V edycja, czyli jak przestałem marudzić i pokochałem białe ramki

W tej historii nie ma bomby atomowej, ale mogłaby być, gdyby tak traktować magicowy Armageddon. W zasadzie nawet nie pamiętam dokładnie, jak to się zaczęła. Chyba Michał Pajek się do mnie odezwał z pytaniem o drafta, czy bym nie udostępnił info o evencie na togu i czy sam bym nie wziął udziału. W pierwszej kwestii miałem to zrobić, ale zwyczajnie zabrakło czasu. W drugim przypadku uznałem, że w sumie czemu nie, ale do samego końca nie byłem pewien, czy się wyrobię. Tak właśnie bliżej się poznaliśmy – V edycja i ja. To nie była zresztą miłość od pierwszego wejrzenia, ale już po kilku pierwszych pickach wiedziałem, że to będzie coś więcej niż chwilowe zauroczenie.

Jak dziś draftuje się set taki jak V edycja? Jak broni się on na tle współczesnych dodatków? Co było złe, a co fajne w doświadczaniu tego setu? Zarazo tym opowiem.

Na wstępie jednak słowo podziękowania dla tych, dzięki którym ten draft był w ogóle możliwy. Chodzi mi tu przede wszystkim o Radka Bilskiego. Z jego inicjatywy doszło do drafta. Potem mamy Maćka Sańprucha z kieleckiego Wargamera, który użyczył nam miejsca do zabawy. No i wreszcie są wszyscy ci, którzy wzięli udział w evencie. Miło było razem spróbować tego 'starego magica’. Tyle prywaty/reklamy. Możemy przejść do tematu.

v edycja box

Więcej zdjęć na fanpage’u kieleckiego Wargamera http://tnij.at/266065

V edycja w drafcie

Boxa zobaczyliśmy jeszcze na prerelease Dominarii. W sumie nic nadzwyczajnego. Ot, zwykłe, zafoilowane pudło. Trochę mniejsze niż te dzisiejsze. Takie się przynajmniej wydawało. Wrażenie robił co najwyżej fakt, że to ponad 20 lat przeleżało nie otwierane. Na to musieliśmy poczekać wszakże aż do draft weekendowej soboty (czyli do 28 kwietnia). Ten czas oczywiście szybko zleciał. Ledwo skończyliśmy pre, a już był Draft Weekend.

Na miejscu prawie cała ekipa była jeszcze przed czasem. Ba, nawet przed otwarciem sklepu. Tak nam się spieszyło do zabawy. Tak bardzo chcieliśmy poczuć atmosferę gry w starego Magica. Wkrótce zresztą poczuliśmy. Zaraz po otwarciu boosterków. Karty zwyczajnie śmierdziały. Do tej pory zresztą czuć od nich starą farbą. Może nie tak intensywnie jak na początku, ale jednak dalej można się sztachnąć. Ciekawe, kiedy im przejdzie. Naszą uwagę zwróciło też to, że karty były idealnie płaskie – żadnego bendingu, niczego. Jakościowo całkiem nieźle, choć z jedna karta chyba zaliczyła delikatnego miscuta ze względu na delikatne przesunięcie ramki w bok.

Drafta zacząłem od picku Serapha. Niby wolna, ale bomba. Potem było Incinerate. Na następnym picku wpadłem zaś na szatański pomysł i z premedytacją zacząłem go realizować. Z jednej strony wiedziałem, że jak mi siądzie, to będę miał dobry deck, trochę wrażliwy, ale ciężki do pokonania. Musiało tylko odpowiednio podchodzić dobrze i na drafcie, i w czasie gier. Z drugiej, wcale nie byłem pewien, czy czasem nie skończę z kupką wstydu. Do tego wiedziałem, że tak czy siak mnie znienawidzą. Takie decki powinny mieć bana. Powinny być zakazane. O co chodzi?

Cóż, po pierwszych dwóch pickach myślałem o jakimś Borosie. Czerwone aggro, podparte removalem i przynajmniej ta jedna anielska bomba. W oko wpadło mi jednak Circle of Protection. W poprzednich dwóch boosterach zauważyłem więcej innych kółek i mnie tknęło. Uznałem, że one do mnie wrócą, bo nikt ich nie będzie brać. Z paupera wiedziałem, jak te kółka kompletnie mogą wyłączać decki. Zacząłem je zbierać jak głupi. Miały u mnie priorytet nawet nad kreaturami. Przykład? W tym trzecim picku mogłem chyba brać Brothers of Fire. Wybrałem kółko. I to nawet chyba takie z protekcją na czerwony. Potem to już poszło. Jak kółek nie było, łapałem białe karty preventujące obrażenia. Szybko doszedł też Millstone, jako drugi po Seraphie wincon i już wiedziałem.

