Po powrocie do grania w MTG na żywo dwa lata temu postanowiłem podejść poważniej do walczenia o wyjazdy na zagraniczne turnieje. Powoli wsiąkałem w kolejne formaty i starałem się jeździć na turnieje kwalifikacyjne (RCQ) w pobliskich miastach z bardzo różnym skutkiem.
Ostatni taki turniej, na jakim grałem, był na Paprykarzu, gdzie udało mi się dość niespodziewanie wygrać kwalifikacje na marcowe Regional Championship w Turynie.
Kwalifikację na RC miałem już od jakiegoś czasu. Wiedziałem, że chcę się tam pojawić, mimo że byłem pewny, że nie będę miał kiedy poważnie się przygotować. Nie jechałem tam z wielkimi oczekiwaniami poza zrobieniem przyzwoitego ataku na dzień drugi, ale też nie należę do osób używających wyjaśnienia, że „liczy się dobra zabawa”. Mógłbym się bawić lepiej, poświęcając ten czas na coś ciekawszego niż obracanie kartonów.
Wypadało więc wykorzystać ten ograniczony czas, jaki miałem na to, żeby nie wyszło żenująco. W przeciwieństwie do strategii polegającej na „zagraniu w opór gier i potem jakoś pójdzie”, w tym wypadku chodziło o to, żeby z każdej poświęconej godziny wynieść jak najwięcej. Wydaje się proste. Cała poniższa refleksja skupia się na tym, że plany to plany, a rzeczywistość — rzeczywistością.
Na RC zrobiłem 2–3 drop i zwiedzanie. Zagrałem pięć meczów, wygrałem 7 gier, przegrałem 7 gier, więc idealnie 50/50.
Najważniejszą lekcją z wyjazdu jest nie sam przebieg meczów, ale to, w jaki sposób musiałem podejść do przygotowań, na które miałem bardzo mało czasu. Z tej refleksji nad tym, co można było zrobić lepiej każdy może wyciągnąć coś dla siebie, ja na pewno skorzystam z własnych doświadczeń. Po samym turnieju uważam, że da się zrobić porządny wynik bez totalnego spinania się przy przygotowaniach, ale trzeba podejść do tego z rozsądkiem. Nawet jak raz nie wyjdzie, to dalej zostają kolejne RC, kolejne Spotlighty. Czas, który się wkłada w naukę, może nie procentować od razu, ale dobre zwyczaje zostają i można na nich budować przyszłe przygotowania.
Jak wybierałem deck na turniej
Moim celem było znalezienie decku, który będzie miał jasny plan na grę, odpowiednio proste sekwencje i dostatecznie dobry plan na daną metę. Po zawirowaniach w poprzednim sezonie w formacie nie znalazłem nic, czym grałbym regularnie, więc ten krok chciałem przeprowadzić szybko i sprawnie. Upatrzyłem sobie potencjalnego „kandydata”, nad którym spędziłem trochę czasu. Był to Jeskai control. Kontrola jest klasyczną pułapką, jeśli chodzi o długie turnieje. Granie pełnych rund, ryzyko remisów, narastające zmęczenie w ciągu dnia – to ostatecznie zaważyło na odrzuceniu talii.
Maksymalnie ograniczone niuanse związane z sajdowaniem to też ogromny plus w sytuacjach, gdzie z każdą godziną każda kolejna decyzja robi się coraz trudniejsza.
Uważam, że udało mi się wybrać dobrze i byłem zadowolony, że zabrałem ze sobą Izzet Spellementale. Talia jest prosta, ma dużo dość oczywistych linii, plan na gry nie wymaga przewidywania kilku tur do przodu. Dzięki temu, że nie ma za dużo możliwości, żeby coś popsuć, talia prowadzi się prawie sama, a wiele sytuacji wyjaśnia się bardzo szybko, bo jak już odpali swoje kombo, to zamyka grę w dwie tury. Do tego skusiło mnie to, że sajdowanie polega zazwyczaj na dodawaniu remowalu przeciwko aggro i dokładaniu kontr przeciwko non-aggro.
Nowy dodatek (wtedy Żółwie) nic nie wnosił do tej konstrukcji ani nie stworzył nowego, niebezpiecznego archetypu, którego trzeba by się bać. Co więcej, ubyło złych matchupów w postaci 4C Elementali i Reanimatorów a doszedł UR Prowess, któremu nie gra się zbyt dobrze vs Spelementale. Wystarczyło tylko ograć najpopularniejsze na tamten moment matchupy i liczyć na dobre pairingi.
Dla informacji dodam, że RC mają otwarte decklisty – jednemu to pasuje, innemu mniej. Moje podejście jest takie, żeby bez względu na oponenta grać swoje. Tutaj znowu mój wybór sprawdzał się znakomicie – plan jest jak w kombo decku – to przeciwnik ma się martwić, co zrobić. W mojej liście było też sporo kart 1-offów, bo z jednej strony sam nie do końca umiałem się zdecydować na konkretne karty, z drugiej, za poradą jednego ze znanych graczy, takie pojedyncze karty przy otwartych listach sprawiają, że przeciwnik o nich myśli, jakby zawsze były na ręce.
Granie Online, granie offline magicowy talent, czy pójście na żywioł?
Przygotowania w obecnych czasach skupiają się przede wszystkim na graniu online. To akurat się nie zmieniło od bardzo dawna. Ten, kto gra w Mtg już długo, miał na jakimś etapie swojego życia styczność z Magic: The Gathering Online (Mtgo). Istniały darmowe platformy do grania ze znajomymi, ale nic nigdy nie przebijało poziomem platformy, gdzie turnieje były mimo wszystko o stawkę.
Dzisiaj graczy online z Mtgo na pewno liczebnością wyprzedzają ci, którzy spędzają godziny na Arenie, pnąc się po rankingu, dobijając do mitycznych cyferek. Nie widzę obecnie powodu do tego, żeby traktować Arenę z mniejszą powagą niż inne platformy, mimo iż nie uchodziła ona dość długo za “Competitive”.
Znajdą się pewnie i tacy, co grają regularnie IRL na turniejach w swojej bliższej i dalszej okolicy, ogrywając ulubione archetypy. To też jest sposób na oswojenie się z Magiciem. Każda z metod ma swoje zalety i ograniczenia.
Granie online jest najprostszym i najszybszym sposobem na ćwiczenie poprawnej gry własnym deckiem, opatrzenie się na to, jak wyglądają podstawowe interakcje i zbudowanie wyczucia tego, co się powinno robić.
Granie na żywo pomaga w poprawie dyscypliny, jeśli chodzi o pilnowanie triggerów i interakcji, które robi za nas platforma. Poziom skomplikowania gry urósł do takiego poziomu, że nie wyobrażam sobie teraz zignorowania ćwiczeń na żywo, żeby widzieć, jak działają poszczególne interakcje, ale też żeby umieć je wszystkie śledzić. Poza tym pomaga to nie tylko uniknąć swoich błędów, ale też zauważać, gdy przeciwnik robi coś niepoprawnie.
Z perspektywy własnych doświadczeń jestem pewny, że odpowiedni miks grania online i offline daje największe szanse na sukces. Cała trudność polega na tym, żeby znaleźć te odpowiednie proporcje, które dla każdej sytuacji będą inne.
Zgranie jednego z drugim nie jest banalne, bo o ile zalogowanie się na Arenę jest proste, to znalezienie możliwości grania na żywo na odpowiednim poziomie to już większe wyzwanie.
Podsumowując, gracze mają obecnie ogromny wachlarz narzędzi i możliwości do grania, z których korzystają. Dzisiaj nie można zakładać, że jadąc na międzynarodowy turniej, spotka się kogoś, kto będzie zupełnie pogubiony i absolutnie nieprzygotowany. Można mieć lepszy albo gorszy dzień, ale na sto procent po drugiej stronie siedzi ktoś, kto dobrze ogarnia, nawet gdy tak nie wygląda. Jazda na żywioł z deckiem pożyczonym na dzień przed turniejem to nie jest coś, na co można sobie dzisiaj pozwolić.
W takim razie mój wybór jest oczywisty – Arena
Na ten event oczywistym wyborem była Magic Arena. Nie gram zbyt dużo, ale zapasów wildcards na złożenie decku wystarczyło. Sama platforma nie jest dla mnie nowa, więc grając, nie czuję się nieswojo. Płynność, z jaką odbywają się mecze, jest fantastyczna, a wersja mobilna pozwala grać w bardzo nietypowych sytuacjach. Przy ograniczonym czasie da się zagrać bardzo dużo gier, co jest doskonałym startem. Nie obyło się jednak bez pułapek.
Pierwszą z nich okazało się to, że traktowanie rankingowych meczów, jako przygotowania do turnieju to żadne przygotowanie. Jedyne, co w ten sposób da się osiągnąć, to wyczucie własnego decku, ogarnięcie podstawowych sekwencji, smutek i depresja.
Ladder wydaje się ok, ale jest duża różnica między tym, jakie decki spotyka się na poszczególnych poziomach. Jeśli się nie gra regularnie i trzeba wydobywać się z niskiej rangi, to jest loteria decków z puli, która wygląda na zmyśloną. Granie turniejów bo3 to podobne doświadczenie – dużo dziwnych konstrukcji, trochę poważnych decków, sporo wydanego golda, mało radości.
Pozytywnym doświadczeniem z Areny było granie turniejów bo1 na etapie, w którym jeszcze nie do końca wiedziałem, co chcę zabrać na RC. Mogłem zagrać sporo gier, żeby sprawdzić kilka konstrukcji, przy okazji otworzyć trochę paczek, żeby mieć więcej wildcards, które paliłem na kolejne warianty talii. Dzięki temu etapowi bardzo szybko trafiłem na deck, z którym zostałem dalej.
Ogólne doświadczenia, jakie mam z Areną, są na plus. Dla mnie absolutnie kluczowe było to, w czym software jest dobry, czyli szybkie i sprawne wrzucanie meczów Po czasie jednak doszedłem do przekonania, że po pozytywnym początku, przepaliłem bardzo dużo cennego czasu na trenowanie tego, co nie miało już znaczenia. Zamiast przejść do etapu pracy nad kluczowymi matchupami, dalej grałem wygodne turnieje o nic.
Jeśli chodzi o moje doświadczenia IRL, to na tym etapie czuję się na tyle pewny, że nie trzeba mi specjalnie dużo grania, żebym wiedział, co robię. Od czasu do czasu pojawiam się na fnmach w lokalnym sklepie, mam za sobą już kilkanaście miesięcy regularnego grania, odkąd wróciłem do Magica. Do tego po 25 latach grania pamięć mięśniowa robi swoje i wracają dobre i złe nawyki, nad którymi można panować.
Można się zastanawiać, dlaczego – skoro poziom na Arenie mi nie odpowiada, a metagame jest tak losowe – nie gram na Mtgo. Da się przecież pożyczyć karty na miesiąc dzięki Mana Traders i cisnąć w ligach. Istotnie, jest to dobrym rozwiązaniem, ale tutaj trzeba podjąć decyzję i po prostu to zrobić, przy czym granie turniejów na Magic Online nie jest darmowe i przy kilku potknięciach zaczyna stresować w nieodpowiedni sposób. W tym temacie dochodzi jeszcze to, że po latach spędzonych na Mtgo odpalanie tej platformy całkowicie nie sprawia mi przyjemności i granie tam bardzo szybko mnie męczy.
Jeśli nie Mtgo i nie gierki na Arenie, to co?
Po samym turnieju i podglądaniu kilku streamerów doszedłem do wniosku, że pominąłem największą zaletę Areny. To, że daje ona opcje na granie dużej liczby gier o każdej porze dnia i każdego dnia tygodnia, jest oczywiste. Za to całkowicie zignorowałem możliwość grania tam ze znajomymi.
Patrząc na to teraz, widzę, że mając możliwość grania i testowania z jednymi z najlepszych graczy z Polski, za bardzo zafiksowałem się na tym, że nie mam możliwości zaklepać czasu w kalendarzu i pograć z nimi na żywo.
Mtgo miało w swoich dobrych czasach coś takiego jak klany ze wspólnym czatem, który w pewnym momencie porzucono. Dzisiaj Arena ma bardzo mocno ukryty moduł ze znajomymi, z którymi można grać mecze, ale to nie da zarobić platformie, więc nie jest promowany ani eksponowany. Sam UI (user interface) nie podpowiada takich rzeczy i niespecjalnie zachęca do korzystania z niej w ten sposób.
Gdybym miał powtórzyć swoje doświadczenie sprzed RC z wiedzą, którą mam teraz, jestem przekonany, że mógłbym to zrobić inaczej.
Pierwsze, co mogłem zrobić, to przycisnąć kilka osób z kanału na Discordzie, żeby umówić się na bardzo konkretne i intensywne sesje dla poszczególnych matchupów.
W świetle tego, jak wygląda obecna meta, wystarczyłyby trzy czy cztery takie sesje, żebym był dużo lepiej przygotowany. Ogranie dwóch najbardziej losowych matchupów plus dobra rozmowa z osobą, która jest gotowa poświęcić na to trochę czasu, daje dużo więcej niż losowe granie na ladderze i dochodzenie do wniosków, do których już ktoś doszedł. Na przyszłość uważam to za szczególnie cenną możliwość, biorąc pod uwagę, ile osób z Discorda, na którym jestem, poluje na RCQ i wywalcza sloty na kolejne wyjazdy.
Korzystając z tego, jak robili to inni, najlepsze, co widziałem, jako przygotowanie do takich testów, to zrobienie dwóch wersji decku. Jedna przed SB oraz druga wersja, która jest już od razu przesajdowana na dany matchup.
Mając w SB kilka dodatkowych kart do sprawdzenia w trakcie sesji, można od razu sprawdzić kilka konfiguracji. Do tego odpowiednio zaplanowana liczba gier, żeby nie przesadzić, plus obowiązkowo notatki, z których da się wyciągnąć konkretne informacje po kilku dniach, jak się do nich wróci.
Druga ważna rzecz, której nie zrobiłem, a powinienem, to wykorzystanie powszechnie dostępnych poradników i materiałów, które istnieją, ale są za paywallem.
W przypadku decku, który wybrałem, istnieje poradnik stworzony przez team, który zdecydował się na testowanie i granie nim na Pro Tourze. Z racji sporego sukcesu pozbierali swoje doświadczenia i aktualizowali je przez jakiś czas. To, że nie wydałem na to kilkunastu dolarów, w perspektywie tego, że sam wyjazd był sporym wydatkiem, wydaje się teraz dość zabawne.
Jeśli istnieją tego typu poradniki i materiały za opłatą, najlepsze, co można zrobić, to złożyć się w kilka osób (żeby mniej bolało). Przy kilku chętnych koszt robi się znośny. Wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych nie jest bolesny – promka z Regional Championship jest zazwyczaj warta więcej.
Co dalej
Zbliża się sezon RCQ w formacie Modern – do którego nie siadałem od dawna – dlatego stawiam sobie cel, by na nowo go opanować i zrobić dobry wynik na Paprykarzu w maju. To ma być krok w stronę powrotu na Regional Championship. Używanie Areny jako środowiska do testów tego formatu nie jest idealne, bo brakuje trochę kart do kluczowych decków. Będę musiał znaleźć jakieś inne sposoby, ale to, co wyniosłem z ostatnich tygodni, jest doskonałą lekcją na przyszłość. Ale jeśli ktoś chce być gotowy na lokalne Store Championships albo zrobić szybki i skuteczny deep dive w standardzie, polecam pójść krótszą drogą i skorzystać z moich doświadczeń, żeby usprawnić całe doświadczenie.
Po refleksji nad przebiegiem swoich przygotowań widzę, że warto było wyjść z Areny po kilku godzinach ogrania i tak poszukać jak najszybciej możliwości testowania na żywo.
Michał „Szaszi” Szaszkiewicz – już dawno po studiach, ale jak ktoś mądry powiedział – chyba powinien na nie wrócić.
Turnieje grywa od Inwazji. Jego granie IRL przegrywało z MTGO, na którym pojawiał się pod nickiem Szach. Po długiej przerwie wrócił do grania zaczynając od wkręcenia się w pioniera…
Największym osiągnięciem z grania w Mtg uważa ludzi, których poznał przez te lata, co przynosi owoce aż do dzisiaj.





