Grand Prix Warsaw oczyma Sołtysa

Po udanej towarzysko i słabiutkiej magicowo wyprawie do Wiednia nie było opcji, abym nie wybrał się na rodzime „Grand Prix Warsaw”, uczyniwszy uprzednio mocne postanowienie rewanżu. Jak to zwykle bywa rzeczywistość dosyć mocno zweryfikowała przedturniejowe nadzieje, pokazując mi dosyć dobitnie, jak czasem te kartoniki potrafią być okrutne. Jako iż o moim występie nie ma za wiele do opowiadania postaram się w tej relacji skupić na wstępnej analizie nowego formatu, tak pod kątem moich przemyśleń o sealed decku jak i o drafcie.

Zanim przejdę do meritum pragnę już na wstępie złożyć serdeczne podziękowania serwisowi Gamesmasters.pl za nieocenione wsparcie, bez którego wyjazd na tegoroczne Grand Prix Warszawa mógłby dla mnie stanąć pod dużym znakiem zapytania. Współdziałam z Gamesmasters już ponad rok i każdemu z Was mógłbym życzyć takiej owocnej i zarazem przyjemnej współpracy.


Wstępniak

Plan wyjazdu zakładał, że będę podróżował z jedną ekipą a nocował z inną. Z tego względu lista postaci dramatu nieco się wydłużyła od tej wiedeńskiej:

  • Pisiu (nasz driver i nasza opoka, łamacz formatów wszelakich, człowiek o supermocy pozwalającej wyczuwać alkohol lepiej niż psy policyjne i sprawiać, że potem on znika zanim się obejrzysz, niczym u Copperfielda),
  • Łysy (ma wbudowany w głowie wykrywacz służb mudnurowych, a jego mięśnie czoła są tak wyewoluowane, że potrafią utrzymać piwo puszkowe w horyzontalnej pozycji; ulubiona piosenka: „I’m blue dabadidabada”),
  • Obama (nadworny wesołek w samochodzie, tym razem był nieco podmęczony i ku powszechnemu zdziwieniu nie dokazywał tak jak powinien, ale jak się okaże skupienie przed eventem wyszło mu na zdrowie i jako jedyny z naszej samochodowej paczki wrócił do domu z tarczą, a nie na tarczy)
  • Chmurka (faworyta Obamy, a zatem pierwsza i zarazem ostatnia dama w tej historyjce, całymi dniami robi na akord tokeny 3D),
  • Ober (certyfikowany sensei trashtalku, w magicowym światku człowiek pół legenda – pół prawda – pół nieprawda; ojciec prowadzący Psychatoga i dobra, gospodarska dusza, dzięki której miałem gdzie złożyć umęczoną skroń w stolicy),
  • Galathar albo po prostu Emilio Joao Martinez de la Sosa Juarez Perreira Villa Goncalves Oliveira della Aspe (psychatogowy dłubacz, niby ciągle mu się nic nie chce, ale wypruwa z siebie kolejne teksty z zatrważającą regularnością; zanim mnie poznał i zaczął trollować moją tablice na fejsiku oraz oglądać moje drafty na skajpie jego życie nie miało sensu),
  • Gerwaz (przedstawiciel łódzkiej szkoły MtG tzw. „Sekty Tramplującego Andrzeja”, wykwintny znawca kobiecego piękna i nieodmiennie radosna dusza towarzystwa, ćwiczy Ju-jitsu więc lepiej nie podskakuj i od razu oddaj klaser!),
  • Sołtys, podstarzały jegomość bawiący się pół życia w kolorowe kartoniki; nowo mianowany książę limitowego obsysu w swojej nieskromnej, przyciężkawej osobie

Zacznę nieco poważnie. Otóż nie ma co kryć, dla typowego zjadacza chleba zarabianie tzw. godziwych pieniędzy z gry w Magica jest nieosiągalne. Wiele z czytających te słowa i nieco luźniej związanych z MtG osób zastanawia się zapewne – po co ci wszyscy ludzie wychodzą z casuala (gry towarzyskiej) czy lokalnych turniejów i uganiają się z motyką za słońcem, próbując swoich sił na imprezach rangi Grand Prix? Mówicie sobie, że to za wysokie progi i za duża inwestycja, ale ja nawet idąc 2-4 drop, jak to miało miejsce w ostatni weekend, nie potrafię powiedzieć, abym swojego wyjazdu żałował. Możliwość spotkania na jednej sali tysiąca osób, które dzielą tę samą pasję co ty i poczucia atmosfery rywalizacji na wysokich obrotach, to zawsze bardzo pobudzające przeżycie, którego nie sposób przeliczyć na kilka papierków z namalowanym Jagiełłą. Dodatkowo, kiedy człowiek siedzi w tym „biznesie” całe swoje dorosłe życie, krajowe Grand Prix jest okazją do spotkania setek bliższych i dalszych znajomych, z którymi zawsze miło zamienić kilka zdanek face to face. Prawie każdy taki wyjazd generuje ogromną ilość wartych do zapamiętania sytuacji, które potem ciągle wracają w rozmowach z cyklu „A pamiętasz jak na GP takim, a takim …”

Piszę to wszystko nie dlatego, że dopadła mnie nagła chęć do wspominania wydarzeń minionych, ale odnoszę wrażenie, że te 200 zł wpisowego i/lub ranga turnieju odstraszyły wielu ludzi. W efekcie na własnej ziemi zebrało się nas raptem 360 Polaków, co na kraj w którym gra kilka tysięcy osób wydaje mi się wynikiem nieszczególnym. Oczywiście nie chodzi o to, aby kogoś przyprowadzać na Grand Prix za rączkę. Chcę tylko zauważyć, że czasem warto spojrzeć na tę grę z wyłączeniem aspektu finansowego, czy nawet aspektu rywalizacji, skupiając się na chłonięciu tej niesamowitej chwili, kiedy setki osób jak na komendę otwierają boosterki i zaczynają przewracać kolorowe kartoniki. To naprawdę magiczne momenty (nomen omen), dla których warto grać w tę karciarkę.

Niech zachętą dla wszelkich niezdecydowanych duszyczek będzie wynik, jaki w Warszawie zrobił młodziutki i nikomu bliżej nie znany gracz z Torunia, Albert Strebejko (a nie Strelejko, jak błędnie mianowali go w swojej bazie Wizardzi). Chłopak grał pierwszy wielki turniej w życiu i z rundy na rundę przebojem przedzierał się ku najwyższym lokatom, odpadając z top 8 dopiero w ostatniej rundzie turnieju głównego. Ten wynik przekonuje mnie, że przy odpowiednim podejściu absolutnie każdy może z powodzeniem rywalizować w turniejach cyklu Grand Prix, bo nikt mi tu chyba nie powie, że jak zdobywasz 36 punktów, to miałeś farta przez 12 rund. Gratulacje Albert, obyś był następnym Julienem Nuijtenem!


Moje Grand Prix w telegraficznym skrócie

Jak już wspomniałem z początku, nie chciałbym się rozwodzić nad sobą w sytuacji, gdy nie pozwalają na to ani wynik, ani tym bardziej przebieg moich gier, które były dosyć jednostronne i raczej mało emocjonujące. Aby ten tekst miał jakiekolwiek pozytywne przesłanie i wnosił jakąś wartość dodaną, wolę się w głównej mierze skupić na analizie kilku zestawów, jakie dzięki uprzejmości ich właścicieli udało się zrekonstruować. Zanim to jednak nastąpi, bardziej z kronikarskiego obowiązku niż z realnej chęci, zapodaję mini raport ze swoich poczynań.

Dojazd do Warszawy przebiegał chyba najzwyczajniej jak mógł. Pisiu i Łysy odebrali mnie z Katowic oraz państwa Obamów z Poraja, po czym ruszyliśmy na podbój stolicy. Po kilku godzinach czatowania o wszystkim i o niczym byliśmy na miejscu. Tutaj nasze drogi się rozchodziły, bo ja miałem miejscówkę u Oberbe-Sana, podczas gdy pozostała część wozu spała na jakiejś pirackiej barce, przycumowanej na nieznanych wodach pomiędzy Pałacem Kultury, Stadionem Narodowym, a trójkątem bermudzkim. Po zlokalizowaniu Gerwaza okazało się, że Ober się zawziął i gra triale do turnieju głównego. Nie pozostało nam nic innego jak na niego czekać. Rozsiadłem się wygodnie i zacząłem czytać przywiezioną na takie okazje książkę („Czarnoksiężnik z Archipelagu” Ursuli Le Guin), raz po raz wymieniając uściski dłoni z wchodzącymi na site znajomymi. Gerwaz zaproponował mi użyczenie książki „Futbol Obnażony”, autorstwa anonimowego piłkarza, występującego w angielskiej Premier League. Jeśli jesteś zainteresowany lub zainteresowana futbolem od kuchni, to warto się z tą pozycją zapoznać. Czytało się błyskawicznie i zainteresowaniem.

Setessan Tactics - grand prix warsawW swojej drugiej próbie Ober wygrał dwa bye i byliśmy gotowi ruszać do jego hacjendy, gdzie niemal z miejsca rozpoczęły się najrozmaitsze grupowe rozkminy na temat formatu. Biały wydawał nam się bardzo mocny, przez co uznaliśmy, że bez wyraźnych powodów lepiej będzie go unikać w draftach. Zrobiliśmy nawet próbne rozłożenie 8 paczek i je spickowaliśmy. Wydaje się, iż w tym formacie występuje spora losowość jak na drafty. Możesz dostawać bardzo dużo niby-sygnałów, które tak naprawdę nimi nie są. Siadając w niefartownym miejscu możesz zostać strasznie skarcony mimo poprawnego pickowania, a siadając w szczęśliwszym spocie dobre karty same pchają się w dłonie. Podczas drafta, którego odpaliłem na MTGO przed pójściem spać, złożyłem bardzo solidne BG zbierając z pierwszej paczki trzy niesamowicie późne Satyr Grovedancery. Pierwsza partia z Borosem była raczej bezproblemowa. Niestety w drugiej rundzie posypały się mulligany i oponent z Setessan Tactics (swoją drogą strasznie nieuczciwa erka, której powera było mi dane posmakować również następnego dnia) w decku zrobił ze mnie ser szwajcarski. Oberowi nie poszło lepiej, ale miał niekorzystne prognozy mierząc się z Prognostic Sphinxem, regularnie wskakującym w piątej turce. Nie pozostało nam nic innego jak powiedzieć sobie, że jutro będzie lepiej i oddać się w objęcia Morfeusza.

Nadeszła wreszcie z dawna wyczekiwana sobota 10 maja 2014 i już na starcie sittingi rozwieszone na sali wywołały u mnie nieco stresu, bo nie było na nich mojego nazwiska. Musiałem na szybkości wydusić numer stolika, przy którym mam usiąść od samego scorekeepera (sędziego odpowiedzialnego za zbieranie wyników czy coś w ten deseń). Nieco spóźniony wydębiłem zestaw od przechodzącego z boosterkami arbitra i z hukiem usiadłem naprzeciw szczerzącego ze mnie zęby Konrada Sokołowskiego (słynny _Soku_ z mtgo), który już zaczął spisywanie swoich kart. Otworzyłem naprawdę mocną pulę z zabawkami takimi jak Fleecemane Lion, King Macar, the Gold-Cursed, Elspeth, Sun’s Champion i jeszcze jedną czarną bombą, która wypadła mi w tym momencie z głowy. Żeby nie psuć wam zabawy z konstruowania zestawów każdą decklistę będę wrzucał w spoiler. Zachęcam do samodzielnego składania, a potem skonfrontowania swojego buildu z moim. Po swapie otrzymałem taki oto zestaw:

Sołtys, GP Warsaw 2014

Białe (15)
Niebieskie (15)
Czarne (12)
Czerwone (18)
Zielone (19)
Artefakty i Landy (3)
Pobierz decklistę w formacie:MWSMTGOCockatrice

Spoiler

Na pierwszy rzut oka widać, że najsłabszy jest tu kolor czarny, w którym jedynymi pozycjami do rozważenia są łatwo splashowalne removale: Gild oraz Feast of Dreams. Pozostałe kolory są w miarę wyrównane. Wzrok przyciąga zieleń z trzema niezłymi erkami, ale niestety nie ma tutaj żadnej rampy i żadnej opcji na radzenie sobie z zagrożeniami ze strony rywala. Mając jakieś Time to Feed i Voyaging Satyra zdecydowałbym się na zielony bez wahania. W obecnej konfiguracji najlepszym kolorem, chociaż nieco wąskim, wydał mi się niebieski. Mamy tutaj silną erkę, grupę bardzo mocnych uncommonów, trzy fajne dropy na drugą turę i dobre opcje sideboardowe. Niemal z miejsca uznałem, że niebieskim po prostu trzeba grać w tym zestawie, ale wybór koloru nr 2 nie był już tak oczywisty i wydaje mi się, że zarówno green, white jak i red (na który się ostatecznie zdecydowałem) mają swoje za i przeciw. Bardzo lubię połączenie UG i od niego zacząłem składanie. Deck prezentował się nieźle, ale nie miał removalu i nie był w stanie w pełni wykorzystywać potencjału swoich najlepszych kart. Ułożyłem jeszcze pasjansa w kolorach UGb, UW, WG i WR zanim ostatecznie zdecydowałem się na pójście w Izzeta. Kilka spalonek i pingująca Oreada pozwalają na karcenie wczesnych zagrożeń. Planem na grę było narzucenie dużego tempa we wczesnych turach, a następnie zamiana naszych jedynek i dwójek w byczki za pomocą Hour of Need lub Polymorphous Rusha. Fianlnie mój maindeck wyglądał następująco:

Pierwsze 2 rundy to miłe złego początki, bo obaj przeciwnicy wyraźnie zepsuli swoje decki na poziomie konstrukcyjnym. Emmanuel, radosny Francuz po pięćdziesiątce, niepotrzebnie wcisnął się w trzykolorową konstrukcję, mając niesamowicie mocne RB z Dictate of Erebos i Forgestoker Dragonem. Problemy z rozłożonym po równo manabase nie pozwoliły mu za bardzo powalczyć z moim Hour of Need odpalanym w obu grach za 7. Jeszcze mniejszy opór stawił rywal z drugiej rundy, którego deck w kolorach BGw zaczynał coś robić w okolicach piątej tury.

Trzecia runda dawała nadzieję mimo porażki, bo choć we wszystkich trzech grach muliganowałem się do 6 kart, podjąłem zaciętą walkę z UW wypchanym bardzo silnym stuffem. Niestety w decydującej grze oponent dokupił swojego Polymorphous Rusha przede mną i zadeptał mnie czwórką  Sealock Monsterów. Ogromną robotę zrobiła mu też życiodajna owca 0/5, bez której nie byłby w stanie się wybronić na czas przed parą Sfinksów 4/4.  W czwartej rundzie przegrałem z WG, które mogłoby z powodzeniem pograć w block constructed. Zawierało same znakomite karty z parą Setessan Tactics, Fleecemane Lionem oraz  Banishing Lightem na czele.

Rundy 5 i 6 to już równia pochyła. Ręce z cyklu 3 Islandy 4 czerwone karty muliganowane do rąk 3 mountainy 3 niebieskie karty. Decki rywali nie powalały, ale mój najwyraźniej obraził się na swego pana i postanowił mi udowodnić, że jeśli potrzebuję przez 6 kolejnych tur jednego land dropa do wygranej (potrzebowałem piątej many na zabicie rywala z Polymorphous Rusha), to go nie dostanę, choćbym przeklął po wielokroć wszystkie bóstwa Therosa. Po takich przygodach straciłem chęć na dalszą walkę w turnieju i udałem się na na pobliską stację, aby osłodzić (a raczej upikantnić) sobie porażkę zapiekanką barbecue. Początkowo miałem plan pograć jakiś draftowy side event, ale czułem się tak natiltowany, że finalnie odpuściłem, skupiając się na kibicowaniu znajomym i doczytywaniu książki od Gerwaza.

polymorphous-rush-ryan-barger

Powróciwszy na site ucieszyłem się, słysząc stąd i zowąd, że wielu znajomych miało więcej szczęścia ode mnie i udało im się przecisnąć do niedzielnych rozgrywek. W drugim dniu znaleźli się m.in. Przemek „Ober” Oberbek, Kuba „Obama” Alama, Konrad „Soku” Sokołowski, Davy Loeb, Grzegorz „Ulrich” Kowalski, Alan „Siewca Wiatru” Andrzejewski, Lukas „Mariano” Przekora, Tymek „Kesil” Staniucha oraz Marcin Staciwa. Było za kogo trzymać kciuki. Po powrocie do domu odpaliłem drafta i złożyłem ciężkawego Borosa, który wygrywał wszystko jak leci wyłącznie dzięki potędze mitycznego feniksa z Born of the Gods.

Niedziela upłynęła mi na siedzeniu z Emilem (Gerwaz odpadł z GP w podobnym stylu jak ja i wrócił do domu już w sobotę wieczorem) przed laptopem i pisaniu dla was relacji przeplatanej draftowaniem na MTGO. Co prawda drafty szły nienajlepiej, ale otwierałem jakieś drogie erki, które amortyzowały straty w tixach do tego stopnia, że finalnie chyba nawet jestem na plus. Miałem okazję zamienić kilka zdanek z Timem Willoughby (autor lwiej części oficjalnych coverageów z Grand Prix), który okazał się super gościem z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie samego. Stestowałem swoją konstrukcję z silda z Emilowym UW i zostałem przezeń finalnie upokorzony. Jego deczywo było naprawdę mocne i przy typowych układach kart prało mnie za każdym razem. Szkoda, że redakcyjnemu koledze trochę brakło do ugrania day 2 (skończył 5-1-3).

Kolejne rundy rozgrywanych na sali eventów upływały i powoli wyłaniali się championi i pokonani. Największym zwycięzcą z mojej ekipy był bezsprzecznie Obama, który zrobił 17 miejsce, inkasując 500 dolarów. Dobrzy znajomi radzili sobie też ponadprzeciętnie w side eventach. Kuba Janeczek zrobił top 4 w sealdzie o 1000 €, a Tomek Krupanek wziął splita w bliźniaczym turnieju w formacie standard zgarniając 300 € i półtora tuzina paczek. Serdeczne gratulacje!

Gdybyście chcieli zobaczyć jak poszło wszystkim naszym rodakom zapraszamy TUTAJ
Pełna relacja z eventu jest TUTAJ

Plusy: masa znajomych w jednym miejscu i o jednym czasie, niezapomniane rozmowy, dawno zapomniane rozkminy, krążąca w żyłach atmosfera dużego turnieju, chwilowa ucieczka sprzed kompa, pierwsze (choć bolesne) koty za płoty w nowym formacie

Minusy: „kopcie mnie, a ja leżę i kwiczę” w rundach 4-6, bo trudno te pojedynki nazwać grami w magica


Bonus Stage czyli wnioski i zabawa w deckbuildera

Powiadają, iż porażka, która nie wzbudza refleksji, to porażka bezowocna. Wypada mi się zatem chyba choć trochę rozchmurzyć po weekendzie, bo obserwacja dziesiątek gier podczas Grand Prix przyniosła tych refleksji cały worek. Część z nich nie jest specjalnie odkrywcza, część nie do końca zachęca do obcowania z formatem, ale…  zresztą sami oceńcie:

1. Wiele gier było toczonych równo do momentu pierwszego „dużego” odpalenia czaru z mechaniką Strive. Widząc szansę na odpalenie zwielokrotnionego Setessan Tactics, Hour of Need czy nawet Ajani’s Presence najczęściej warto przeczekać kreaturowe wymiany w early, aby w pełni wykorzystać lategameowy potencjał tych cacek.

2. Z tego co napisałem powyżej wynika, że nie mając dobrych striverów w decku powinniśmy chętniej decydować się na wymiany kreatura za kreaturę i/lub removal za kreaturę. Jeśli rywal niespecjalnie kwapi się do wymian, które wydają się być dlań korzystne, to możemy niemal w ciemno założyć, że zbiera manę na zamienienie swoich miśków w sfinksy czy zrobienie nam innego akuku.

3. Pewnego sortu „nieuczciwość” striverów polega na tym, że nawet mając na ręku bounce czy removal w większości wypadków i tak nie jesteśmy w stanie wiele zdziałać na czar który targetuje kilka kreatur. Grając z oponentem, który miał w talii podwójną Setesiańską Taktykę zagranie Hubrisa w jednego ze stworów rywala sprowadzało się do pytania czy chcę się wymienić 4 za 1 czy 5 za 2. Jedyną pełnoprawną odpowiedzą na najlepsze karty ze Strive wydają mi się być kontry albo dużo removalu w decku (i pisząc dużo, mam na myśli DUŻO).

4. O ile w drafcie możemy mówić o lepszych i gorszych połączeniach kolorów (choć nie potrafię ich jeszcze uszeregować), o tyle w sealed decku te przekminy nie mają specjalnego znaczenia. Power level poszczególnych kart i właściwe mana curve są kluczem do sukcesu. Przekonałem się o tym dobitnie grając kilka testowych gierek z deckiem Emila. W typowej sytuacji nawet pomimo solidnych rozdań nie byłem w stanie niczego poradzić na ogromne dysproporcje w sile poszczególnych dropów.

5. Odnoszę wrażenie, iż widywałem na stołach mniej bestowerów niż w formacie czysty Theros i Theros + Born of the Gods. Z tego względu posiadanie najlepszych z nich jak emisariusze, Nimbus Naiad czy Leafcrown Dryad jest tym cenniejsze, bo pozwala przełamać stagnację na stole czy wymusić na rywalu wcześniejsze skorzystanie ze strivera.

6. Wbrew niektórym głosom nie wydaje mi się, aby format jakoś zauważalnie zwolnił. Tempo i wczesne dropy są bardzo ważne, a jak oddasz early bez walki, to potem podnieść się z kolan jest niezwykle trudno.

7. Karty, które zrobiły na mnie większe wrażenie niż początkowo zakładałem:

Reprisal – na większość matchupów spokojnie da się grać dwoma sztukami w mainie
Akroan Mastiff – na pierwszy rzut oka wydawał się co najwyżej ok, w praktyce jest znacznie lepszy i często grywam więcej niż jedną sztuką main
Armament of Nyx – możliwość unieruchomienia kreatury, na którą oponent nałożył bestowera czy kilka konterków z heroica jest  zwykle warta gry w mainie
Nyx-Fleece Ram – świetne do UW, gdzie wykonuje defensywną robotę w ealry game, a potem zamienia się w sfinksa z Hour of Need albo w jakiegoś byczka z Polymorphous Rusha
Crystalline Nautilus – nierzadko jedno zdradzieckie uderzenie wytapowanego rywala za dodatkowe 4 punkty obrażeń wystarczy, aby zmusić go do marnotrawienia sztuczek czy efektów bounce
Bloodcrazed Hoplite – chłopak potrafi w pojedynkę zniszczyć decki oparte na heroic
Aspect of Gorgon – generalnie niezłe, ale bardzo mocne na RG i Borosa
Deserter’s Quarters – według słów Obera ta karta w sildzie naprawdę daje radę i jak się zastanowić, to chyba warto traktować ją jako dobrą opcje na karanie rywali, którzy lubią stackować aury i/lub konterki na jednym celu

