Odkąd tylko wróciłem do bardziej kompetetywnego grania w medżola, cykliczne imprezy spod szyldu Paprykarza traktowałem, jako takie małe karciane święto. Kilka większych turniejów (czy to qualifiery, czy mistrzostwa Polski), garść side eventów, a także rozgrywki w innych karciankach. A do tego możliwość zakwalifikowania się na końcoworoczne wielkie finały. Co należało zrobić, aby na nich zagrać? Skończyć w topie jednego z większych wydarzeń, bądź regularnie kręcić porządne wyniki na nich. Slota na poprzednie finały otrzymałem właśnie dzięki regularnemu graniu na paprykach, natomiast na te, z których relację właśnie czytacie, zagwarantowałem sobie kończąc w top 4 jednego z pierwszych destination quali w 2025.
Finały Paprykarza, czyli najważniejsza (w moim mniemaniu) Polska impreza magicowa. Event z mocnymi nagrodami wyłącznie dla zakwalifikowanych graczy. Najmocniejsi magowie z naszego kraju zebrani w jednym miejscu i w jednym celu, zostać mistrzem. Jak wypadło zwieńczenie sezonu 2025? O tym dalej.
Wyjątkowo zmieniła się lokalizacja wielkich finałów. Już nie Warszawa, a tym razem miejsce gdzie to wszystko się narodziło, Szczecin i sklep Pana Myszy. Poza tym, że z Częstochowy do Szczecina czekała mnie dość długa droga pociągiem, to absolutnie nie widziałem w tym problemu. Zawsze byłem fanem magicowej turystyki. Kolorowe kartoniki są genialnym pretekstem, żeby odwiedzić jakieś nowe miejsce. Formatem turnieju miał być modern. Spoko, bardzo polubiłem, zawsze chętnie zagram. Teoretycznie czasu na testing było dość sporo, w praktyce jednak, przez milion prywatnych zawirowań, zagrałem może z dwie gry na modo i parę razy goldfishowałem. Stąd też wybór decku stał się dla mnie oczywisty. Odpuściłem marzenia o łamaniu farmatu splinter twinem. Nie mogłem też sobie pozwolić na uw kontrole, (do której niemal wszystkie karty specjalnie przed eventem kupiłem). O ile w takim pioneerze kontrolkę mam dość mocno opanowaną, tak w modernie nie wypracowałem sobie jeszcze takiej pewności. Wybór, więc ostatecznie padł na deczywo, które znam najlepiej i, którym rok wcześniej ugrałem invite na RC w Bolonii – Boros Burn.
Main (60): 1 Plains 1 Mountain 1 Barbarian Ring 2 Scalding Tarn 4 Arid Mesa 3 Inspiring Vantage 4 Sunbaked Canyon 4 Sacred Foundry 4 Goblin Guide 4 Monastery Swiftspear 4 Lightning Bolt 4 Lava Spike 4 Boltwave 4 Skewer the Critics 3 Rift Bolt 4 Boros Charm 3 Lightning Helix 2 Skullcrack 2 Flame Rift 2 Path to Exile Side: 2 Deflecting Palm 2 Obsidian Charmaw 2 Roiling Vortex 2 Blood Moon 2 Eidolon of the Great Revel 2 Searing Blood 2 Pyroclasm 1 Brotherhood’s End
Modernowa spalara to moje guilty pleasure. Jak normalnie raczej unikam agresywnych talii i stawiam na wolniejsze, bardziej kontrolne konstrukcje, tak burnik skradł moje serce odkąd tylko zacząłem nim grać. Wbrew pozorom nie jest to samograj. Decyzje o mulliganach, zmienianiu tempa i paleniu zagrożeń, a nie przeciwnika, czy granie dookoła lifegainu są tu wyjątkowo kluczowe. Największym błędem, jaki zrobiłem przy składaniu powyższej decklisty było wrzucenie singlowego plainsa. Dałem się przekonać teammateowi, że jeden mnie nie zaboli, a dzięki temu bez problemu będę mógł po blood moonie zagrywać charmy i helixy. Cóż…jak się później okazało, była to decyzja, która kosztowała mnie grę. Gdybym miał czas na normalny testing, to plains trafiłby do sideboardu (jak słusznie dziadek Ober powiedział). Pomimo ostatecznego wyniku, z decku byłem w miarę zadowolony.
Nadszedł i dzień wielkiego wyjazdu. Z rodzinnej Częstochowy wyjechałem w piątek rano, cudem wyrabiając się na pociąg. Trochę ponad pół godzinki marznięcia w oczekiwaniu na przesiadkę w stolicy i już prosto kierowałem się na Szczecin. W pociągu również ostatecznie podjąłem decyzję o nie graniu rozgrzewkowego fnm’a. Jedno, że chciałem trochę odpocząć przed sobotnim finałem, a dwa, po kilku godzinach bez miejsca siedzącego nie miałem już siły na obracanie karteczek. Na miejscu, po zameldowaniu się w hotelu, również zmieniłem swoje plany, co do zwiedzania miasta. Przywitała mnie tak niska temperatura, iż uznałem, że to nie jest miejsce do życia i wolę spędzić trochę czasu u Myszy, żeby nakręcić się nerdowską atmosferą. Pobliskie żabki zaliczone, skromne uzupełnienie growej kolekcji w cexie ogarnięte, więc można było uderzać na sklep. Szczerze przyznam, że sklepik Myszy zrobił na mnie fenomenalne wrażenie. Duży, dobrze zaopatrzony i przede wszystkim przygotowany pod graczy. Gdybym tylko miał bliżej do Szczecina, to chętnie bym tam wpadał częściej. Piątkowy wieczór minął mi na tym, co sprawia, że magicowe wyjazdy zawsze są dla mnie udane. Rozmowa z ludźmi, obserwowanie gier innych i mały handelek. Zostało już tylko wrócić do hotelu i przespać się przed wielkim dniem.
Sobota (wielki finał)
Zabawki spakowane, dupa umyta, piciu i przekąski kupione. Można walczyć o trofeum. Byłem w ciężkim szoku, kiedy na miejscu okazało się, iż na ponad setkę zakwalifikowanych graczy, pojawiło się ledwo… dwudziestu kilku. Ja rozumiem, że Szczecin daleko, ale litości. Finał zacnej imprezy z mocnymi nagrodami, a frekwencyjnie lipa. Cóż, przynajmniej zrobienie top16 dającego boxa (zwracałoby mi dojazd XD) nie powinno stanowić problemu. Przed samym startem turnieju otrzymaliśmy jeszcze przykrą informację, że są to najpewniej ostatnie finały Paprykarza, a same cykliczne Papryczki zostaną okrojone do około dwóch rocznie. Niby człowiek się trochę tego spodziewał, ale jednak liczył, że wszystko jakoś będzie działać dalej. Pamiętajcie, warto wspierać tego typu inicjatywy jak tylko macie możliwość. Więcej dobrego medżika nikomu nie zaszkodzi. Przejdźmy, zatem do samego eventu.
Runda 1
1-2 vs Affinity
G1 – Kiedy przeciwnik zaczął od mulligana do 5, czułem że to będzie moja gra. Musiałbym mieć jakieś fatalne screw, a on porno dojście grając affką. I co? Ja miałem screw, a kolega akurat grał affką i akurat miał porno.
G2 – Zatrzymałem dość wolną rękę, ale robiącą rzeczy. Vortex + Brotherhood’s End dały mi dużo pewności siebie. Opp również pomógł, dając mi trochę czasu nie wysypując się za bardzo. Coś podziubałem chłopkami, coś popaliłem, endem zniszczyłem engineered explosives, vortex elegancko pingował i powstrzymywał przed graniem darmowych artefaktów. I tak też na spokojnie przeszliśmy do finałowej gry.
G3 – Gdybym tylko znalazł na czas drugiego landa (już po mulliganach byłem) to pewnie coś by z tej gry było. Przeciwnik nie narzucał turbo presji, ale z pewnością był szybszy niż moje ‘’3 w pysk’’ na turę. Życie.
Runda 2
1-2 vs Boros Energia
Ogolnie lubię grać ten matchup. Nie jest on, wbrew pozorom, bardzo ciężki. Wystarczy, że energia nie odpali dojścia w postaci guide of souls, ajani, flaga i możemy grać w miarę uczciwego magica.
G1 – Perfekcyjne dojście z krytyczną ilością palenia, szybka gra bez historii.
G2 – W miarę okej ręka u mnie, ale mocno mnie zatrzymał pyromancer i phlage. Po drugim tytanie przeszliśmy do trzeciej gry.
G3 – Po mulliganie zatrzymałem bardzo porządną rękę. Był goblin, było palenie i 2 landy. Problemem okazał się ten plains, którego singlowo grałem. Dlaczego? Do końca gry nie zobaczyłem drugiego źródła czerwonej many, co nie pozwoliło mi zagrywać searing bloodów, które… wygrałyby ten mecz.
Wiedząc, że zaczynając pięcio rundowego swissa wynikiem 0-2, nie mam już szans na top 16, niestety troszku emocje poniosły i jak rzadko mi się to zdarza, tak deck głośno uderzył o stół, a ja wyszedłem na dłuższą chwilę się przewietrzyć i przyjąć dawkę nikotyny. Klasyczny rage quit.
Runda 3
1-2 vs 5c Zoo
Gdyby nie fakt, że dobre 6 godzin spędziłem w pociągu, żeby ten turniej zagrać, to pewnie bym dropował. A tak uznałem, że chociaż coś się potestuje i spróbuję już tylko dobrze się bawić. Przeciwnik okazał się mega sympatyczny i w trakcie gier leciało sporo trash talku. Gierki bez historii. Ot klasyka, przez dwa lata ani razu nie wygrałem na zoo :P
Runda 4
2-1 vs Amulet Tytan
Jak tylko zobaczyłem, z kim gram, od razu przypomniał mi się Paprykarz, na którym spaliłem tego amuleciarza. Okazało się, że przeciwnik miał jeszcze szansę wejść w top 16. Jako, że wygrana nic mi nie zmieniała, to zaproponowałem, że się poddam i albo sobie luźno zagramy albo w ogóle nie gramy, a ja sobie skoczę do sklepu. Odmówił, chciał zagrać normalnie. Dodatkowo była to jedyna osoba, która poprosiła mnie, żebym trzymał landy na dole (odkąd pamiętam landzioszki trzymam na górze :P ). Okej, chciałem dobrze, możemy się chwilę pospinać, nie ma problemu.
G1 – Trochę to, czego się spodziewałem zaczynając pierwszą grę. Po prostu byłem szybszy. Tytan nie zdążył wejść, przeciwnik usmażony.
G2 – Tutaj mnie delikatnie przycięło, natomiast przeciwnik szybko się skręcił i wystrzelał mnie valakutami.
G3 – Powtórka z g1, piękne dojście z mojej strony i opp został skończony w okolicach 4-5 tury.
Ja naprawdę chciałem go puścić dalej, żeby sobie zagrał o tego boxa. Często jak gram, wiedząc, że ja już nic nie osiągnę na danym evencie, puszczam ot tak ludzi dalej. No ale prosić się nie będę, chciał grać normalnie to proszę bardzo.
Runda 5
2-0 vs BG Infect
Który mamy rok? Burn vs Infect? Co tu się stanęło. Od razu wiedziałem, na co gram. Kierowcę infecta obserwowałem dzień wcześniej podczas wieczornego fnm’a. Fnm’a, na którym ubił przeciwnika Tifą 40/40. Infect zabijający Tifą 40/40… Magic jest piękny.
Obie gry były dość podobne do siebie. Co wchodziło u przeciwnika w stół, momentalnie było palone. Trochę grania dookoła dopaków, panika przed mutageniciem (okazało się, że gość nim nie grał) i spokojne palenie w twarz.
I tak się dla mnie skończyły ostatnie finały Paprykarza, 2-3. Nie udało się zrobić topki, nie udało się nawet zrealizować planu minimum, czyli poprawienia wyniku z poprzednich finałów (3-3-1). Byłem wymęczony, miałem już dość. Kiedy lepsi odbierali nagrody i robili splita w top 8 (tak, ten Paprykarz nie miał jednego zwycięzcy, całe top 8 podzieliło się nagrodami i nikt nie grał), ja zacząłem w 100% korzystać z tego magicznego wyjazdu.
Złapałem się z Piotrkiem (przeciwnik od zoo z rundy trzeciej) i później z kierowcą infecta. Parę dobrych godzin luźno graliśmy, coś gadaliśmy, coś wypiliśmy. W sumie to całe to ‘’afterparty’’ sprawiło, iż wyjazd mogę uznać za udany. Jednak luźny kontakt z innymi osobami dzielącymi te samą pasję to jest jedna z rzeczy, które sprawiają, że chce mi się jeździć pół Polski i grać w kolorowe karteczki.
Na dobitkę, Mysza odpalił jeszcze kostkę, której niestety nie dograliśmy do końca, gdyż zbliżała się już jakaś pierwsza w nocy. Pierwszy raz to grałem i od razu się zakochałem. Po wszystkim przeciąłem się jeszcze z przeciwnikiem z pierwszej rundy i po tym jak okazało się, że śpimy w tym samym hotelu, zaproponowałem szybkie cygarko (akurat wziąłem ze sobą jedno) i tak się zagadaliśmy do okolic drugiej. Pozostało mi tylko kimnąć się godzinkę, po 4 wejść w pociąg i liczyć, że cokolwiek odeśpię przed pracą, którą o 11 miałem w Częstochowie zaczynać.
Ogólnie wyjazd jak najbardziej na plus. Sam turniej poszedł fatalnie. Dużo pecha, brak testingu, który sprawił, że tego nieszczęsnego plainsa grałem. ALE! Jako wypad magicowy mogę stwierdzić, że było świetnie. Mega atmosfera, luźne granie, nowe znajomości. A sam sklep, jak i właściciel, godni polecenia i odwiedzin. O to w tym wszystkim chodzi.
Dariusz „Pain” Mstowski – przygodę z magiciem zaczynał przy premierze Avacyn Restored. Po kilkuletniej przerwie wrócił do aktywnej gry w 2023r.
Od tego momentu stawia na competitive granie oraz rozwój lokalnej sceny.
Członek potężnego teamu 0-3 Drop.