5 edycja, cops

COPs, czyli strzegący prawa gliniarze z V edycji

Pod koniec pierwszej paczki załapałem jakieś niebieskie crapy. Wciąż rozważałem WR, ale byłem otwarty na inne opcje. W połowie drugiej paczki zacząłem kombinować z czarnym. Dzięki temu w trzeciej paczce zebrałem profity w postaci dwóch Pestilence. Gdybym wiedział, że tak będzie, że ta karta w ogóle jest w piątej edycji, pewnie większym priorytetem darzyłbym Death Speakersów. Ostatecznie wylądowałem z jednym tylko, ale mając też White Knighta, który mi się trafił na dość wczesnym picku.

Muszę też przyznać, że część decków to były money/casual/EDH picki. W efekcie skończyłem aż z czterema Urza landami na co najmniej sześć w całym drafcie. Co więcej, w pewnym momencie zdecydowałem, że jeśli tylko uda mi się zebrać komplet, to na sto procent gram nim, choćby to było zupełnie bez sensu. Złożyć trona w limited byłoby zabawnie.

Raz zastanawiałem się, czy by nie hejtować Gloom, ale uznałem, że nie boli mnie to aż tak bardzo. Tranquility wydało mi się jednak już zbyt niebezpieczne, zabrałem. Pewnie co do części picków powinienem podejmować inne decyzje (np. powinienem był brać Broken Visage), ale generalnie jestem zadowolony. Stworzyłem absurdalny troll deck, który musiał mi przynieść sporo funu. Wyglądało to tak:

W zestawie powyżej brakuje jednej karty, ale przez redraft erek nie mam pojęcia w tej chwili, co to było. Deck ma mało stworów i nie są one przesadnie silne – to jego największa wada. Bazuje on na tym, że dobierze akurat te kółka protekcji, które trzeba. Albo wstawi w stół combo Pestilence/White Knight. Od początku plan był taki, że wysajdowuję po pierwszej grze niepotrzebne kółka, wstawiając karty z sideboardu – co sprawadzało się do korzystania z Paralyze, Castle, Alabaster Potion i kółek. Ostatecznie Potion chyba w żadnej grze mi się nie przydał, ale kółka i Castle wchodziły dość często. Pierwsza gra to zawsze miało być bardziej wybadanie terenu. Druga gra miała należeć do mnie, podobnie jak trzecia. A jak się uda wygrać pierwszą, to po prostu doskonale.

Jako wincony miały mi służyć: Millstone – moja opcja na przewinięcie oponenta, ładnie kombiąca się z kółkami protekcji; Pestilence – co oczywiste, do tego w połączeniu z kreaturami z protkami na czarny; Seraph – latanie i dobre statystyki po ustabilizowaniu się powinny pozwalać mi kończyć grę, nie wspominając o umiejce; Serpent Generator – manożerna, powolna machina do wygrywania w late game. Ta ostatnia karta wpadła do decku, bo sądziłem, że powtarzalność efektu w tym formacie będzie dobrą rzeczą mimo kosztu. Sądziłem, że atakowanie się małymi stworkami z 1 powera sprawi, że gry będą się toczyć przez wiele tur.

W kontekście samego drafta warto jeszcze wspomnieć o kilku rzeczach. Po pierwsze, bez podanego rarity każdy się zastanawiał, co w paczce jest erką (ponoć czwarta karta od dołu, nie jak w aktualnych setach – pierwsza po landzie, tokenie i ewentualnym foilu) – to głównie w kontekście późniejszego redraftu. Zarazem znikało przejmowanie się tym rarity i można było skupić się na faktycznym działaniu karty. Bez wnikania w szczegóły, była to naprawdę pozytywna, kształcąca rzecz. Po drugie, paczki były totalnie puste. Znaczy, z naszego dzisiejszego punktu widzenia. Owszem, były karty, które i dziś byłyby niezłe – White Knight chociażby. Sporej części kart byśmy jednak nie tknęli i nie wsadzili do decków, choćbyśmy mieli grać samymi landami. Taką kartą może być na przykład Heal. Mimo to udało nam się złożyć różnorodne, fajnie działające decki. Format okazał się być głębszy i ciekawszy niż to z czytania samego spoilera by wynikało. Po trzecie, trochę czasu musieliśmy spędzić na wczytywaniu się w karty. Grając taki set można szybko zrozumieć, dlaczego złożoność może być problemem, zwłaszcza na commonach. Sam zresztą miałem sytuacje, w których niby rozumiałem o co chodzi w kartach, ale ostatecznie to nie działało jednak tak jak sądziłem. Po czwarte, remindery to świetna rzecz. Macie wątpliwości? To powiedzcie bez sprawdzania jak działa Banding. A jak działa, gdy jeden ze stworów w bandzie ma Flying, a drugi go nie ma? A wiecie co to Islandhome? Na szczęście dziś łatwo to można sprawdzić w internecie, ale mimo doświadczenia z Magiciem momentami czułem się obco w tym środowisku i nie rozumiałem go – stąd przegapiony Broken Visage, zwyczajnie nie załapałem, co ta karta robi. To pewnie nie wszystko, ale to takie najważniejsze rzeczy, które zwróciły mą uwagę.

V edycja w grze

Jak deck i cała V edycja sprawdziła się w praktyce? Do pierwszej gry zasiadłem z Grześkiem Kozubowskim. Szybko okazało się, że gra on RG. Ja zacząłem od jakiegoś kółka protekcji czy czegoś, a potem wstawiłem D’Avenant Archera i jeszcze jakiegoś stwora. Następnie wystawiłem Pestilence i… zostałem brutalnie skarcony przez Earthquake’a. Z tej gry już nie miałem szans się wyciągnąć. Powinienem był zagrywać kółko protekcji na czerwony, które miałem w ręku. Chciałem jednak wykorzystać manę optymalnie oraz zyskać kontrolę nad grą i stąd to Pestilence. Druga gra wyglądała wcale nie dużo lepiej, bo zobaczyłem w stole kolejną erkę. Grzesiek zagrał Orgga i miał paru małych typków czerwonych na stole. Niby nic, a jedna bolało. Zresztą, nawet jak by ich nie było, to Orgg mnie skutecznie zaczął zabijać. Na niego nie miałem zaś dobrych blokerów. Jedyną moją nadzieją było dobranie odpowiedniego kółka – po sajdzie weszło to na czerwony oraz Castle – lub Serapha. Udało się z tym drugim i już myślałem, że jestem ustabilizowany – choć byłem na 6 życia – a tu nagle okazało się, że… przegrałem. Zrobiłem durny błąd. W kolejnej turze po wystawianiu anioła zadowolony z siebie zaatakowałem w powietrzu. Jaką głupotą to było przekonałem się, gdy Grzesiek przekręcił tego swojego czerwonego stwora w bok. Nagle zajarzyłem, że ten mój stwór to musi być ODTAPOWANY, a nie po prostu być w stole. Czytanie to skill, czytanie to tech, koncentracja i znajomość kart też się przydaje. Niewielkim usprawiedliwieniem dla mnie jest to, że Orgg – mimo teoretycznej prostoty – w praktyce ma skomplikowany zapis. Nie mam gwarancji, że ja bym tę grę wygrał, ale przegrałem ją w głupi sposób. Cóż, bywa – i tak grało się fajnie. Wyszła też jeszcze jedna rzecz – V edycja ma sporo kart, które dobierają karty z turą oponenta. Przykładem Portent, Heal, Mind Ravel czy Flare, którym chyba Grzesiek dysponował (mogła to być inna karta tego rodzaju, na pewno czerwona). Obaj zapomnieliśmy o tym dociągu co najmniej raz. Chyba. Trudno się było połapać. Jak by Grzesiek chciał, to by mnie tu mógł przycinać. Albo ja jego. To działa w obie strony. Kolejny dowód na to, że zbytnia komplikacja Magicowi wcale nie służy.

Druga gra to pojedynek przeciw Radkowi Bilskiemu. To był ten moment, dla którego draftowałem ten deck. To był ten moment, za który powinienem przepraszać. To były gry, które nie powinny się były wydarzyć. A jednak się wydarzyły. I to ja miałem z nich więcej funu. W pierwszej grze wszystko mi bowiem siadało jak złoto. Radek grał UG, które dysponowało m.in. Scale Wurmem (lub Craw Wurmem, lub oboma – nie pamiętam dobrze, było to w każdym razie duże, zielone bydlę). Były tam też inne solidne karty. Cóż z tego, skoro mi udało się wystawić wszystkie możliwe kółka na stół. Do tego wyłożyłem mojego wincona – Millstone’a. Radek co prawda próbował kopać się Krovikan Sorcererem po cokolwiek, co pozwoliłoby mu wygrać, ale nie miał nic takiego w decku. Miał jedną opcję w stole, która mogłaby mu ewentualnie coś zrobić – tę jednak wyłączyłem przy pomocy Cloak of Confusion. Mieliśmy przy tym trochę zastanawiania się, czy ja ją w ogóle dobrze zagrałem. Przyznać trzeba, że faktycznie może wpędzić w konfuzję – zgodnie z nazwą. Cloak trafił na – jeśli dobrze kojarzę – Clay Statue. Miała ona dodatkowo nałożony Carapace. Innymi słowy, świetny napieracz, na którego akurat nie miałem w stole żadnego kółka. W początkowych turach powstrzymywałem go za pomocą White Knighta i Tundra Wolves. Tę opcję straciłem,  chyba gdy zablokowałem podwójnie Statuę i Radek przejął mi D’Avenant Archera z Ray of Command. Nawet nie sądziłem, że ta karta jest w tym secie. Przed przejęciem strzeliłem Archerem w Statuę, Radek strzelił mi w wilka, wilk spadł, ale Statua też już obrażeń nie zadała – dostała bowiem obrażeń, przez które zadziałała regeneracja i wyszła z walki. Knight przeżył. Archer i Knight mogli mnie skutecznie bronić, ale bezpiecznie poczułem się dopiero, gdy Statua dostałą tego Cloaka. Teoretycznie powinienem zagrać to na swoją kreaturę, zmuszając oponenta do discardu. Większy profit miało jednak wysypanie się z kart na ręce i preventowanie obrażeń, dzięki odpalaniu abilitki przy każdym ewentualnym ataku. Nawet nie musiałem już statuy blokować.

Wysajdowałem niepotrzebne kółka za to niebieskie i Castle, w drugiej grze nastawiając się na podobną grę. Wyszło jednak inaczej. Okazało się, że mój deck może być prawdziwym aggro beatdownem. Najpierw Tundra Wolves, potem White Knight, potem drop za 3, do tego Angry Mob i Radkowi już sporo krwi upuściłem. Miałem też to szczęście, że już gdy się ustabilizował na ziemi, to ja dogranym Vampire Bats mogłem spokojnie atakować w powietrzu. Radek ratował się co prawda bouncem, ale ten latak zaraz potem wrócił i dalej zaczął atakować. Wysłałem też do grobu z Millstone’a Air Elementala, dzięki któremu moje ataki z powietrza mogłyby zostać powstrzymane skutecznie. Generalnie jednak – albo zabiłbym w powietrzu z obrażeń, albo bym przewinął. Deck w obu grach po prostu zadziałał tak jak powinien. Albo nawet i lepiej. Siadło idealnie.

W grze numer trzy zmierzyłem się z Markiem Hellmannem. Pierwszą grę przegrałem, mimo wystawienia kółka protekcji na czarny. Marek grał BG. Nie miałem jednak dobrej sytuacji i chyba nawet poszedł discard od Mindstab Thrulla. Problemem jednak większym tym razem okazał się… Millstone. Nie spodziewałem się zupełnie reanimatora. Zresztą, nawet gdyby, to i tak bym millował. Marek jednak wykorzystał to, że w grobie siedział Craw Giant. Przywrócił go sobie z Animate Dead. Ja nie miałem i nie dobrałem kółka protekcji na zielony… prosta gra. W drugiej grze to ja byłem agresją i to ja byłem górą. Niestety, nie pamiętam już za dobrze, jak tego dokonałem. Kojarzy mi się tylko, że powstrzymywałem przez jakiś czas Necrite’a przed atakami. Mindstab Thrull też nie miał za bardzo jak atakować. Do tego miałem kółko protekcji. Atutem w tej grze okazał się także Angry Mob. Jeśli dobrze kojarzę, to właśnie on wygrał mi grę już przez to, że powstrzymywał oponenta przed zagrywaniem Swampów. Problemem Marka było też chyba color screw oraz drogie dropy na ręce. W trzeciej grze niestety złapała nas terminacja. Sytuacja na battlefieldzie na ziemi miała charakter stagnacji. Ani ja nie mogłem nic zrobić, ani Marek. Co innego w powietrzu. Moje wampiry-nietoprze kąsały oponenta za dwa. Dwie tury terminacji – moja była zerowa – to jednak za mało, aby wygrać w ten sposób. Ostatecznie zająłem jakimś cudem drugie miejsce. Mistrzem V edycji i zwycięzcą drafta okazał się Grzesiek Kozubowski. 

V edycja mnie autentycznie zaskoczyła. Wydawałoby się, że tu naprawdę nie ma nic ciekawego. Tymczasem mieliśmy tak różne rzeczy na drafcie jak Aggro Mono Reda, mojego WB Prisona, UG, hmm Beatdown? nie jestem pewien jak ten deck określić, BG Value Reanimatora. Nie zarejestrowałem, czym grali pozostali gracze, ale powyższy zestaw już jest dość interesujący. Ponadto, wcale nie było tak drętwo, jak się spodziewałem. Nie powiem, żeby to miał być mój ulubiony format – to w końcu tylko Core Set, nie projektowany z myślą o limited. Pozytywnie mnie jednak zaskoczył. Na dłuższą metę V edycja pewnie by mnie znużyła, ale jako taki okazyjny drafcik – całkiem dobra rzecz. Było też bardziej dynamicznie niż się spodziewałem, a i decki były i ciekawsze, i bardziej zbalansowane niż oczekiwałem. Pewną wadą była siła erkowych bomb w secie. One tu naprawdę są mocne i strasznie zmieniają sytuację na battlefieldzie. Orgg mnie dosłownie przytłoczył. Earthquake zmiótł moje nadzieje na wygraną. Ale i niektóre uncommony mają podobny efekt. Przyznam też, że możliwość draftowania tych kółek protekcji trochę format psuje. Nie polecam też tego bez trafienia na drafcie kółka od artefaktów. Szarych (czy też brązowych) kart w secie trochę jest i jak Clay Statue są niegłupie. Draftowanie decku na protekcji i preventowaniu obrażeń jest czymś dość ryzykownym – byle Tranquility może zepsuć cały plan na grę. Ale też można w ten sposób złożyć deck, na który oponent nie ma żadnej odpowiedzi. Tak czy siak, grało się fajnie.

V edycja finansowo

Do redraftu trafiły takie syty jak Armageddon, Goblin King, Seraph, Hecatomb, Millstone, Game of Chaos, Mana Flare, Bottomless Vault, Truce, Earthquake, Sleight of Mind, Leviathan, Broken Visage, Orgg, Serpent Generator, Righteousness – to nie wszystkie karty, ale jak widzicie same syty. Z tego najdroższy jest biały hate na landy. Armageddon z tej edycji stoi koło 2 euro. Goblin King to niewiele ponad 1 euro. Reszta… lepiej nie mówić.

W secie najdroższe są Mana Vault, Sylvan Library, Birds of Paradise, City of Brass, Necropotence, Winds of Change, Lord of Atlantis, ally painlandy. Z ciekawszych kart są też Winter Orb, Zombie Master, Hurkyl’s Recall, Stasis, Howling Mine, Jokulhaups, Pox, Nevinyrral’s Disk. Nic z tego niestety nie padło. Trochę finansowo osłodzić nam boostery mogły commony i uncommony – tronowe landy (co najmniej 6 sztuk), Ashnod’s Altar, Nature’s Lore, Counterspell, Pyroblast (lub Hydroblast, kojarzę, że jeden z nich się trafił), Animate Dead, Urza’s Bauble, Nature’s Lore, Brainstorm, Portent, Atog, White Knight, Kismet – te trzy ostatnie karty to bardziej flavorowo nawet niż finansowo, ale fajnie, że były.

Oczywiście wymienione karty to nie wszystkie, które w secie coś były warte. Wymieniłem tylko te, które kojarzę. Wiele ponad to jednak nie było. Z punktu widzenia finansowego trzeba jasno powiedzieć – draft się nie opłacał. Otwieranie boosterów V edycji nie służy portfelowi, zwłaszcza w kontekście setów takich jak Mastersy i w kontekście ceny boosterów – średnio 7 euro z tendencją zwyżkową. Szanse na trafienie wartościowych kart są znikome. Set ma zaledwie dwie chase erki, a rarów w dodatku jest 132 – to jest ogromna loteria. Trochę ratują go commony i uncommony, ale nie na tyle, by nawet moneypickowanie miało jakiś wielki sens. Ceny kart w Stanach są co prawda odrobinę większe niż te europejskie, ale jak wielu z nas będzie sprzedawać za ocean?

Dużo lepiej opłacałoby się zagrać IV Edition. Tam jest Land Tax, Mana Vault, Sylvan Library i Strip Mine na uncommonie powyżej 10 dolców. Jest też trochę innych w miarę sensownych erek. Tracimy jednak na commonach i uncommonach, w których nie ma choćby Urza landów. Poza Stripem jest jeszcze commonowy Lightning Bolt i uncommonowe The Rack oraz Swords to Plowshares. Cóż, coś za coś. Jest też haczyk. Box IV edycji kosztuje około 200 euro… ale w wersji włoskiej. Wersja angielska to już wydatek 350 ojro. Dla porównania angielska V edycja to niecałe 300 euro, a portugalską na MCM można wyhaczyć teraz za 240 eurasów. Całkiem sensowną opcją jest też VI edycja. Tu jest jedna gorąca erka – Vampiric Tutor. Poza tym są landy, Lord of Atlantis… w sumie podobne rzeczy do piątej edycji. Ale są też trzy uncommonowe tutory – Worldly Tutor, Enlightened Tutor i Mystical Tutor. Byłoby pięknie, gdyby nie dostępność boxów. Nie powinno dziwić, że na MCM nie ma nawet jednego takiego w tej chwili. Ale i tak V edycja nie wygląda tak źle jak siódma. Koszt boxa to minimum 350 euro za hiszpańskie pudło, za angielskie trzeba dać aż 600 euro. Absurd, bo w środku jest tylko Ensnaring Bridge na erce powyżej 10 dolców, a z commonów i uncommonów Crypt Rats i Sleight of Hand. Jest niby trochę erek powyżej 3 zielonych, ale nie robią one dużego wrażenia. Chociaż tyle, że już są foile. Jak by kto pytał – w piątce, siłą rzeczy, jako że to wcześniejszy dodatek, ich nie ma. Siódemka była pierwszym Core Setem z foilami.

Czy w takim razie jestem zawiedziony? Bynajmniej. I w sumie mogę polecić każdemu, kto nie grał tych starych setów, a trochę ogarnia Magica i lubi się w niego zagłębiać, aby wziąć udział w takim drafcie, jaki my sobie zorganizowaliśmy. To była fantastyczne doświadczenie, odświeżające i dające sporo radości. Stary Magic wydawał mi się drętwy i nieciekawy, powolny i nudny. Nic bardziej mylnego. Było bardziej dynamicznie niż się spodziewałem. Białe ramki i stare karty, o których do tej pory sądziłem, że są brzydkie, nieestetyczne i zupełnie nieczytelne, naprawdę mi się spodobały. Może to efekt świeżości, ale wyciągnięty prosto z boostera nowy karton wygląda inaczej niż taki styrany wieloletnią grą, w wielu przypadkach jeszcze bez protektorów. Także stare grafiki trochę w moich oczach zyskały. Nadal uważam, że spora część z nich ma przaśny, amatorski charakter. Ale są też takie rzeczy jak Stream of Life. Cyfrowe wersje nie oddają ich uroku. Zdecydowanie warto je zobaczyć na żywo w niezniszczonej formie. 

V edycja była dla mnie okazją do odpoczynku, poeksperymentowania, zdobycia nowego doświadczenia i świętowania 25 rocznicy istnienia Magica. Jeśli tylko podejdziecie do sprawy podobnie jak ja i będziecie mieli okazję podraftować sobie taki stary set, to zachęcam was do takiej zabawy. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest ona dla każdego. Ale kto wie – jeśli tylko dacie szansę staremu Magicowi, może i was zachwycą białe ramki i będziecie od tej pory patrzeć na tę karciankę nieco inaczej?

I to w zasadzie koniec tej opowieści, ale wcale nie koniec zabawy z Magiciem tego dnia. W końcu trwał Draft Weekend Dominarii. To już jednak zupełnie inna historia, którą zasygnalizuję tylko zdjęciem z banalnie prostym do odgadnięcia rebusem.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze