Za nami Paprykarz 28-29 Czerwiec 2025. Jak było? Jeśli chcecie się dowiedzieć (przynajmniej w części), to czeka na was blisko 7 tysięcy słów, ponad 43 tysiące znaków – razem to cała jedna relacja, którą Dariusz „byłek” Przybyło przygotował po evencie.
Bez zbędnego przedłużania oddajmy zatem głos autorowi.
Paprykarz 28-29 Czerwiec 2025 – Początek
“Razem z innymi pasażerami wyjrzeliśmy przez okno. Dostrzegliśmy grupę strażaków biegnących w stronę płonących wagonów naszego pociągu. Zaczęło do mnie wtedy docierać, w co się wpakowałem…”
Ale by chronologii stało się zadość, zacznijmy od tak zwanego początku.
W ogóle to zacznijmy od tego, że dawno mnie tutaj nie było z jakimś dłuższym tekstem. Relacje z eventów na naszej pięknej polskiej scenie magicznych żonglerów kolorowego kartonu to już gatunek wymarły i ogranicza się zwykle do pochwalenia się na socjal medialnej ścianie, że się coś gdzieś komuś wydarzyło. I tyle. Choć tego wprawdzie tak nie odczuwam, jak dawno to było, to jestem świadomy, że ostatnie poważne granie z poważnym wynikiem i jeszcze bardziej poważną relacją zdarzyły po oficjalnych Mistrzostwach Polski 2018.
Wprawdzie nie spodziewałem się wtedy, że tak to się potoczy ale wszystkie wydarzenia na świecie, te mniejsze, te większe, i te prywatne, zmiany w Organized Play oraz absurdalne ilości nowego produktu wydawanego pod szyldem Magic: the Gathering z Universes Beyond i wszelakiej maści Secret Lairami na czele były i są już tak przytłaczające, że zniechęciło mnie to do grania w grę bardziej niż minione ówcześnie naście lat gry.
W zasadzie ograniczyło mnie to do klikania w questy na Arenie i pojawiania się na turniejach od prerelease do prerelease i – o zgrozo – czasem świadomym ominięciu nawet pre, co jeszcze niedawno wydawało mi się nie do pomyślenia. Ale jak widać, nie tylko priorytety producentów gry się zmieniają, ale także graczy – w tym i moje.
W zasadzie to w pewnym sensie przeszedłem do obozu emerytów medżikowych. Na szczęście ( ;) ) udało mi się uniknąć kuli o nazwie “zostanę sędzią” i zacząłem się pojawiać na Paprykarzach po drugiej stronie organizacyjnego stołu, zajmując się mniej lub bardziej coverage z eventu. Kojarzycie te różnorakie grafiki z pytaniami do graczy z Paprykarza? Tak, to moja sprawka, jak coś :) .
Tak czy siak, pomimo niemałej ilości narzekań i ogólnie pojętego malkontenctwa wobec gry, to jak na ironię ten właśnie cały twór o nazwie Universes Beyond był powodem, dla którego postanowiłem zrobić wyjątek. I w tym sezonie, w mojej opinii Wizards of the Coast, z Hasbro na czele, kandydują na najlepszą, i najpiękniejszą, i najwspanialszą firmę na świecie, i dobrze chłopaki robią (i dziewczyny – wiadomo, ale lubię sobie nawiązać do klasyki polskiego internetu :) ).
Parę lat temu, podczas jednej takiej rozmowy z Krzysztofem Tomeczkiem (właścicielem MTG Spot), w niezbyt przychylny sposób wyraziłem swoją opinie na temat stanu gry, ten odpowiedział mi krótko: “Zobaczysz, wyjdzie w MtG Final Fantasy, to będziesz sam brał bez opamiętania”. I stety niestety – miał rację.
Nigdy nie było tajemnicą, że byłem i jestem fanem Final Fantasy i gram w gry od Square Enix od czasów, kiedy jeszcze byli Squaresoftem (wspaniałe czasy!). Choć seria dostała ostatnio trochę zadyszki, fanów na świecie, takich jak ja, spodziewam się, że jest przeogromna ilość. I z pozycji fana muszę powiedzieć, że jestem zachwycony tym, jaką troską i jakością został opatrzony ten dodatek do naszej ukochanej gry.
W ogóle jest to niesamowite, że w jednym miejscu spotkały się w kolaboracji dwie franczyzy, które miały niemały wpływ na moje życie i zapewne na to jak kształtował się mój charakter. I pomimo grania i zajmowania się medżikiem ponad 20 lat, to wcale nie ta franczyza dłużej prowadzi mnie przez życie. Ciężko mi sobie wyobrazić, żebym kiedykolwiek czegokolwiek był większym targetem (Sin twierdzi, że Studio Ghibli by też mi rozwaliło system :P).
Dla takich osób jak ja jest skierowany ten set i od pierwszych preview już wiedziałem, że jak tylko to będzie dostępne do grania, to wjeżdżam w to jak dzik w czereśnie, a dopiero później przyjdzie refleksja, by przeanalizować spustoszenie, jakie w moim budżecie ten produkt dokona. A w ogóle to głupoty opowiadam, przecież nie można stracić na tym, że się robi to, co się kocha do kwadratu, co nie?
Dzień -20
(czyli 20 dni przed eventem)
Jak zwykle w moich historiach wszystko zaczyna się na długo przed samym wydarzeniem. Mógłbym tutaj rozpocząć od pierwszego Final Fantasy i lecieć po kolei po wszystkich częściach i spinoffach, i przyznam, że przeszło mi to przez myśl (hehe :D), ale postaram się, na ile to możliwe, trzymać bardziej strony karcianej, bo bym nie skończył tego tekstu niczym R.R. Martin “Wichrów Zimy” i całej sagi “Pieśń Lodu i Ognia”.
Tym razem wszystko zaczyna się tam, gdzie zaczyna się każdy nowy dodatek – na prerelease. Wprawdzie zrobiłem na swojej socjal-ścianie mini relację z tego wydarzenia i nie warto tutaj wszystkiego przytaczać (kto ma dostęp, ten ma wersję premium ;) ), ale dla fabuły warto wspomnieć, że na tym prerelease (który notabene honorowo wygrałem po splicie w top 4) grałem sobie lore’owym deckiem złożonym z protagonistów z Final Fantasy 7 – czyli Aerith, Zack i Vincent wspieranych przez organizację Shinra w reprezentacji Rufusa, Reno i Rude. A w finałowym drafcie objawiła mi się Jenova, której to byt jest bezpośrednio związany z Sephirothem, głównym antagonistą w historii Final Fantasy 7. Ten zarys fabularny będzie mieć znacznie trochę później, ale zapewniam, że jest ważny :).

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – fan Final Fantasy
Dni od -19 do 0
Wydarzenia z prerelease zdecydowanie jak mało co wcześniej obudziły we mnie ponownie iskrę gracza. Regularne codzienne draftowanie na Arenie dawało dużo radości, a wyniki pozwalały cały czas się kręcić na zgromadzonych dotychczas gemach i swobodnie grać bez dodatkowych inwestycji.

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – statystyki draftów Final Fantasy MTG Arena
Wprawdzie, jak się popatrzy na statystyki, to wyniki nie są jakoś specjalnie spektakularne (choć warto też dodać, że nakładkę do zbierania statystyk zainstalowałem po paru dniach, jak zauważyłem, że coś tam cisnę), ale jakie to ma znaczenie, skoro jak tylko był czas, to klikało się nowego drafta i przeżywało kolejną przygodę z bohaterami innych części fajnali. Czyż to nie przedsionek raju? :D
Dzień w dzień próbowało się nowych kombinacji kart, bohaterów, archetypów i synergii. Z niemałym zachwytem też patrzyłem, jak zmyślnie inni gracze składali swoje talie i poprzez doskonałe sekwencje shufflera arenowego grali wszystko w krzywą, czasem z taką precyzją, że bogowie medżika z aprobatą na pewno kiwali głowami. Ilość rozgrywanych gier i chęć spróbowania wszystkiego szybko uwidoczniła w kolekcji kart na arenie, jak duża jest u mnie dysproporcja grania tego dodatku względem poprzednich.

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – kolekcja Final Fantasy Byłka na MTG Arena
Jak nigdy przyjmowałem wiele porażek z pełną pokorą i analizą, dlaczego coś poszło w jedną lub drugą stronę. To było świetne uczucie, że znów można tak cieszyć się grą – niepodrabialne doświadczenie madzikowe, którego chyba trochę mi brakowało.
No może poza jedną podwójną serią przegranych…
Tak się złożyło, że tydzień przed Paprykarzem odpalił się Arena Direct w formacie Sealed – Final Fantasy, w którym można było wygrać marzenie wielu kolekcjonerów (w tym moje), na którego popyt przekroczył wszystkie granice i cena produktu już drogiego poszybowała jeszcze wyżej, czyli Collector Booster Boxa Final Fantasy. Tak czy siak nie ma lepszego miejsca na testy formatu niż w środowisku, w którym gra się o jakąś konkretną stawkę.
I zaczęło się ambitniejsze granie.
Ogólnie było parę podejść lepszych lub gorszych. Ale było też jedno podejście w którym nie dość, że miałem prze-kosmiczny deczek i zrobiłem nim doskonały wynik 6 zwycięstw bez żadnej przegranej. W zasadzie Collector Booster Box już był tak blisko, że praktycznie to miała być tylko formalność. A tu nagle ni stąd, ni zowąd, Arena postanowiła mi pokazać środkowy palec i uraczyła mnie klasycznym bad beat story w postaci flood, screw, mulliganów i zagrywek tak bardzo niedotrzymujących tempa moich przeciwników, że nieźle mnie to stiltowało.

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – Nieudany Arena Direct z walki o Collector Booster Boxa
Natychmiast po tej przegranej zrobiłem kolejne podejście, ale zrobienie szybkiego 0-3 było dla mnie czytelnym sygnałem od wszechświata – to nie ten dzień, to nie ten czas. Być może dzieliła mnie tylko jedna ścianka przed dokopaniem się do tego diamencika, ale całkowicie zgasiło to mojego ducha walki tego dnia i odpuściłem.
W ogóle dzień po tym wydarzeniu naszła mnie refleksja, że największym błędem, jaki popełniłem, było granie od razu następnego meczu. A mogłem sobie wstać, zrobić sobie herbatkę, przejść się na spacer. Pooddychać trochę świeżym górskim powietrzem, słuchając jak nasz kochany naród narzeka na politykę, finanse, że za ciepło, że za zimno i ogólnie, że świat się kończy. Jakoś tak nie przeszło mi przez myśl wtedy, że granie na Arenie ma opcje na reset i wrócę później ze świeżym niezmąconym emocjami podejściem. No szkoda, może taka była po prostu cena tej lekcji?
Tak czy siak, następnego dnia, pomimo tej dotkliwej porażki, napisałem do Pana Myszy (Maciej Myszkowiak jakby ktoś nie wiedział ;) ) ze sklepu Pan Mysza, z którym to już dość regularnie współpracuję przy inicjatywach Paprykarzowych, że choćby się waliło i paliło, to ja się dokładam do puli i sobota to będzie dla mnie dzień spod znaku – Destination Qualifier w formacie Final Fantasy – Sealed deck.
Paprykarz 28-29 Czerwiec 2025 – Day 1
Stara, dobra wyssana z palca i paru dziwnych doświadczeń wielu graczy zasada mówi – aby dobrze zagrać turniej, trzeba się odpowiednio nie wyspać, by potem cały dzień być całkowicie skupionym, bo jak się tylko odpuści, to po człowieku i po grze. Taka narzucona i niewymuszona na siebie presja, a co? Po co ma być łatwo, jak może być trudniej :).
W związku z tym plan na wyprawę był taki: wyjazd z Nowego Targu ze stacji PKP o godzinie 22:00 i wylądowanie w Warszawie o pogańskiej 4:30. I zgodnie z planem, bez żadnych historii podczas podróży, po przyjeździe przywitała mnie piękna, słoneczna toń Warszawy Centralnej.

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – droga na site
Pora była dość wczesna, a czasu do otwarcia site dość dużo, więc nie było potrzeby się jakoś specjalnie spieszyć. A wręcz przeciwnie, można było sobie zrobić ożywczy spacerek po średnio przespanej nocy i pozwiedzać trochę Warszawę, i przejść obok Pałacu Belwederskiego, i pomnika Marszałka Piłsudskiego, w piękny dzień i przy zerowym ruchu na ulicach. No prawie zerowym, było było parę oszołomów wracających z imprezy na hulajnogach, dających znać, że impreza dla nich się jeszcze nie skończyła – ale póki mi nie wjeżdżali w drogę, nie mieli dla mnie żadnego znaczenia.
Za to znaczenie miało to, że gdy dotarłem na słynną ulicę Bobrowiecką (słynną, bo niejeden Paprykarz już tam bywał), to nie mogłem jeszcze wejść nawet do budynku xD. Za szybko jednak szedłem. No trudno.
Odnalazłem się na pobliskiej ławeczce aż do momentu, gdy otworzyli lokalną Żabkę i przemiła pani ekspedientka poleciła mi na śniadanie panini na ciepło z jajecznicą i boczkiem,. Dobrałem sobie do tego sok pomidorowy i miałem całkiem spoko śniadanie, i to tak bez ironii. Swoją drogą, warto zaznaczyć, że lokowanie produktu nie jest tutaj sponsorowane, nikt mnie nie prosił o tę reklamę, ani nie dostałem w związku z tym żadnej gratyfikacji (i jak zawsze – szkoda, ale jakby co, to przyjmie każdy hajs :P).
W międzyczasie otworzyły się bramy Warszawskiej Uczelni Medycznej, gdzie miał się odbyć event i pomimo wciąż absurdalnie wczesnej godziny, kolejna przemiła dziś pani (tym razem spotkana na recepcji), nie miała żadnego problemu, bym sobie poczekał w holu przed salą – co też z przyjemnością uczyniłem.
W związku z przebytą nocną podróżą oraz porannym spacerkiem nie omieszkałem, jak rasowy obieżyświat, rozłożyć się na podłodze, podpierając głowę plecakiem, by przymknąć sobie na chwilę oczy.
Oczywiście spokój nie trwał zbyt długo, bo zaczęły się powoli w holu gromadzić osoby potencjalnej płci pięknej i tak, jak na nie patrzyłem, nie były ich głowy zmącone myślą medżikową. W ogóle to zacząłem się nawet zastanawiać, czy ja jestem w dobrym miejscu, bo zdecydowanie coś tutaj nie grało. A dla grania przecież tutaj byłem.
Okazało się, że na sali, która znajdowała się na tym samym piętrze, miały mieć miejsce jakieś zaliczenia, a ciało pedagogiczne odpowiedzialne za to wydarzenie nie omieszkało nawet skomentować, że ktoś tu nawet na podłodze śpi :D. Na szczęście byłem w tej doskonałej pozycji, że nie musiałem się tym w ogóle przejmować.
Jak sobie tam leżałem, dotarła do mnie myśl, że już kiedyś byłem na tej sali. Już obserwowałem kiedyś te korytarze na jakimś odległym w czasie turnieju. I nie, nie były to poprzednie Paprykarze, bo te odbywały się w innej części budynku. I zaczęło to do mnie docierać. Dawno, dawno temu odbyło się tutaj WMCQ, na którym też się działy rzeczy! I od tych wydarzeń minęło 10 lat :O.

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – fot0 z WMCQ
Niesamowite jest to, że to było to samo miejsce, gdzie zaistniało to wspomnienie, do tego uwiecznione przez ekipę Psychatog.pl, dla którego ten tekst powstał. I to samo zdjęcie wykorzystane zostało w poprzedniej mojej dużej relacji z zupełnie innych powodów. A na dodatek na tym zdjęciu jest nawet mój przeciwnik z pierwszej rundy nadchodzącego właśnie (z punktu widzenia narracji tej opowieści) turnieju :). Jak widać – świat się zmienia, ale jednak ludzie pozostają ci sami.
Po tej emocjonalnej podróży w przeszłość powoli nadchodził czas pojawienia się potężnej ekipy Pana Myszy wraz z Myszą na czele. Można było przywitać się z każdym razem, jak i indywidualnie, by następnie rozłożyć cały sprzęt i powoli wchodzić w tryb turnieju, który miał się wkrótce dla mnie i dla wszystkich zgromadzonych zacząć.
Paprykarz 28-29 Czerwiec 2025 – Turniej
Zaraz przed startem na sali zaczęli gromadzić się gracze. Spotkało się ekipy z różnych spodziewanych miejsc Polski (Kraków, Warszawa, Wrocław, Łódź, a nawet Rzeszów), z którymi warto zamienić było parę słów, zwłaszcza że widujemy się w najlepszym wypadku raz na 3 miesiące na Paprykarzach, a czasem raz na rok lub jeszcze rzadziej.
Po niezwykłej serii uprzejmości, wspomnień oraz chwaleniu się tym, jak fajnym dodatkiem jest dla mnie i dla innych Final Fantasy, oraz po szeroko pojętej aklimatyzacji, zostały opublikowanie miejsca, w których w pocie czoła, przy intensywnych rachunkach i weryfikacji spisów przez sąsiada po drugiej stronie stołu miała powstać maszyna do wygrywania turnieju.
Tak się zdarzyło, że osobą, która usiadła przede mną, był Wojciech Radosz. Może i prywatnie go nie znam, ale nie raz dzięki swoim wynikom gościł przed obiektywem mego aparatu oraz na tworzonych przeze mnie ankietach. Co więcej, aktualnie zajmuje pierwsze miejsce polskiego rankingu European Unity League!
Zgodnie z komendą sędziego Rogera Szczęsnego otwieraliśmy naprzemiennie zestawy, weryfikowaliśmy pule i przechodziliśmy całą procedurę, którą trzeba wykonać, gdy uczestniczy się w tego typu evencie. Wydarzenie zebrało 61 śmiałków, którzy z różnych powodów chcieli się zmierzyć z szeroko pojętym uniwersum Final Fantasy w ich ulubionej grze. Wszystko przebiegło bez problemów i bez historii.
Przejdźmy zatem do tego, co się otworzyło, a zdecydowanie można powiedzieć, że się OTWORZYŁO (czego nie można było powiedzieć za bardzo o puli Wojciecha, no ale też w takim miejscu nie raz, nie dwa bywałem).
Pula kart otwartych w fazie SWISS, aka Sideboard:
Nie będę ukrywać, otwarta pula miała w sobie na pierwszy rzut oka pewien urok (choć może to był po prostu extended full altered art Sephiroth, Fabled SOLDIER, a może to Maybelline – ach te boomerskie, popkulturowe żarty, których zrozumie % osób xD [Dla młodzieży link – przyp. red.]).
Generalnie cieszę się, że najwyższa rada bogów medżika wydała tym razem dekret, że to ja sobie otworzę taką pulę, o których się zwykle słyszy, że ktoś taką otworzył i dla odmiany ja będę mieć trochę łatwiej. Z drugiej strony, ile to razy pochwaliło się pulę, która potem powiedziała, że zrobi się na niej solidne 0-2-Drop. A z trzeciej strony, po co było się tyle starać, grać, testować, czytać o formacie, skoro rzut kostką losu zrobił to najlepiej. Brzmi to trochę jakbym narzekał – ale zapewniam nie narzekałem :D. Jeżeli można powiedzieć, że coś komuś się w życiu należy, to w pełną odpowiedzialnością przyjmuję, że w Final Fantasy to mi się należało ;).
W mojej ocenie pula była tak dobra, że niejedna osoba na sali, jakby grała samym moim sideboardem, to by miała lepszy deck niż sama grała, a ja i tak wybrałem układ kolorów, który w zasadzie się sam składał.
Deck złożony z puli:

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – Sealed deck
Pamiętacie, jak wspomniałem, że grałem sobie na prerelease bohaterami Final Fantasy 7, a w drafcie objawiła się Jenova? Wtedy właśnie był Hero Arc, a wspomnienia Jenova była właśnie zwiastunem tego, że zaczyna się Villan Arc! Z Sephirothem i Jenovą na czele! Biorąc pod uwagę fabułę Final Fantasy 7 to ta kombinacja i to w tej formie była idealna, a temu wszystkiemu z sideboardu przyglądał się Cloud. Moje fajnalowe serduszko zapłakało ze wzruszenia QQ. No niech mi ktoś powie, że to tylko sama matematyka i nie można grać w te gierki dla klimatu i fabuły :p.
Do tego, jak na Villan Arc przystało, niezła plejada Villanów się tutaj zebrała. Mamy – Cloud of Darkness (final boss FF3), Exdeath (final boss FFV) i Evil Reawakened, obrazujące event, gdy Exdeath objawia swoją drugą formę, stając się Neo Exdeath, Gaius van Baelsar (boss z FFXIV) czy Primal Odin (również boss z FFXIV), który podczas raidu na niego, w swojej drugiej fazie, swoim legendarnym cięciem Zantetsuken kończył żywoty milionów graczy na serwerze (do dziś mam flashbacki i PTSD :) ). W ogóle to w Final Fantasy XIV mam najwięcej przegranych godzin pewnie ze wszystkich fajnali, ale na pewno spory ma na to wpływ fakt, że jest to MMORPG, no i te statystyki nie były zliczane przez całe życie :).

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – statystyki PS5 Final Fantasy
Podsumowując – deck marzenie i medżikowo i fajnalowo. Moje kolory, mój styl midrange’owej gry. Grać nie umierać. Ze wzruszeniem w oczach oddałem decklistę i oczekiwałem na pierwszą rundę.
Final Fantasy R I – Adam Szczypka
Miejsce w końcowych standingach: 57
Można powiedzieć, że stary eventowy znajomy z Bielska-Białej. Nie raz, nie dwa spotykaliśmy się na jego rodzimej arenie, jak i na większych turniejach o stawkę. Weteran gry prawdopodobnie z jeszcze dłuższym stażem ode mnie. Do tego to właśnie on znajduje się na zdjęciu z 2015 roku, które zamieściłem wcześniej podczas reminiscencji.
Niestety, dysproporcja naszych decków była dość duża, a gry były tak zwane – bez historii. Mój stan życia w zasadzie nawet nie drgnął, a jak już, to raczej w górę niż w dół. Nawet kolorów specjalnie nie pamiętam już i był to po prostu mecz na 2-0.
Final Fantasy R II – Piotr Milanowski
Miejsce w końcowych standingach: 10
Nie miałem wcześniej okazji poznać, ani zagrać z Piotrem, ale miał aurę gracza, który chwilę już ten karton przemiela. I po gierkach było widać, że nie będzie miękkiej gry. Nie pamiętam dokładnie pełnej kombinacji kolorów, czy były 2, czy 3, ale pamiętam Sephiroth’s Intervetion oraz Hill Gigas po jego stronie i mam taki przebłysk, że chyba widziałem jeszcze zielony w postaci choćby Goobbue Gardener, więc powiedzmy, że grał Jundem, ale jeżeli to czyta, to chętnie poprawię ten tekst w ramach dziennikarskiej prawdy.
W pierwszej gierce mój Sazh’s Chocobo w pierwszej narzucił solidną presję i to narzucone tempo było kluczem do sukcesu.
W drugiej gierce już nie byłem taki kozak (pozdro Hawaj ;) ) i bez Chocobo nie było już tak fajnie, a ostatecznie, jeżeli dobrze pamiętam ten atak, to Hill Gigas domknął tę grę Piotrowi definitywnie i przeszliśmy do trzeciej.
A w trzeciej było sporo wymian, jednak ostatecznie Sephiroth i konsekwentne domęczanie przeciwnika removalem, wysysanie życia i ogólnie value kartami, przechyliło wygranie tego meczu na moją stronę.
Final Fantasy R III – Radosław Michalski
Miejsce w końcowych standingach: 5
Historia tego meczu mogła się skończyć, zanim się zaczęła. Ja zadowolony po dwóch wygranych chodziłem sobie po sali i popijałem wodę, jak gdyby nigdy nic. Chodzę sobie, patrzę i obserwuję. Z daleka sędzia Roger patrzy w moją stronę, ale bez przekonania. Spotkaliśmy się wzrokiem, bo ewidentnie kogoś szukał, ale nie poczułem tego, że to mógłbym być ja. Idę sobie dalej, rozglądam się po sali i nagle dochodzi do mnie refleksja – czemu gracze z mojego turnieju siedzą i grają, a ja sobie chodzę? – i wtem szybko popatrzyłem na aplikację Companion, która z jakiegoś powodu nie zareagowała i biegłem szybko do stolika, modląc się o to, że nie przegrałem jeszcze meczu. Okazało się, że Roger stał tam gdzie miałem grać, a czasu minęło znacznie mniej niż mogło się wydawać i bez konsekwencji mogłem rozpocząć kolejną rundę. Ufffff.
Radosław okazał się człowiekiem o bardzo przyjaznym i wesołym usposobieniu, co wprowadziło adekwatną atmosferę od początku, już w pierwszej rozmowie o moim prawie opóźnieniu, a także potem podczas gry, gdy zabawnemu komentowaniu zagrań towarzyszyła klarowna komunikacja. Kolory, jakie prezentował swoim deckiem, to czerwono-zielony ze splashem niebieskiego i czarnego, więc cała plejada ciekawych kart.
Gry ogólnie przebiegły mocno midrange’owo, jak przystało na nasze decki i konsekwentne wymiany na zmianę stabilizowały i przechylały szalę gry na jedną lub drugą stronę. Ostatecznie pierwsza gra skończyłą się na moją korzyść dość niewielką różnicą życia, bo ja miałem ich 3, a przeciwnik ginął, gdy miał ich 5. (Widzicie, jakie dokładne dane? Żadna aplikacja nie zastąpi starej dobre karteczki i długopisu :P.)
W drugiej grze też różnica życia była na moją niekorzyść (miałem 8). Jednocześnie stabilny board i Exdeath po transformacji w 13/3 typa z tramplem niby nie zwiastował, że w ataku nastąpi domknięcie gry, skoro mój szanowny przeciwnik był na 23 życiach. Ulubienica wielu – Tifa – przyszła jednak z pomocą i dzięki swemu Limit Break w postaci FINAL HEAVEN potroiła statystyki Exdeatha, który przywalił za 39 z krytyka!
Final Fantasy R IV – Mantas Bickausas
Miejsce w końcowych standingach: 8
Przyszła pora, by porozmawiać z przeciwnikiem w mowie wspólnej i niekoniecznie po polsku. Co gorsza, mój przeciwnik okazał się jeszcze większym villainem ode mnie i jego deck robił podobne rzeczy, co mój, tylko bardziej i z lepszym kart quality, a do tego bardziej powtarzalnie. Jego kolory brzmiały: Sultai.
Pomimo rozdania po mojej stronie, składającego się z tzw. All-Star mojego decku w postaci – kolejno w krzywą – Ochu, Hecteyes, Sephiroth, Exdeath i Jenova, to nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Po kolei radził sobie ze wszystkim, co mu podrzucałem, surveilował karty Ultimecią czy lootował Emet-Selch, a potem zagroził mi Primal Odinem, wcześniej exilując mojego Odina z efektu Malboro. Gdy już jako tako sobie poradziłem, dograł Muldrotha, the Gravetide i po przywróceniu Odina z grobu i kontrataku, to już było dla mnie zdecydowanie za dużo. Zostałem zmiażdżony.
W efekcie, podczas drugiej gry, mając na uwadze, jak potężne card quality ma swoim arsenale mój przeciwnik, postanowiłem, że jeżeli wezmę mulligana, to nie wyrobię z kartami i zaryzykowałem one-landera. Niestety, ostatecznie nie była to najlepsza decyzja i land nie doszedł przez następne 3 tury. Na szczęście porażka nie smakowała tak gorzko, jakby mogła, bo to, co po drugiej stronie było zagrywane w tym czasie, to nawet jakbym sobie wybrał rękę z decku, to moim zdaniem nie dałbym rady.
Niestety, mecz przegrany i koniec marzeń o 4-0 i remisowania do topa. Tak to jest: zawsze jest gdzieś jakiś villain lepszy od ciebie ;).
Final Fantasy R IV – ?
Miejsce w końcowych standingach: ?
I tutaj mamy ciekawą sytuację. Teoretycznie jest to najważniejszy mecz, który decyduje o ewentualnym topie. Teoretycznie mój przeciwnik też swoje wygrał, więc raczej słabym kierowcą nie jest, tak jak teoretycznie nie posiada słabego decka. Niestety, nie pamiętam jednak jak mój przeciwnik się nazwa. Nie pamiętam nawet, jakimi kolorami grał. Zmiany życia na kartce są całkowite jednostronne i trochę „tak o” ta wygrana 2-0 weszła. Jakbyśmy sobie grali na FNM’ie. Oczywiście złego słowa o moim przeciwniku nie mogę powiedzieć. Zagadał do mnie o koszulkę ze Star Warsów, śmiejąc się, że chyba pomyliłem gry, a samemu posiadał akrylowe tokeny do Star Wars Unlimited. Sam też był w białej koszulce z nadrukiem i zagadał do mnie później, jak i następnego dnia, o to jak mi poszło. Niestety nie mogę sobie przypomnieć imienia. Tego akurat nie zapisałem. A po wygraniu skupiłem się bardziej na analizie, czy muszę grać ostatnią grę.
Final Fantasy R V – Jacek Skiba
Miejsce w końcowych standingach: 2
Ta runda tak naprawdę zaczęła się długo przed jej startem, a dokładnie po zakończeniu poprzedniej gry. Posiadając niezgorszy wynik, czyli 4-1, można było zacząć rozmawiać o remisie w ostatniej rundzie. Jednak po różnych dyskusjach i wymianie opinii zdania były podzielone – remis niósł za sobą ryzyko nie wejścia do topa i pozytywny efekt nie był taki pewny. Mimo wszystko, na tę chwilę trzeba było czekać na standingi po 5 rundzie.
Układ, jaki mnie interesował, to być najlepszą 12 i nie być sparowanym w dół, bo wtedy nie byłoby żadnej rozmowy o remisie. W tamtym momencie byłem drugą najlepszą 12 i ogólnie wszystko było w zasięgu. Były opinie też takie, że z moim deckiem nie powinienem ryzykować, tylko przejechać się po przeciwniku. No ale wiem, jak jest – gra czasem robi rzeczy, a ja mogę popełnić błąd. Jakby nie było, stałem już chwilę na nogach, solidne jedzenie było też dość chwilę temu. Do tego, mimo że zdarza mi się wspomagać Monsterem Bad Apple (ponownie przypominam – przyjmę każdy hajs ;) ), to póki byłem w grze zdecydowałem być naturalsem bez żadnego dopingu, więc tylko woda i tylko woda.
Ostatecznie, gdy wystartowała runda okazało się, że faktycznie byłem najlepszą 12 z przewagą ponad 10% na tie nad większością 12 oraz zostałem sparowany z Jackiem, który był tylko niecały % ode mnie w standingach gorszy. Po przyjściu do stolika kiwnął tylko głową i wyciągnął rękę przekazując jasno swoją intencję – idziemy zgłosić ID. Jacek też swoją drogą jest starym wyjadaczem (trzecie miejsce Mistrzostw Polski 2009), więc z niejednego pieca chleb jadł. Rozmowa z takimi graczami jest dużo łatwiejsza, jeśli chodzi o sprawy turniejowe :).
Generalnie zawsze był ten dreszczyk, że coś może pójść nie tak, ale prawdę mówiąc, z mojej pozycji, jeżeli ktoś mógłby skończyć 9, to był to właśnie Jacek. Na szczęście nic się takiego nie wydarzyło i ostatecznie zakończyliśmy fazę SWISS kolejno na 7 i 8 miejscu.

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – standingi Destination sealed
Paprykarz 28-29 Czerwiec 2025 – Let’s Draft!
Oczywiście, jak wspomniałem wcześniej, te graficzki i ankiety dla topa, to moja robota i ten turniej nie był wyjątkiem, więc zabawne było dla odmiany samemu wypełnić własną ankietę, a potem zarchiwizować ten wynik w postaci grafiki :D.
Sam draft to nie jest zwykle jakaś specjalna historia i zwykle można przejść do złożonego decku i gierek. Zwykle. Ale to nie jest zwykły draft – to jest Final Fantasy, a ja jestem znany z tego, że stanie się coś dla fabuły – intencjonalnie, czy nie (pozdrawiam Gotreka ;)).
Więc nie obyło się bez historii.
Na początku warto wspomnieć o składzie tego top 8, bo jest nim cały zestaw znanych mi graczy, jak i moich przeciwników z poprzednich rund. Oraz każdy z nich za wynik zasługuje na wyróżnienie.
Kolejność losowa:
- Alan Andrzejewski
- Karol Mosna
- Dariusz Przybyło
- Jacek Skiba
- Konrad Ziemski
- Adam Bubar
- Mantas Bickauskas
- Radosław Michalski

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – Top 8 Destination Sealed Dariusz Przybyło
Ankiety pozostałych graczy z Top 8 znajdziecie pod tym linkiem na Facebooku.
Sędzią, który poprowadził nasz draft, był Roger Szczęsny i pod kątem proceduralnym cały draft odbył się perfekcyjnie.
Draft zaczął się dla mnie średnio. Moim P1P1 był Torgal – wierny wilczy kompan protagonisty z Final Fantasy XVI – Cliva Rosefielda. Wyglądało, że wracam na jasną stronę mocy. Potem wziąłem coś pokroju Vayne’s Treachery lub Overkill, aż pojawił się ON – Zodiark, Umbral God (i to o ironio, jak Sephiroth, w full alternative arcie xD), zwany także Eternal Darkness, czczony przez Ascian w Final Fantasy XIV, który włada mocą Ciemności (w Finalu zwykle ci dobrzy to Warriors of Light, a ci źli Warrior of Darkness, Chaos walczy z Cosmos, kryształy mocy, starożytni bogowie i takie tam ;)). Tak czy siak, pora była wrócić na prawilną ścieżkę villaina i zacząć składać MONO BLACK ZODIARK.
Od tego momentu brałem wszystko, co czarne z lewej czy z prawej, trochę countepickując karty, jak nie było nic ciekawego w czarnym, trochę zabezpieczając się, że gdyby coś poszło nie tak, to trzeba będzie coś dosplashować, a posiadany już Torgal dawał jakieś zielone wyjście z sytuacji, więc podkradłem ponownie Exdeath, Cloud of Darkness czy Raise the Chocobo. Za to najlepsze miało dopiero nadejść.
W trzeciej paczce, przy konsekwentnym podbieraniu czarnych kart, pojawił się inny ON – Vivi Ornitier w wersji FOIL. Przeglądnąłem tylko pobieżnie resztę kart i jak przystało na villaina napędzanego rządzą chciwości, wziąłem sobie tego Vivi. I z całkiem dobrym humorem dokończyłem drafta.
Po skończeniu zostaliśmy poprzesadzani, by poskładać deck oraz zarchiwizować przez sędziego wydraftowaną pulę.
Niestety, ostatecznie nie udało się wydraftować wystarczającą ilość mocy ciemności i musiałem się wspierać innym kolorem. Na moje nieszczęście każdy inny kolor psuł ideę grania Zodiarkiem, choć na początku ustawiłem deczek z zielonym wsparciem. Dwie zielone u Cloud of Darkness i ogólnie raczej early play Torgala powodował, że było zbyt duże ryzyko, że coś się zatnie, jak dodam za dużo koloru do mana base.
Ostatecznie wymyśliłem taki chytry plan, że dodam trzy białe karty i tylko jednego Plainsa i były to: Crystal Fragments, które po zagraniu mogę za czarną equipować i najwyżej go nigdy nie obrócę na stronę Alexandra; G’raha Tia, który nie dość, że może w late powalczyć w lataczami, to da potrzebny deckowi jakiś card advantage oraz Cloudbound Moogle, którego zadaniem było szukanie tego jednego Plainsa, a jak nie byłoby go w decku, to wyrzucenie się pod Ninja’s Blade :p. Ogólnie byłem zadowolony z tej decyzji, a deck prezentował się tak:

Relacja Paprykarz 28-29 czerwiec 2025 – deck z finałowego draftu
Deck z finałowego drafta:
I co, i to cała historia z tego drafta? Otóż nie, teraz miały się zacząć dziać rzeczy xD. Pamiętacie ten greed pick Vivi? To po złożeniu decku Karol Mosna z wielkim zaciekawieniem i zdziwieniem mówi do mnie, że co się wydarzyło, że puściłem mu Buster Sword? Ja mu odpowiadam, że nie puściłem ci żadnego Buster Sword, że co Ty do mnie gadasz, ktoś inny ci to musiał podać. Nie no, na pewno ty mi to puściłeś – dodaje. Nie mów, że nie wiesz, że mi podałeś taką bombę (xD). Która paczka się pytam w takim razie – odpowiada, że trzecia. I w tym momencie dotarła do mnie informacja, jak bardzo automatycznie mój mózg przerobił ostatnią paczkę – Vivi FOIL, brak czarnych kart, bierz Vivi i podaj dalej :D.
Przyznaję, Buster Sword by pasowało do mojego Mono Blacka bardzo i pewnie, jakbym go zauważył, to bym się zatrzymał myślą trochę dłużej nad tym pickiem. Z drugiej strony, jakby ktoś zbierał UR deck i by zobaczył Vivi, to też by miał solidne wzmocnienie, a przez to, że nie zauważyłem miecza, nie miałem tego problemu, by podejmować decyzję (dobrzy gracze w tym topie, drogi czytelniku, co nie? ;)). A dzięki temu mam kolejną historyjkę na całe życie :D.
Final Fantasy R VI – Alan Andrzejewski
Miejsce w końcowych standingach: 6
Alana znam nie od dziś. Przez te wszystkie lata gry mieliśmy ze sobą różne interakcje turniejowo i około medżikowo. Raczej nikt, kto go zna, nie ma specjalnie wątpliwości, jak dobrym graczem jest: nie byłem w tej grze faworytem i zdecydowanie nie miała to być prosta gra.
Alan w swoim drafcie uzbierał RG Beatdown z dużymi typami, których można się spodziewać w tym archetypie. Wspomagany przez Goobbue Gardener wpuszczał do gry Fat Chocobo, Hill Gigasa czy Titana. Ogólnie byłoby bardzo ciężko przetrwać taki beatdown, ale w obydwóch grach z pomocą przyszedł Zodiark, będący w stanie powstrzymać napór. Jednocześnie cały czas czułem nad sobą widmo tego, że stwory z trample przy jakimś odpowiednim dopaku są w stanie przemycić wystarczające obrażenia i mnie zabiją.
Ogólnie Zodiark okazał się kartą, która pokonała nas obydwóch xD. Otóż wielokrotnie pytaliśmy się o rulling i ile czego kiedy się dzieje, ale wygląda na to, że sędzia dwukrotnie nie zrozumiał do końca nasze pytania i skupił się za bardzo na tej konkretnej sytuacji, albo jakaś inna bariera komunikacyjna (nie rozmawiał po polsku) spowodowała, że nie ogarnęliśmy rzeczywistego gamestate. Ja już potem tak zgłupiałem, że wołałem sędziego i zagrywając Zodiarka pytałem się, co się dzieje :P (wspominałem już, że dobrzy gracze w tym topie? :D). W zasadzie potem wyszło, że zagrywając Zodiarka w jednego stwora u Alana, niechcąco oszukałem go, że ma poświęcić tego stwora, a Alan nie miał przeciwwskazań. Przepraszałem go później za to nieintencjonalne oszustwo. Na szczęście według mojej oceny wyglądało to tak, że nie wypaczyło to wyniku meczu. Mimo wszystko: cóż szkodzi przeprosić :].
W ogóle w drugie grze stał się najgorszy scenariusz, jaki mógł z moim splashem i w startowej ręce zatrzymałem i Moogle, i Plainsa. Mimo to późniejszy Blitzball w tempo z powodzeniem wprowadził Moogle w stół, by potem spokojnie zrobić followup z Zodiarkiem.
Final Fantasy R VII – Karol Mosna
Miejsce w końcowych standingach: 1
Lore w tej grze okazało się niesamowicie głębokie. W zasadzie podczas turnieju nie ogarnąłem pełnej numerologii i znaków, jak i układu gwiazd, które miały wtedy miejsce. Wszystko nabrało sensu dopiero później i dla fabuły – to tak właśnie musiało się stać. Graliśmy 7 rundę turnieju (Final Fantasy 7), ja tu według lore robiłem za villaina (w tym Sephirotha z fazy SWISS), a do tego Karol dzierżył Buster Sworda (główny miecz Clouda, głównego protagonisty FF7).
Ogólnie z Karolem znam się nie od dziś. Spotykałem go wielokrotnie na krakowskich turniejach, jak i w wielu innych w różnych miejscach Polski i Europy, grając o stawkę. Karol od początku rzucał na poddymkę, że pociśnie mnie Buster Swordem, który mu podałem. Nie ukrywam, że był to prawdopodobny scenariusz. Jeżeli dobrze pamiętam wszystkie kolory Karola, to grał Sultaiem, a gry ostatecznie sprowadzały się do tego, by w 5 turze faktycznie zagrać Buster Sworda i napierać, napierać i napierać.
Wprawdzie czułem, że ma mocniejszy deck, ale trochę mnie zaskoczyło to, że pomimo całkiem solidnego flooda w obydwu grach udało mi się długo tę presję wytrzymać. Być może istniej całkiem niedaleko alternatywna rzeczywistość, gdzie jestem w stanie ustabilizować te gry i je wygrać. W tym świecie to się niestety nie stało i po kilku dłuższych rozkminach (i mniejszy błędach) musiałem skapitulować. Popełniłem, atakując Cecilem, rytualne harakiri i skończyłem ten mecz (jak zostało zauważone z widowni) na własnych warunkach.
Kurz po turnieju
Tak się złożyło, że pomimo fazy Top 4 był to jednak ostatni mecz tego turnieju i chłopaki (Jacek i Karol) dogadali się w sprawie splita i Karol zgarnął invite, by grać sobie kiedyś tam jakieś fajne turnieje o fajniejszą stawkę. Życzę mu na nich jak największych sukcesów!
Po zakończeniu gier odebrałem swoje nagrody i wyruszyłem w stronę mojego stanowiska, by sprawdzić, ile pracy mi się układało przez ten cały dzień grania. No było tego trochę, na szczęście przede mną została cała niedziela, co pozwało jakoś to ogarnąć. Trochę zacząłem z tym zresztą już tego samego dnia niemal zaraz po turnieju, ale zmęczenie z nocy oraz z całego dnia grania jednak dało się już odczuć i zdecydowałem, że lepiej będzie odpuścić. Tym bardziej, że szanowny Pan Mysza wraz ze swoją szanowną Ekipą też powoli się zbierali by zamknąć site.
W związku z tym zabrałem się z chłopakami do nich do wynajętego mieszkania, bo w planie było zamówienie jakiegoś jedzenia wspólnie plus na miejscu zawsze można było liczyć na jakieś głupie akcje. Ale co się wydarzyło na Bobrowieckiej, zostaje na Bobrowieckiej, więc z tych wydarzeń historią was nie uraczę :>.
Niedziela i powrót
I generalnie na tym relacja mogłaby się skończyć, ale jak jeszcze pamiętacie jej początek, to jest jeszcze jedna historia warta zrelacjonowania.
Przenieśmy się więc w czasie do momentu, kiedy wszystkie turnieje Paprykarza się zakończyły. Gracze pozbierali swoje nagrody i łzy porażek do domu, a Pan Mysza i spółka zapakował samochody i zamknęli salę po raz ostatni tego weekendu.
Ja w tym czasie też byłem gotowy do drogi powrotnej i wyruszyłem w stronę najbliższego przystanku, by dojechać do Warszawy Centralnej. Na przystanku, ni stąd, ni zowąd, spotkałem jeszcze Patryka Wiśniewskiego, którego na Paprykarzu nie było, ale zamieniliśmy jeszcze parę zdań na temat tego, co tam w MtG świszczy.
Gdy sam dojechałem na dworzec, bez żadnych opóźnień, wszystko ładnie w tempo, to jedyne, co pozostało, to czekanie spokojnie na pociąg, który powinien mnie zabrać do domu.
Sam pociąg przyjechał według rozkładu, a wagon, w którym miałem zarezerwowane miejsce, był na samym początku i musiałem jeszcze zrobić parę szybszych kroków z moimi bagażami. Ale udało się zdążyć i zasiąść na miejscu bez problemów.
W zasadzie pomyślałem sobie – “Uff, zdążyłem”, dobiegając do wagonu, jednak wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę mieć tego czasu aż nadto. Gdy usiadłem w przedziale i porozkładałem rzeczy, padł nagle komunikat:
“Szanowni Państwo, ze względu na podejrzenie pożaru jednego z wagonu, przejazd zostanie opóźniony do odwołania. Czekamy na straż pożarną, prosimy się nie oddalać. O długości opóźnienia poinformujemy w następnym komunikacie. Za utrudnienia przepraszamy.”
Oho, sobie pomyślałem – to chyba ten powrót do domu gładko nie pójdzie. Mam nadzieję, że to chociaż nie mój wagon, tylko jakiegoś plebsu w ostatnich wagonach :P.
Po jakiejś chwili, razem z innymi pasażerami wyjrzeliśmy przez okno i dostrzegliśmy grupę strażaków biegnących w stronę dalszych wagonów. Zwiastowało to coś bardziej niż chwilowy problem, ale przynajmniej miałem na tę chwilę mocne przesłanki, że moja strefa na razie jest bezpieczna.
Minęło trochę czasu i w następnym komunikacie przekazano, że pożarowi uległy dwa wagony, które już zostały odłączone, ale na następnej stacji musimy się zorganizować i tam zostaną dołączone nowe wagony, które musiały zostać dopiero dostarczone. Po kilkunastu minutach ruszyliśmy w stronę Warszawy Zachodniej, a tam kolejny komunikat, że oprócz ponownego stwierdzenia tego, co już wiemy, dodano, że szacowane opóźnienie wyniesie 175 minut.
No tośmy sobie pojeździli xD.
Oczywiście każdy z pasażerów wypowiedział wszystkie znane przekleństwa w stronę PKP, choć jak wiadomo nic one w rzeczywistości nie zmieniły. W międzyczasie zorganizowana została woda i wafelki dla pasażerów. Ludzie się trochę porozchodzili po stacji, szukając jakichś pobliskich sklepów czy innego prowiantu szybkiej obsługi i niespecjalnie dało się w takich warunkach spać, na co miałem niemałą ochotę.
Korzystając z okazji, popisałem do różnych znajomych i trochę spodziewając się, że wezmę się za relację z eventu, to śmiałem się do nich, że tym oto sposobem moja relacja zyskała dodatkową stronę. No co? Gram w MtG, domyślnie szukam we wszystkim jakiejś wartości ;).
Mniej więcej po przewidywalnym czasie (dodano jeszcze naście minut później do szacunków, ale bez większego znaczenia przy całości) wyruszyliśmy już bez dodatkowych problemów.
Ale to też nie koniec tej przygody :P.
Dużo, dużo później, ale znacząco po czasie, w którym już miałem dojechać do mojego rodzinnego Nowego Targu na stacji w Rabie Wyżnej otrzymaliśmy komunikat, że brakuje napięcia w trakcji i szykują się kolejne opóźnienia. Śmiałem się do siebie, że tę trasę to już bym na rowerze w 30 minut zrobił. No ale roweru brak, a bagaży nie mało i znowu trzeba było czekać.
Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się parę razy na przejazdach i zwrotnicach, bo musieliśmy puścić na trasie inne pociągi, a nas według rozkładu na tych torach nie powinno już dawno być – ale było, jak było.
Gdy dojechaliśmy do stacji w Nowym Targu, już myślałem, że zaraz będę w domu. Wsiadłem w zostawiony pod stacją samochód i podczas jazdy zauważyłem jakiś nienaturalny korek. Okazało się, że akurat dziś zaczęli zrywać nawierzchnię akurat w stronę, którą jechałem do domu i musiałem swoje odstać na wahadłówce. Już miałem tak sprany mózg tym przejazdem, że nawet mnie to nie dziwiło. Na szczęście to już było moje ostatnie utrudnienie i tak od 23:50, gdy wsiadłem do pociągu w Warszawie, dotarłem do domu o 10 następnego dnia :).
Paprykarz 28-29 Czerwiec 2025 – Podsumowanie
I takie są właśnie są te wyjazdy na granie w karty. Wiele rzeczy się planuje, założy z góry, albo na papierze chociaż jakoś wyglądają. Ale w warunkach bojowych mogą się dziać różne rzeczy i przeżyć można różne przygody – raz lepsze, raz gorsze, ale jedno jest pewne – gdy wyruszy się z domu na tego typu wydarzenia na pewno coś ciekawego się może wydarzyć. Można przeżyć jakąś niespodziewaną przygodę życiową albo może się okazać, że to najlepszy turniej, jaki się w życiu miało okazję zagrać. To zawsze jest niewiadomą, ale Ciebie, drogi czytelniku, który dotrwałeś do samego końca tej relacji, zachęcam (jeżeli jeszcze tego nie robisz), by wybierać się na duże eventy poza granicami swojego miasta. Gier karcianych na rynku jest coraz więcej, każdy może znaleźć coś dla siebie, a wspomnienia i doświadczenia z tych wyjazdów zostaną z Tobą na całe życie.
Szczególnie, gdy tak jak ja, po powrocie usiądziesz przed komputerem i przelejesz tę przygodę na cyfrowy papier :).
Do zobaczenia i do usłyszenia.
Dariusz „Byłek” Przybyło – O sobie mówi: „Mam na imię Dariusz z domu Przybyło, ale od dawien dawna znajomi mówią do mnie Byłek. W gry gram od zawsze i od zawsze w ilości przekraczającej zdrowy rozsądek normalnego człowieka, na szczęście to u mnie normalność i czuję się z tym dobrze. Szczególnie przywiązany jestem do konsol Sony z serii Playstation, spędziłem przy nich większość swojego życia. Oprócz tego trenuję lub raczej trenowałem breakdance, bo niestety od jakiegoś czasu z przyczyn różnych jestem mało aktywny. Interesuję się również mangą i anime w ilości również przekraczającej przyjęte normy. W M:tG gram od Betrayers of Kamigawa, a pierwszym competetive deckiem, jaki złożyłem, był BG Death Cloud i od tego czasu lubuję się we wszelakich Rockach, co przy aktualnych trendach zwykle kończy się i tak na graniu Jundem. W środowisku znany jestem z pożyczania kart, a moim ulubionym formatem jest, było i będzie zawsze Legacy”.

