„Dupa” to główne kryterium oceny każdego większego turnieju w dowolnym formacie, ze szczególnym uwzględnieniem mojego ulubionego. Ten wdzięczny wulgaryzm, odmieniany przez wszystkie przypadki, pozwala w mgnieniu oka zrelacjonować przebieg wydarzenia, w którym czytelnik nie brał udziału, lecz z jakiejś przyczyny wciąż interesuje go ono dostatecznie, by taką relację przeczytać. To słowo – klucz o szczególnie uniwersalnym zastosowaniu dla medżikowców, wytrych, którego z rozmysłem będę nadużywał w niniejszym, możliwie krótkim, sprawozdaniu z niedzielnych rozgrywek w Legacy na warszawskim „BBB Challenge Episode 2”.
Zacznijmy od morderczych upałów, którymi umierające z wolna (jak Legacy) lato postanowiło pożegnać nas w miniony weekend. Kto nie zaznał rozkoszy spędzania ośmiu godzin w zamkniętym pomieszczeniu, ramię w ramię z kilkudziesięcioma nerdami serdecznie uśmiechających się doń szeroko wydekoltowanymi dupskami znad pasków od spodni, ten nigdy nie żył (w medżiku) naprawdę. Dla takich neofitów turniejowego grindu w oparach cudzej cielesności, skraplających się z sufitu prosto na boardstate trzeciej rundy swissa, BBB nie było najlepszą szansą na korepetycje ze szkoły życia. Radosne grono Black Bordered Boomers zapewniło swoim gościom (trajhardującym niekiedy już od piątkowego Old Schoola, przez sobotni Premodern, aż po omawiane Legacy) bardzo komfortowe warunki – przestrzenna aula ze świetną klimatyzacją, akustyką i lokalizacją, bez problemu mieszcząca pokaźne, frontalne bagaże doświadczeń 54 graczy. Żar lejący się z nieba tego dnia nie miał dostępu do zawodników, którzy mogli schłodzić głowy, rozgrzane ciężkimi matchupami, ogólnodostępną wodą.
Pierwsze brawa należą się tutaj zarówno za dbałość o detale, jak też za ogromny sukces w szerszej skali – rekordowej dla rodzimej sceny frekwencji, udowadniającej niezmiennie solidny potencjał rozgrywkowy polskiego Legacy (i to pomimo „dodupnego” stanu formatu, o którym pisałem już tutaj). W osiągnięciu takiego wyniku niechybnie pomogła trzydniowa formuła eventu, przeciągająca między formatami zarówno weteranów, jak i nowicjuszy oraz bardzie niedzielnych, nomen omen, graczy. Kolejnym atutem „BBB Challenge #2” były naprawdę godne nagrody (Force of Will i duale dla Top 8), motywujące do ruszenia dupy z kanapy, choćby nawet ustawionej w najdalszym zakątku kraju.
Szczęśliwe do ruszenia swojej nie potrzebowałem dalekiej podróży. Partycypację w warszawskiej nerdozie umotywowałem przed jednoosobowym zarządem małżeńskim szczerą chęcią zamiany pudła crapu na kilka obrazków z Władysławem Jagiełłą u sprzedawcy dostępnego na miejscu. Tu właśnie wystąpił pierwszy zgrzyt (można by rzec – dupa), bowiem na trzydniowym evencie w formatach z kartami z Reserved Listy nie było żadnego stacjonarnego vendora. Indagowani w temacie organizatorzy szybko jednak wyjaśnili problem kwestiami organizacji miejsca i zezwoleń uczelni, w której budynku gnieździliśmy się wszyscy, obiecując rozwiązaniem go w kolejnej edycji.
Podobnie sprawa miała się ze streamem z pierwszego stolika, który przez kłopoty z sensownym ustawieniem komentarza na żywo zamieniono w nagrania do opublikowania po turnieju. To kolejny poboczny, ale ważny element promocji zarówno turnieju, jak i formatu ogółem, zwłaszcza przy obecności zagranicznych graczy podczas niedzielnych rozgrywek. Maniacy Legacy chętnie chwycą tego typu content na Twitchu, w kraju i poza nim, czego dowodzą choćby świetne wyniki oglądalności niedawnego 4Seasons. To nieporównywalnie większy turniej, oczywiście, niemniej jego relacja na żywo wyglądała jak pół dupy zza krzaka, a wciąż wykręciła 11 tysięcy wyświetleń. Cokolwiek zbliżonego do poziomu przyzwoitości pozwoliłoby podnieść już wysoką jakość BBB, tak wśród rodaków, z różnych przyczyn nie uczestniczących w rywalizacji, jak też sąsiadów (wspomniana czeska reprezentacja, od lat pozostająca w relacjach z katowickim community).
Potencjał rozwojowy imprezy jest ogromny – dobre, wygodne miejsce, atrakcyjne nagrody, sędziowie biegający do judge-calli jak do pożaru, świetni gracze, z których można by ułożyć dwa lub trzy Top 8 pośród nowych twarzy (zapewne przyciągniętych przez dopuszczalność proxów, choć zwiększenie ich limitu wespół z szerszą promocją mogłoby jeszcze zwiększyć ich liczbę), różne Eternal Formaty dla koneserów nostalgii o kilku stopniach wysmażenia. Jeśli ekipa Black Bordered Boomers utrzyma ten poziom, poszerzając formułę o jeszcze kilka dodatkowych atutów leżących w zasięgu ręki (np. dostępności rozgrywek dla wszystkich zainteresowanych), może być to coroczny turniej docelowy nie tylko dla największych twardzieli.
Skoro już o twardzielach mowa, powiedzmy parę słów o tym, co turniejowiczom wywróżyły karty. Moje zeszłotygodniowe postękiwania o głębokiej dupie, w jakiej znalazła się „wiecznie umierająca” subdyscyplina MtG w większości pokryły się z rzeczywistością. Jednakże nawet mój dziaderski pesymizm przerosła skala dominacji UB. Reanimatory i Tempa straszyły nie tylko w obfitości, lecz przede wszystkim w wysokiej efektywności, przekładając się w Top 8 na 3 UB Reanimacje (Maciej Fidziński, Grzegorz Menzel, Alan Andrzejewski), prawie 2 UB Tempo (Krzysztof Mazurek oraz dziewiąty Bartosz Kryda), 1 UB Doomsday (Stanisław Olszak), a także 2 Show&Telle (UG Omni – Tomasza Hanik ; UR Sneak – Sylwester Strużyna) i 1 Mystic Forge (Bernard Sawicki). Nie dysponuję pełnym zestawem list, ale wiele innych odmian dwóch najlepszych talii przewalało się po stołach tego dnia, często wpadając na siebie i eliminując wzajemnie bardzo dobrych zawodników (Krzysztof Keliner, Tomasz Jabłoński).
Zgodnie z przewidywaniami, Nadu latało nisko i powoli, a wiele innych, wciąż obecnych konstrukcji nadających turniejowi niezbędnego kolorytu, obijało się na ostatnich stołach, niekoniecznie za sprawą dupowatości ich operatorów.
Meta tak homogeniczna to koszmar dla jednych, definicja competitivity dla drugich. Najlepsi gracze walczący najsilniejszym deckiem o najwyższe miejsca nie powinni dziwić ani brzydzić nikogo, tym bardziej, iż w wypadku samych tylko wspomnianych wyżej zawodników ich krajowe i międzynarodowe tytuły mógłbym opisać w osobnym artykule. Z drugiej strony Legacy przypomina obecnie wyścig Formuły 1, w którym najszybszy bolid z napędem nadświetlnym strzela laserami do dublowanych raz po raz kolekcjonerskich Syren, muzealnych Fordów T i genialnych prototypów ekologicznych aut na sok z kukurydzy. Sam miałem okazję zmierzyć się kolejno z MonoB, UB, UB i UB, przy każdej przegranej mając poczucie brakującej „jeszcze jednej tury” bez automatycznej odpowiedzi przeciwnika na absolutnie każdy moich trzystu dwudziestu świetnych planów medżikowego kung fu. Dość wspomnieć, że w całym Top 8 znalazł się 1 (słownie „jeden”) deck niebędący combem w żadnym aspekcie. Nie najlepsza reklama formatu, choćby nawet występowali w niej modele tak znani i kochani, jak wyżej wymieni.
Finalna prywata – trzeci z trzech w tym roku (a nie policzę już, który z kolei) turniej z łódzkim graczem w Top 8! Dupa zawsze trochę mniej zbita, gdy widzi się kolegę z teamu w najlepszej ósemce, zwłaszcza, gdy jak Staszek Olszak przełamuje klątwę wiecznego numeru 9. Udam się teraz na szczyt swej medytacyjnej góry, by rozważyć, czy udział w listopadowym Eternal Weekendzie ma sens. Być może z owych medytacji wyniknie mini seria artykułów opisujących tę samurajską drogę do mentalnego seppuku na wielkiej imprezie? Tymczasem – dzięki za tę nieco mniejszą, krajową, dokładnie taką, na jakie powinniście ruszać dupy, bez względu na formaty i ich kondycje.
Wiktor Werner – reanimator polskiego Legacy, twórca licznych turniejów, autor przydługich tekstów i laureat przypadkowych Top8 w wiecznie „umierającym” formacie.


