezierskiego.

Prerelease w Novotelu

Po słabym występie na warszawskim WMCQ miałem sobie zrobić przerwę od Magica. Uległem jednak swoim słabościom i w ostatnią sobotę przed majówką udałem się na turniej prereleasowy nowego dodatku – Dragon’s Maze. Rozpisałem się już o nim w tym artykule, tak że postaram się nie powtarzać. Chciałbym jednak temat trochę rozwinąć.

Akurat bloga czyta czasem moja rodzina i znajomi niebędący w klimacie Magica, więc materiał czystomagicowy ukryłem w spoilerze:

Spoiler

Potwierdziło się przypuszczenie, że to będzie wolny format.

Po wielu zmianach skończyłem z takim deckiem:

Cztery kolory, bardzo mało wczesnych dropów i dość duży mana curve jak na mnie. Talia nie miała szansy z szybkimi naporami, co pokazał pojedynek z czystym Borosem, wstawiającym w pierwszej małego stwora, w drugiej aggro bataliona i w trzeciej Reckonera. Zaliczyłem z nim wtopę 0-2, acz zrobiłem ogromny błąd. Na ten mecz mogłem wsadzić dużo niebieskiego koloru i ścianek 0/5 za 2 mana. Po grze to zrobiłem, zagraliśmy for fun, wygrałem 2-0. Niesmak pozostał, ale z nim także trochę nauki. Jak zatrzymałem ten chory napór, to strata card advantage z lichych, tanich niebieskich stworów dawała czas do przejęcia inicjatywy i odbicia się na drogich, mocnych kartach. Zabrakło mi tu pokory, za bardzo wierzyłem, że na farcie przetrwam początek gry.

W ogóle mój deck ewoluował przez cały turniej. Zacząłem od trzykolorowej talii, która była fatalna, ale myślałem, że ograniczenie się do dwóch kolorów (w tym szybki, ale słabiutki niebieski) i splasha da mi fajną konsystencję. Tę bzdurę wybiłem sobie z głowy już w pierwszym meczu. Na szczęście okazało się, że mój przeciwnik zdropował przed grą, otworzył pewnie świecącego mythica, dostał mentalną erekcję i uciekł do domu celebrować najlepszy dzień życia. Tak czy inaczej bardzo mu za to dziękuję, bo miałem czas przetestować deck i go naprawić. Znalazłem kolegę, który również dostał baja w pierwszej i zagraliśmy kilka towarzyskich gier. Rozjechał mnie okrutnie, jakoś 1-5, może 2-6. Poświęciłem sporo czasu na przeróbki, wywaliłem większość niebieskiego, wsadziłem mocny, ale wolniejszy czerwony. Potem bawiłem się w dokładanie kart i na kolejne rundy grałem już czterema kolorami w różnej konfiguracji.

Miałem też zabawny mecz, zaraz po grze z Borosem, bodajże w 5 rundzie usiadłem do gry z Dominatorem. Warto zaznaczyć, że zrobiłem przed meczem sporo zmian w decku, coś tam dodałem, coś wyjąłem i usiadłem do gry. Wygrałem 2-1. Jedną przegrałem przez mocne screw, zaś w tych dwóch, które urwałem, dostawałem po 3 landy, potem kamyki i ogólnie nie narzekałem na manę. Potem syciły same dobre karty i mało landów. Po grze rozłożyłem deck i wszystko się wyjaśniło: zagrałem talią, gdzie było 41 kart, w tym tylko 14 landów! Na farcie dobierałem początkowo ziemie, a potem już szedł sam syt z decku. : )

Kolejna runda też była mocna – mój przeciwnik, Fafal, wtopił jakoś pechowo pierwszą grę, a w drugiej okazało się, że pomyłkowo wtasował sporo kart z sideboardu, których nawet nie mógł zagrać. Po dobraniu trzeciego crapa z rzędu po prostu poddał. Trochę słabo dla niego, głupio tak oddać mecz na turnieju, ale nie mam co narzekać. Jego deck z Teysą, odchudzony do normalnych rozmiarów, przejeżdżał po mnie bez trudu. W grach towarzyskich nie dał mi żadnych szans. Pozostało mi się cieszyć z jego nieszczęścia i grać o Top 8.

Podsumowując – format sealedowy jest wolny, deck na masie gate’ów i dropów zaczynających się od 3-4 many może sobie spokojnie radzić. Nie wiem jak będzie w draftach DGM – GTC – RTR, nie wiem jak będzie w sealedach 2 DGM – 2 GTC – 2 RTR, ale strzelam, że odrobinę szybciej. Oczywiście jakiś ultra Boros czy Rakdos z wieloma tanimi dropami robi tu furorę, ale trzeba wpierw dostać do niego karty i dobrze go złożyć.

Trochę inaczej wygląda DGM-GTC-RTR w draftach, tu już przekrój decków jest spory, od dwukolorowych hiper aggro Gruuli, Borosów, Rakdosów i Orzhov, poprzez trzy- i czterokolorowe składanki z tego, co się trafi, po 4-5 kolorowe rampy, wolne decki na combach i erkach, oparte na masie gate’ów. Opcji jest sporo, a sam format bardzo ciekawy, acz trudny. Tylko, że opis draftów z pełnego setu Ravniki nadaje się na osobny artykuł.

Warszawska StrefaMtg absolutnie rozpracowała system!

Patryk Pacewicz, właściciel sklepu i organizator turnieju, znalazł prześwietną miejscówkę. Graliśmy w Hotelu Novotel Airport, w fajnej sali, na dużych stołach, z klimą, jedzeniem, z błyszczącymi toaletami i do tego niedaleko centrum. Wpisowe było bardzo małe jak na te warunki i na nagrody też ciężko narzekać. Muszę przyznać, że zostałem miło zaskoczony. Jest to świetna alternatywa do sal gimnastycznych, zapyziałych małych klitek i pubów, gdzie obsługa krzywo patrzy na graczy. Mimo że cena była bardzo przystępna (75 zł), to dla takiej jakości mógłbym nawet przepłacać. Zresztą nie tylko ja dałem się skusić, bo pojawiło się w sumie 109 graczy, a w tym wielu oldschoolowych wyjadaczy. Poczułem się jak na turnieju sprzed kilku lat.

Gra szła sprawnie (nawet z przerwą na obiad), skończyliśmy dość szybko, jakoś po dwudziestej jechałem już do domu, z nagrodą za Top 8 w kieszeni. : )

pre w strefiemtg 2

pre w strefiemtg 1

Poker na morzu, czyli wesoły prom do Karlskrony

Cała przygoda zaczęła się od zaproszenia, które dostałem od Pokertour.pl. Znajomy magicowiec, a właściwie już pokerzysta, poprosił mnie o zrobienie relacji z turnieju rozgrywanego na promie do Karlskrony. Relację robiłem wraz z koleżanką, a możecie ją przeczytać tutaj.

Czemu w takiej mobilnej lokacji? Odpowiedź jest dość prosta: nasz ukochany rząd strzelił kilka lat temu ustawowego babola. W ramach przykrycia afery hazardowej w dwa dni napisali na kolanie ustawę antyhazardową. Nie tylko durną w założeniach, to jeszcze pełną dziur, wad i bezsensów. Niestety, rykoszetem dostał polski poker, gra na żywo przestała się opłacać. W klubach nie można, w domach nawet nie można (rly! grasz z kolegą o „zapałki”, to łamiesz prawo), a w kasynach się nie pyli, bo dorzucili drugi podatek sprowadzający każdą praktycznie grę do EV ujemnego. Ogólnie temat rzeka, o którym nie lubię mówić, bo mogę godzinami wylewać na to pomyje – nic nie wskóram, a do tego się jeszcze bardziej sfrustruję.

stena spiritPolacy są jednak sprytni i nie takie blokady obchodzili – zaczęli organizować wyjazdy do Czech albo grę na promie. No i właśnie na taki prom trafiłem. Dokładnie nazywał się Stena Spirit. Opis ze strony firmy zamieściłem w spoilerze poniżej:

Spoiler
„Wielki statek Stena Spirit oferuje nową jakość podróży morskiej. Ten pływający hotel jest jedną z największych jednostek pływających po Bałtyku. Nazwę promu wyłoniono w ogólnopolskim konkursie, na który nadesłano prawie 14 000 propozycji! Matką chrzestną statku została Anna Przybylska, znana aktorka pochodząca z Gdyni.

Odkryj Stena Spirit: szeroki wybór kabin, nowoczesne SPA, bogactwo smaków w restauracjach i mnóstwo rozrywki. Czekają Cię imprezy, muzyka na żywo, taniec do rana i relaks na wielkim pokładzie słonecznym. To będzie niezapomniana morska przygoda!”

Ogólnie pełen wypas, a do tego pokerzyści mieli zniżkę na swoją wycieczkę. Cały pakiet kosztował jakieś 1000 zł, z tego 600 szło na wpisowe do turnieju głównego, a 400 na rejs i jedzenie na pokładzie (zwykły rejs w dwie strony kosztuje drożej). W sumie coś jak wyjazd na zagraniczne Grand Prix w Magica. : )

happy happy happy poker busTurniej startował w niedzielę wieczorem, ale zabawa zaczęła się o wiele wcześniej. Część osób wyjechała do Gdyni już w czwartek, a tam imprezowali do oporu. My z Rymii skorzystaliśmy z pokerowego busa (jakościowo podobny do polskiego busa bez wi-fi), który zabierał graczy i krupierów spod Pałacu, w niedzielne południe. Godzinę od wyruszenia ekipa z tyłu pojazdu już śpiewała. Grin Zabawnie się złożyło, bo dokładnie w tym momencie doszły do nas słowa jakiejś modlitwy, potem kazania małej dziewczynki, że dzień święty należy spędzać z rodziną w domu albo w kościele. Okazało się, że w szczerym polu odbiera tylko jedna stacja. TA stacja.

Potem dosiedli się jeszcze gracze z Ostródy i okolic, zaczęły się gry w tajskiego pokera i zapanowała taka piknikowa atmosfera. Wróciliśmy do ludzkiego zakresu fal radiowych, w tle poleciał szlagier: „to był świat, w zupełnie starym stylu ♪ ♫ ♩”.

W drodze się zaczytałem w materiały ze szkoły, trochę przysnąłem i tylko gdzieś w odmętach świadomości zarejestrowałem urywki zdań:

„Dostajesz as król, gość dostaje asy i CIĘ ŁAMIE! Nic nie zrobisz…”, czyli takie pokerowe „grałem z typem”.

poczeklania w GdyniKoło 18 dojechaliśmy do portu, w dwugodzinnej przerwie pomogłem organizatorom nosić stoły i żetony, trochę pogadałem, przyjrzałem się też twarzom współpasażerów tego rejsu, niezwiązanych z naszym eventem. Rodziny z dziećmi wpatrzone z przerażeniem w dobrze już zrobione, rozsypane po terenie poczekalni, grupki pokerzystów. Obrazki nadawały się na jakieś mocne demotywatory na portale turystyczne. Jednak nie było się czego bać. Ci bardziej 'zmęczeni’ gracze zachowywali się co najwyżej głośno, ale byli bardzo przyjaźnie nastawieni, bezproblemowi, a już na statku cała nasza banda ulokowała się w samym kącie statku, w sali minikasyna pokładowego. Po wyruszeniu, ustawieniu stołów i odczytaniu litanii o zasadach zawodnicy usiedli do rozgrywek.

Po pierwszej nocy grania udało nam się złapać kilka godzin snu, zjeść całkiem syte śniadanie i z parą znajomych zejść na chwilę na ląd. Port Steny znajduje się na pustyni. Dookoła sępy obgryzają resztki kości, a po horyzont widać tylko kaktusy i kontenery. Tak poważnie to okolica jest pustynna, ale spod promu do miasta jeździ regularnie busik. Po pół godziny jazdy trafiliśmy do Karlskrony. Miłe i spokojne miasto portowe, pełne szwedzkich domków, lalusiowatych chłopców i brzydkich dziewczyn.

Wysiedliśmy w pobliżu rynku, od razu wyczułem, w powietrzu coś bardzo znajomego, coś tajemniczego, co mnie przyciągało! Nie do końca potrafiłem to opisać, ale każdy krok przybliżał mnie coraz bardziej. W głowie snuły mi się chore wizje, pot zstępował na czoło, napięcie sięgało zenitu… aż trafiliśmy do losowego marketu ze sklepem magicowym. xD

magiczna korona

MtG chyba potrafię z daleka wyczuć. Ten zapach otwieranych paczek, świeżych kart prosto z drukarni!

Za dużo w sklepie nie posiedziałem, bo mieliśmy mało czasu, ale były chyba jakieś miejsca do grania. Tak że nawet w małej Karlskronie da się znaleźć naszą karciankę. Smile Pochodziliśmy jeszcze w poszukiwaniu miejsc wartych sfotografowania-na-fejsa i dodania znacznika „Szwecja, +10 do lansu”. Ale za wiele nie znaleźliśmy: jakieś muzeum, pomnik, kościół, biblioteka. Kolega powiedział, że to piękne miasto, w którym można znaleźć sporo atrakcji, ale nie mieliśmy już okazji tego sprawdzić. Z ciekawostek warto wspomnieć, że Port Marynarki Wojennej w Karlskronie jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a miasto leży na trzydziestu trzech wyspach archipelagu Blekinge, na skalistym wybrzeżu Morza Bałtyckiego (nie żebym się tego w szkole dowiedział – Wikipedia twoim przyjacielem forever).

w tle król, ojciec załozyciel

Po powrocie na pokład pobawiłem się jeszcze w side evencie, ale po kilku godzinach grania odpadłem w okolicach 30 miejsca na 100 osób, do kasy niestety trochę zabrakło. Grałem zbyt pasywnie i tutaj niestety przypomniało o sobie zmęczenie. Kolejny raz potwierdziłem sobie, że pisanie relacji i granie na tym samym evencie nie idą ze sobą w parze. Duży bonus tego turnieju to towarzystwo przy stole, długo rozmawiałem z lekko zawianym kolegą, prawie co rozdanie się z czegoś śmialiśmy. Po przeciwnej stronie siedział gracz non stop komentujący coś w żartobliwy sposób. Jak tylko słyszeliśmy nicki graczy, którzy mogą przystąpić do gry (mieliśmy określony cap, zgłosiło się wielu chętnych, więc kiedy odpadała jedna osoba, to inna z listy mogła dołączyć), to cały stół wybuchał śmiechem. Dobrze, że nie słyszeli naszych magicowych nicków, bo w porównaniu z nimi mamy niezła menażerię.

Ja poleciałem po rozdaniu bez historii, all-inowałem się na ratunek, ratunek nie przyszedł. Świat nie zapłakał, a bitwa trwała dalej.

Po ciężkich bojach, w poniedziałek nad ranem zakończyły się oba eventy. Nie będę się powtarzał z relacjonowaniem turnieju, bo to nie ma sensu. Warto tylko wspomnieć, że była tam świetna zabawa, zaś zwycięzca zgarnął ponad 27 tys. złotych. Po drodze poszedł czteroosobowy split kasą, ale pozostała trójka dostała trochę mniejszą wypłatę.

Warto jeszcze wspomnieć o 'pozapokerowych’ zjawiskach, jakie mieliśmy okazję przeżyć – cudowne widoki na morze. Jeden z nich mnie po prostu zahipnotyzował. Klika minut stałem jak wryty i gapiłem się na księżyc w pełni, który odbijał się na całej długości morza, od statku aż po horyzont. W życiu tak ładnego morza nie widziałem. Równie zniewalające były barwy nieba zaraz przed wschodem słońca. No zrobiłem się romantykiem na starość, ale naprawdę takich obrazów do końca życia nie zapomnę. Niestety, z moim aparatem nie było szansy na wartościowe zdjęcie.

Wracając do tematu, zastanawiam się, czy nie pojechać na kolejny Tour, tym razem jako zawodnik. Następna taka zabawa odbędzie się w Bratysławie, a tu możecie poczytać szczegóły: https://www.uvspoker.com/pokertour-bratislava. Satelity wydają się banalnie proste. Nie czuję się jakimś wybitnym graczem w pokera, ale pogram je chyba dla samego pakietu wycieczkowego. Grin

Muszę przyznać, że bardzo lubię turystykę karcianą, tak magicową, jak i pokerową. Z tym że poker ma trochę inną skalę. W Magica średnia wieku jest niższa, tak samo jak średnia zasobność portfela. Z jednej strony mam grę w smoki i czary, w tle biegają młodzieńcy przebrani za kloszarda Jace’a, wstawiamy swoje zmutowane żaby, kraborekiny, armie zombie – fantastyka pełną gębą. Z drugiej strony ciut bogatsi chłopcy, dopaleni zupełnie inną maną, nastawieni na duży zysk poprzez ciężką pracę albo cieszący się rozkoszami hazardu. W Magicu rozmowa o zwiększeniu wpisowego z 70 do 80 zł potrafi wywołać dyskusję na kilka stron forum internetowego, a w pokerze gracze zastanawiają się, czy zagrać turniej za 600, 1000, czy może 1500 zł.

Mała dygresja: poker ma tę piękną zaletę, że zasady łapie się w pięć minut; oczywiście dobra gra wymaga bardzo regularnego grania, uczenia się, wertowania statystyk, znowu uczenia się, czytania książek pokerowych i w ogóle ciągłego szkolenia. Dobry pokerzysta traktuje tę grę jako pracę, spędza nad nią po kilka godzin dziennie, co oczywiście całkiem nieźle się zwraca. Materiały szkoleniowe nie sa jakąś drogą czy tajemną wiedzą, bardzo łatwo wygooglować zasady, fora, książki z poradami gry. Chyba w googlebooks albo gdzieś w torrentach można znaleźć wszystkie dzieła Harringtona, od których polecam zacząć, ale nie będę tutaj robił tutoriala – to jest jednak strona o innych kartach. ;] Powiem tylko krótko – da się wkręcić w pokera i wygrywać, udowodniło to wielu graczy magicowych, m.in. Góral, który zaliczał często Top 8 Mistrzostw Polski, czy równie mocny Arendt, Neg, Eld, Kot, Wołowiec i wielu innych. Do światowej elity pokerzystów, którzy przeszli z Magica albo grają z sukcesami w obie gry, zaliczają się: David Williams, bracia Zink, Jon Finkel, Gabriel Nassif, Dario Minieri i wielu innych.

Jeszcze na koniec taka druga, mała dygresja: w obu grach jest deficyt kobiet, ale przyznam, że w pokera jest ich więcej przy zielonych stolikach i na pewno więcej przyjeżdża kibicować.

side event do Karlskrona

gralnia promowa

kobiety w pokerze2

PKP z piekła

Z Gdyni wracaliśmy koleją do Torunia, skąd mieliśmy dogodną przesiadkę do Zajezierza. W sumie oba pociągi dzieliła różnica godziny, tyle aby kupić kolejny bilet, skoczyć do kiosku po jakąś wodę i rozprostować nogi. Brzmi pięknie, ale w Polsce nie wszystko jest takie proste. Mało, że pociąg się spóźnił ponad godzinę, to jeszcze trafiliśmy zestaw uciążliwych pasażerów, rodem wyrwanych z Dnia Świra. Wpierw jakaś parka starszych ludzi. Rzucali sobie docinki o złych mężach i żonach, strzelali przaśne dowcipy poziomem pasujące do komedii z Polsatu, do tego wystrzeliwali o sobie intymne historie z szybkością karabinu maszynowego. Wiedziałem już, że Bożena ma chore biodro i musi trzymać jedną nogę wysoko, najlepiej na przeciwnym siedzeniu, za to Janusz w polityce woli PiS, a w życiu prywatnym chadza na dancingi. Pasowali idealnie do wiejskiego wesela, na jakie jechali.

„Leci bocian i krzyczy, mam orgazm, mam orgazm! – Znacie to? Nie? To nie wiecie co tracicie!”

ha ha ha.

No ubaw był przedni, ale byłem zmasakrowany po robieniu relacji, a deficyt snu dawał się we znaki. To byłaby świetna ucieczka, gdyby tylko Bożena nie uparła się, że okno musi być zamknięte. To combo w połączeniu z tradycyjnie już zepsutą klimatyzacją polskich pociągów wytworzyło trzydziestostopniową dżunglę w naszym przedziale. Zarządziłem ewakuację.

Po szybkiej wycieczce wzdłuż wagonów trafiłem na przedział z dwiema zaczytanymi kobietami, gdzie zostaliśmy już do końca. No, wreszcie będzie chwila na spokojny sen… Kilka minut później w przedziale obok ulokowała się matka z dwójką dzieci, które posiadały nadzwyczaj rozwinięte ADHD, a wszystkie swoje emocje sygnalizowały krzykiem. Kwadrans wystarczył, aby cały pociąg, łącznie z naszym przedziałem, zapchał się ludźmi. Nie było ucieczki.

Dotrwaliśmy do Toronto, skoro pociąg nam uciekł, to miałem czas napisać skargę na kolej. Wiadomo, że to nic nie da, ale zawsze można ich w nogę uszczypnąć. Nawet dostałem na nie potem odpowiedź, coś tam, coś tam, bla bla bla, przepraszamy, ale nie oddamy kasy za bilet. Nie chciałem żadnej jałmużny, zwróciłem im uwagę, że rozkład jazdy nie ma sensu, skoro i tak się spóźniają, skoro są budowy na trasie. Kiedyś słyszałem ploteczkę, że w Japonii zrobiono podsumowanie roczne, na którym zsumowano wszystkie spóźnienia pociągów w kraju i wyszło z tego 15 minut – dla porównania w Polsce w tamtym roku sumarycznie pociągi spóźniły się 5 lat. Nie wiem, na ile to jest prawdą, ale z doświadczenia widzę, że to bardzo prawdopodobna statystyka.

to tam, za rogiem

Na końcu podróży trafiliśmy do Sanktuarium Zajezierskiego. Nazwę piszę wielką literą, bo jest to dla mnie miejsce święte. Zajezierze to mała wioska pod Toruniem, bardzo spokojna i oddalona od świata. Tam przez kilka dni znalazłem upragniony spokój i mogłem zregenerować siły. Wydaje mi się, że spałem po 16h dziennie. Zresztą po wejściu do domu w pięć minut trafiłem na łóżko, zasnąłem w ubraniu w pozycji, w jakiej upadłem.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze