Odkąd zacząłem grać w ten wiecznie „umierający” format, nieustannie zadziwia mnie jego zdolność do przeżywania kolejnych kataklizmów zmyślnie (lub bezmyślnie) sprowadzanych nań przez WotC. W wąskim ujęciu panuje w nim największa stagnacja od czasów dominacji Oko i Astrolaby, a jednak metagame wciąż ewoluuje, płynąc drobnymi zmianami wewnątrz ustabilizowanych archetypów, by niekiedy zabulgotać czymś zupełnie nowym, pozwalającym konkurować z hegemonem formatu.
Miłościwie nam panujący robią, co mogą, by wymazać Legacy z mapy competitive play, sabotując je dodatkowo serią żenujących ogłoszeń B&R, lecz oddolne inicjatywy fanowskie na poziomie krajowym i międzynarodowym oferują turnieje o wysokiej jakości, skutecznie wypełniające luki po sankcjonowanych rozgrywkach.
Jeśli o Legacy wiesz tylko, że umarło pięć albo dziesięć lat temu, możliwie zwięźle wytłumaczę, dlaczego sens grania w ten format sprowadza się dziś wyłącznie do obracania najlepszego decku. Jeśli jednak wiesz o nim więcej, zastanawiając się, czym zagrać na przyszłotygodniowym BBB tudzież listopadowym Eternal Weekend, z radością wyjaśnię, dlaczego to nieprawda.
The UBest deck
Kolejne bany Griefa, PsychoŻaby i Trolla z Khazad-Dum nie zmieniły wiele w sytuacji, w której najlepsze combo jest zarazem najlepszym aggro i najlepszą kontrolą. Oczywiście, w każdej składowej poprzedniego zdania zawiera się nieco umyślnej przesady. UB Reanimator nie skręca się w pierwszej turze (co robią najszybsze comba w formacie), efektywnie nie może zabić przed t4 po reanimacji w t2. Mainowy wymiar jego aggro strategii sprowadza się do bicia Murktide Regentem wynurzającym się z odpadków powstrzymanego combo planu, z okazjonalnym dodatkiem Orcish Bowmasters, zaś z klasyczną kontrolą ma wspólnego tyle, że jak każdy niebieski deck gra darmowe kontry.
Mimo to bez najmniejszych trudności przełącza się między każdą z tych płaszczyzn rozgrywki, usuwając grave-hate wszechstronnym Brazem Borrowerem, ignorując go transformacją w beatdown lub midrange za sprawą sideboardowych Barrowgoyfów i mainowych Tamiyo oraz uzupełniając kontry discardem i removalem. Wszystko to skleja niezawodny pakiet najlepszych cantripów i tutorów, pozwalających w dowolnej chwili wygrać złożony, interaktywny matchup niespodziewanym, niemal przypadkowym wywróceniem stołu przez Atraxę lub Archona.
Właśnie ten brak istotnego kosztu w nawigowaniu między planami, odpowiedziami i przeciwnymi archetypami zapewnia UB Reanimatorowi 15-20% udziału w mecie i regularną obecność w topach wszystkich turniejów online lub offline. Zestawmy to z kolejnym 5% UB tempo, będącym dokładnie tym aggro, w które po sajdzie zmienia się Reanimator, tylko bardziej, stabilniej i bez opcji na nagły win z grobu, a zobaczymy, że co czwarta talia spotkana w dowolnym turnieju będzie jakąś iteracją UB shella. Ten stan utrzyma się przynajmniej do kolejnego B&R, genialnie zapowiedzianego pomiędzy rozgrywanymi na trzech kontynentach Eternal Weekendami, dlatego chcąc zagrać w Legacy na dowolnym turnieju i zrobić więcej, niż 0-3 drop, nie macie pewniejszego wyboru, niż ten najlepszy.
Owszem, wszyscy przeciwnicy będą na to gotowi… i niewiele z tego wyniknie. UB nie jest najprostszym, ale też nie najtrudniejszym w obsłudze mechanizmem wygrywania, więc różnice w doświadczeniu z talią oraz jakości mikrodecyzji nabiorą znaczenia dopiero w późniejszych rundach, granych przeciw najstarszym dziadom.
Format poza kontrolą
Jeśli na knykciach obu rąk masz wytatuowane „Skontruję” i „Pomyślę”, a twardy robisz się dopiero na myśl o dziubaniu przeciwnika typem x/1 przez 10 tur, to szykuj się na rozczarowanie. To prawda, że Tamiyo, Bowmaster czy Borrower są kluczowymi elementami najlepszych talii, ale nie przekłada się to na ich dobre funkcjonowanie ze Swords to Plowshares, Up the Beanstalk, Uro lub innymi składowymi UWx shella. Talie kontrolne w klasycznym rozumieniu – nieprzerwanego potoku odpowiedzi zalewającego kolejne zagrożenia aż do utopienia przeciwnika powolną, bolesną śmiercią nieuniknionego win-conu wypływającego nieuchronnie po określonym punkcie gry – nie istnieją w Legacy powyżej tier 3.
Jeśli pamiętasz format z momentu, w którym wystarczyło podrzucać FoWy i FoNy pod Fasolki, by po dwudziestu minutach przyjąć poddanie się pozbawionego sensu gry i życia przeciwnika na widok Twojego Planeswalkera lub win-conu w dwóch sztukach, nie odgrzebuj swojej ulubionej talii na najbliższy turniej. Usmarkasz się i napocisz nad dostosowywaniem planu do innych pet-decków tier 4, a te tier 1 i tak przepchną Cię prędzej, niż Ty je, bo ich inevitability nie wynika już z kolejnych land-dropów czy nabudowanego card advantage, lecz z chorej, niezbalansowanej siły każdego kolejnego zagrożenia.
Nade wszystko jednak talie kontrolne nie posiadają najważniejszego elementu, który decyduje o kształcie
formatu i szansach na turniejowy sukces.
I-win-button
Żeby wygrywać, trzeba wygrywać, a nie grać do odblokowania achievementu za grind. Nie są to słowa Paolo Coelho, a smutna konstatacja dziada, który przez lata mordował ludzi prison deckiem z 36 lądów i powtarzalnym paleniem za 2. To także kolejny powód długotrwałej recesji kontroli na rzecz mieszanek combo i tempo decków – zagrożenia są dużo silniejsze i dużo elastyczniejsze w deckbuildingu od najlepszych odpowiedzi. W znakomitej większości talie tier 1 i 2 posiadają guzik wygrywania, wokół którego obudowano ich pozostałe plany. Wymiary tej „comboizacji” są dwa: najbardziej klasyczny (t1 win Oops, all Spells / Emrakul wypluty z Show&Tell i Omniscience / Tendrills of Agony x10), deterministycznie kończący grę oraz drugi, efektywnie zmieniający dalszy udział przeciwnika w grze w bezsensowną agonię (ultimate Tamiyo / 70 many w MysticForge / Blood Moon t1 we wrażliwym matchupie / 20 kart na turę z Nadu dyndającego nad Nomad en-Kor).
Oczywiście wśród 10 najpopularniejszych talii są takie, jak UR lub UB tempo, przyspawane do klasycznego przekręcania stworów kilka razy w prawo, z obstawą tanich kontr i removalu, trzymające się swej pierwotnej, „uczciwej” postaci, ale wśród wszystkich zużytych heurystyk opisujących Legacy podział na fair i unfair zestarzał się chyba najgorzej. Drugie najpopularniejsze obecnie w formacie MonoRed Prison nie grozi dwukartową skrętką, lecz w każdej turze wypluwa z siebie One Ring, Blood Moon, Chalice, Pyrogoyf i co tam jeszcze zmieści się w talii w charakterze pytania o sens dalszego grania. Jako teoretyczny fair deck robi to zawsze w stylu combo, konwertując po 3-4 karty w pierwszej turze w zagrożenie, które efektywnie kończy grę od razu, jeśli również od razu nie spotka się z właściwą odpowiedzią. Jednocześnie MonoR zachowuje zdolność dalszego dręczenia oponenta w wolniejszym, topdeckowym tempie, bo każdy powerhouse zagrany po pierwszym grozi wysadzeniem gry w powietrze samym value nabudowanym między untapami.
Talie bardziej jednowymiarowe, jak Show&Tell, Storm, TurboDepths lub klasyczny RBx Reanimator spadły mocno w rankingu mocy, a przecież każda z nich oferuje potężne win-cony i sprawdzone konstrukcje. W ich wypadku problemem decydującym o wyniku dłuższego turnieju może być albo parytet najlepszych kart i kolorów (UB), albo niezdolność do dostatecznie szybkiego lub elastycznego omijania hejtu na ich jedyny, powtarzalny plan.
Modernizacja Legacy
Oprócz pojedynczych, międzyformatowych straszydeł, obrzydzających życie wszystkim od bana do bana, co jakiś czas zdarza się, że całe archetypy przenikają oba Eternale. Wygnana z Moderna projektowa abominacja – Nadu, Winged Wisdom – rozłożyła skrzydła na trzy różne strategie, od ugruntowanego w formacie combo Cephallid Breakfast, przez maksymalizujące value kontrolne midrange, po niegdyś wszechobecny shell elfów i innych mikrusów wypchniętych z formatu przez Orcish Bowmasters. Kolejne iteracje Nadu okazały się szczególnie mocne w starciu z UB Reanimacją na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy, zarówno w kraju, jak i na świecie, od turniejów amerykańskich, przez europejskie, krajowe (w tym polskie), po finały European Legacy Masters.
W wypadku rozgrywanego w przyszły weekend w Warszawie BBB Challenge #2 Nadu może nie dolecieć aż tak wysoko, zważywszy na decyzję organizatorów o zbanowaniu przed turniejem jego najlepszego pilota – Adama Gerwatowskiego – który w top 4 wspomnianych mistrzostw Europy przegrał z finalnym triumfatorem (również grającym Nadu). Być może znajdą się inni entuzjaści tego archetypu, gotowi wypełnić lukę po tym nieprzystojnym, personalnym konflikcie w rodzimym community, albowiem każda z odmian tego shella prezentuje siłę bliską tej, przez którą zabrakło dla niej miejsca w Modernie.
Kolejną talią przechodzącą między formatami jest białe, energetyczne aggro, w którym mnożące się koty, Guide of Souls i Voice of Victory wspierane są przez lepszy niż w Modernie manabase i removal. Wyjąwszy te różnice, gameplay jest wystarczająco podobny do tego z pierwotnego formatu, by wszelcy jego entuzjaści mogli spokojnie i wprawnie spróbować uzupełnić znane im spisy o brakujące staple (chociażby w formie proxów – BBB Challenge dopuszcza pewną ich ilość i chwała im za to), a następnie spuścić łomot fascynatom Dziedzictwa relatywnie nowym archetypem, z którym wielu specjalistów od topowych matchupów może nie mieć dostatecznie wielu doświadczeń.
Eldrazi to kolejny shell zasilony przez ostatnie Modern Horizons. Pomimo zbanowania Sowing Mycospawna, potwory spaghetti potrafią szybko zezłomować każdego przeciwnika zbrojnego w kontrolne duperele, podpierając wielkie finishery jeszcze szybszą maną niż w „słabszym” formacie, zyskując na eksplozywności, a nie tracąc nic z prostoty dogłębnego wcisku w każdym zagraniu.
Online to nie offline
Tym kolejnym, oszałamiająco błyskotliwym stwierdzeniem, przechodzę do finalnej części moich ostrzeżeń i rekomendacji dla potencjalnych graczy, odkrywców oraz nekrofilów formatu. Specyfika MtGO, jego codziennych lig, punktów i challenge’y powoduje, że czerpiąc wiedzę o stanie Legacy wyłącznie z MtG Goldfish i na jej podstawie przewidując, z czym przyjdzie nam grać w papierowym turnieju, możemy dostać gołą dupą w twarz. Bezmyślna efektywność i prostota gry Oops, all Spells (nie ujmując w niczym jego genialnemu community, doprowadzającemu deck do bieżącego, morderczego kształtu) zestawiona z dominacją UB Reanimatora powoduje statystyczną nadreprezentację mainowego grave hate’u oraz konstrukcji usiłujących ścigać się z tymi dwoma straszydłami na gołe tempo wygrywania. Omawiane wcześniej Nadu decki były zaskoczeniem na tak wielu prestiżowych, papierowych turniejach dla 100+ graczy również dlatego, iż przeklikiwanie kolejnych triggerów „wielkiego ptaka” morduje graczy tamtejszym zegarem, a farmienie nim lig nie ma żadnego sensu w zestawieniu z czterdziestominutowymi 5-0 od All Spells, wymagającym jedynie policzenia do trzech.
Choć praktycznie wszystkie poważne, fanowskie turnieje (oficjalnych nie ma nawet niepoważnych, wyjąwszy Eternal Weekend) dopuszczają proxy w całości lub części, zawsze musicie być gotowi na czyjeś ukochane Death&Taxes z 2018 roku, Gobliny tudzież domowe konstrukcje. Wprawnego pilota Merfolków nie będzie obchodzić, na którym tierze umieszczasz jego deck i dlaczego nie miał prawa rozjechać Cię 2-0. Chcąc mieć pewność (a przynajmniej największą możliwą szansę) uniknięcia takich niespodzianek, graj najlepszym deckiem i miej na koniec pretensje wyłącznie do siebie, że nie ograłeś go dość dobrze, by pokonać połowę sali operującą tym samym. Przychodząc na turniej w poszukiwaniu nowych doświadczeń, starych znajomych lub po prostu dobrej, acz niekoniecznie biernie homoseksualnej zabawy, wybierz talię sprawdzoną, zdolną wygrywać relatywnie szybko i prosto, optymalnie mającą dla Ciebie atut doświadczeń z poprzednich lat lub formatów. UB Reanimator jest absolutnym hegemonem Legacy i pozostanie nim przynajmniej do końca roku. Mimo to dowolny z pierwszych 10-20 decków, jakie możecie znaleźć przy pobieżnym przejrzeniu Goldfisha, oferuje naprawdę mocne, wciąż rozwijające się strategie, z których żadna nie będzie żenującym wyborem turniejowym.
Wiktor Werner – reanimator polskiego Legacy, twórca licznych turniejów, autor przydługich tekstów i laureat przypadkowych Top8 w wiecznie „umierającym” formacie.





