Będę szczery – nie chciało mi się kończyć tego materiału. Kiedy się już coś zacznie, to nie można robić tego na pół gwizdka. Trochę grzebnąć, trochę ruszyć, a potem liczyć na to, że w końcu uda się do tematu wrócić i że jakoś to będzie. Nawiązując, poniekąd, do tematu wpisu – to trochę jak z miłością. Nie można trochę pokochać, albo tylko w weekendy, ale już na tygodniu to przerwa. Albo całkiem, albo wcale. Bez stanów pośrednich. A jak te się pojawiają, jak wkrada się niepewność, zwątpienie, zniechęcenie, to się dobrze nie kończy. W tym kontekście między pisaniem a kochaniem jest jakieś podobieństwo.
Ale dlaczego w ogóle ja tu o takich rzeczach piszę? Ano, rok temu Wizardzi dali nam okazję pograć z okazji Walentynek – tego „święta zakochanych”, które jedni wykpiwają, inni wykorzystują jako pretekst do randkowania, a jeszcze inni traktują całkiem serio. Jest jeszcze jedna grupa, tych co przy okazji zarabiają. Oni na tym wszystkim chyba najlepiej wychodzą. A format? Oczywiście Lorwyn.
Czytaj dalej