8. Karty które mnie zawiodły:

Satyr Hoplite, Lagonna-Band Trailblazer, Triton Shorestalker – jak nie masz w decku worka sztuczek i nakładek, to te jedynki nie są tak spektakularne jak się wydawały. W formacie nie uświadczymy już tylu ordeali, z którymi te pozycje błyszczą najbardziej
Leonin Iconoclast – nie jest to z pewnością Slayer of the Wicked fromatu, rzadko mieścił się w mainie
Font of Return – w typowej rozgrywce nie ma nie niego czasu
Starfall – 3 obrażenia w 5 turze to za mało w formacie, wolę Rage of Purphoros
Goldenhide Ox – łatwy to ubicia i przydrogawy, prawie zawsze masz w tym slocie coś lepszego


W dalszej części tekstu proponuję Wam wejście w skórę innej osoby i próbę optymalnego złożenia jej sealed poola z Grand Prix. Aby zadanie było bardziej realne za każdym razem można sobie ustawić stoper na 20 minut i próbować składać kolejne zestawy bez przekraczania tego czasu. W spoilerze pod każdym z sealed pooli umieściłem decklistę, a także wynik jaki zrobił jej kierowca i jego krótką opinię. Miłego składania!

Spoiler

ZESTAW NR 1

Biały (17)
Niebieski (14)
Czarny (16)
Czerwony (22)
Zielony (9)
Multikolory (2)
Artefakty i Landy (4)
Pobierz decklistę w formacie:MWSMTGOCockatrice

Spoiler

pokaż / ukryj

UW

Wynik: 5-1-3
Kilka słów od kierowcy decka (Emil Marcinkowski): Deck (i pool) lepszy niż kierowca. Może nie jest to 9-0, ale na pewno nie też 5-1-3. Myślę, że to Day 2 było w moim zasięgu i gdyby pilotował to ktoś bardziej ogarnięty, to by się dostał. Mimo wszystko jestem zadowolony i z buildu, i z poola (choć np. Lagonna-Band Traiblazer srogo mnie zawiódł). Grało się przyjemnie, talia była synergiczna i nie zmieniłbym niczego. Co najwyżej, bogatszy o doświadczenia z GP, podejmowałbym inne decyzje i grał bardziej uważnie. O tym jednak zamierzam napisać w swoim raporcie z GP, który będzie dostępny pod tym linkiem, kiedy go już opublikujemy.

Spoiler

ZESTAW NR 2

Białe (15)
Niebieskie (14)
Czarne (17)
Czerwone (15)
Zielone (16)
Multikolory (2)
Artefakty i Landy (5)
Pobierz decklistę w formacie:MWSMTGOCockatrice

Spoiler

pokaż / ukryj

UW

Wynik: 7-2

Kilka słów od kierowcy decka (Alan Andrzejewski): Gdybym miał coś zmienić w maindecku, to wypada Armory of Iroas, a wskakuje Quarry Colossus (wsadzałem go po 1 grze w kolejnych rundach). Jak nieco pogram w formacie może się okazać, że najoptymalniej było iść w UB.

Spoiler

"ZESTAW NR 3"

Biały (16)
Niebieski (13)
Czarny (16)
Czerwony (15)
Zielony (16)
Multikolory (3)
Artefakty i Landy (4)
Pobierz decklistę w formacie:MWSMTGOCockatrice

Spoiler

pokaż / ukryj

UG

Wynik: 6-3

Kilka słów od kierowcy decka (Andrzej Jaworowski): Deck skończył 6-3, było go stać na o wiele więcej. Można było złożyć coś mocnego dobierając do zielonego zarówno czarny, jak i biały, jednak chyba nic nie daje tak potężnej kombinacji jak Kiora, Sudden Storm, Griptide i całkiem dobre lataki. Złożyłbym go chyba tak samo.

Na koniec jeszcze raz serdeczne podziękowania dla Gamesmasters.pl za nieocenione wsparcie moich magicowych wojaży. Niskie ukłony dla zacnej ekipy towarzyszącej, w szczególności zaś Obera za użyczenie miejsca na noclegi. Jednocześnie przeprosiny dla lubej Przemka – przybycie magicowych nerdów wypłoszyło ją z gniazdka Osowiałej Sowy.

Pozdrawiam, Sołtys

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze