Spotkanie z EDH

To nie jest typowy tekst o EDH. Nie znajdziesz tu porad jak zbudować deck. Nie zobaczysz wypimpowanych spisów, ani nie przybliżę ci zasad działania formatu. Chcesz dowiedzieć się więcej o Commanderze jako takim? Poszukaj np. tutaj. Ale jeśli od jakiegoś czasu myślisz o tym, czy zacząć zabawę w EDH, przeczytaj. Może też ci się spodoba. I może kiedyś spotkamy się przy jednym stole. Ty usiądziesz ze swoim generałem, ja z deckboxa wyciągnę własnego legendarnego stwora i spędzimy razem trochę czasu, przekręcając kartoniki w prawo, dobrze się przy tym bawiąc.

– Ach, szukasz przygód i potrzebujesz generała, dowódcy, tak? Kogoś, kto poprowadzi twoje wojsko. Dobrze trafiłeś. O, wskażę ci wielu takich. Widzisz, odwiedziłem mnóstwo planów i znam wielu legendarnych wojowników. Kojarzysz Ir i tamtejszą Wyspę Turri, na której żyją giganci? A może byłeś już kiedyś na Iquatanie, gdzie w powietrzu wypełnionym ætherem fruwają świetliste meduzy? Pyrulea? Rabiah? Segovia? Xerex? Echoir? Coś ci świta? Każdy z tych światów zwiedziłem, ale jeśli szukasz lidera dla swojej armii, udaj się na Ravnicę. Tam na pewno znajdziesz godnego uwagi czempiona.

Mój pierwszy fizyczny kontakt z EDH to chyba przy okazji jakiegoś turnieju w krakowskim Dragonusie. Jak prawdopodobnie w każdym mieście, tak i tu przed FNMami i takimi mniejszymi turniejami na tygodniu zbierali się ludzie w sklepie, by poprzekręcać kartony. Coś kojarzę, że były tam nawet całodniowe posiadówy (także w pozaturniejowym czasie), a środowisko całkiem nieźle się trzymało pod tym względem. W każdym razie, akurat ktoś miał wolny deck, akurat była okazja, to się dosiadłem i zaczęliśmy grać. Dostałem do ręki talię, której w ogóle nie ogarniałem (Ghave), nie wspominając o tym, że nie ogarniałem także tego, czym grają pozostali. Zasady Commandera mniej więcej znałem, ale raczej się czułem w tym wszystkim jak figurant. I to tym bardziej, że grało nas chyba więcej jak cztery osoby, a stół był duży i nie bardzo miałem okazji nawet poczytać kart. Koniec końców nie zdążyliśmy nawet dokończyć zabawy, bo się zaczynał FNM czy coś (bodaj draft BNG), a braliśmy w nim udział. Słowem, to było tylko takie liźnięcie formatu. Przyjemne, ale wiązało się głównie z tasowaniem talii. I raczej mnie angażowały wówczas inne aspekty Magica – limited, standard, etc.

***

– Kiedyś nazywałam się Ses, a to były moje siostry: Oba i Cim. – Driada mówiła spokojnie. Jej słowom towarzyszył szelest liści i trzask wijących się niżej dębowych gałęzi. – Ale dziś nazywaj nas Trostani. Jesteśmy jednością. Jesteśmy głosem Selesnyi. W nas jest harmonia, porządek i życie. Pragniesz nas lepiej poznać? Pragniesz usłyszeć naszą historię? Kiedy nasze konklawe osłabło i członkowie gildii utracili łączność z parunem, Mat’Selesnyą, Drzewem Świata, weszłyśmy w głęboki trans. Pozwolił on nam przywrócić kontakt z żywiołakiem. Połączyłyśmy się z nim. Od tamtej pory przewodzimy całej gildii. Tyle wystarczy ci wiedzieć. Tak, troszczymy się o naturę. To widać w naszych ogrodach. Tworzymy miejsca, w których jest bezpieczna i każdy może podziwiać jej cuda. Nasze świątynie służą wszystkim mieszkańcom Ravnici. Jeśli szukasz oświecenia, jeśli pragniesz błogosławieństwa Mat’Selesnyi, odwiedź jedną z nich. To miejsca kontemplacji. Pragniesz, abyśmy wzięły udział w twojej wojnie? Nie, wybacz, potrafimy walczyć, ale nie interesują nas twoje intrygi. Selesnya pragnie pokoju, nie wojny. Odejdź. Nie marnuj naszego czasu.

***

Miesiące mijały, a moja ścieżka z EDH nie przecinała się praktycznie wcale. Wyjątek to jakieś tam wątki na forum czy przeglądy. Niby tliło się w tyle głowy, że może coś by złożyć. Jeszcze za czasów Ravnici wpadłem na koncept, że dołączę do reszty krakusów z deckiem na Trostani, Selesnya’s Voice. Nawet pannicę kupiłem, ale na tym się skończyło, choć wiele miesięcy później trafiłem na talię, którą mógłbym próbować kompletować. Brakło motywacji, czasu i pieniędzy. Mylnie podchodziłem do tematu, że może i EDH nie musi być jakoś bardzo drogi, ale bez posiadania Sol Ringów, Command Towerów i tym podobnych stapli nie ma co się w to bawić. Wszystko zmieniło się wraz z Legendary Cube.

***

– Przybywasz z Vitu-Ghazi, tak panie? Uważaj, abyś nie skończył jak Izolda – goblin jazgotał nieznośnie. Jeden z bezgildyjnych. – Nie słyszałeś o niej? Przewodziła kultowi Rakdosa przed Exavą. Przemawiała w imieniu uśpionego demona, ale była żądna władzy i potęgi. Przebudziła go, próbując przejąć nad nim kontrolę. Udało się jej. O, tak, Izolda była sprytna, ale miała pecha. W tym samym czasie Momir Vig knuł za jej plecami z resztą biomantów gildii Simic. Vig chciał wykorzystać przebudzonego Rakdosa, planując wysłać na niego wyhodowanego przez siebie stwora, Kraja. Miał zamiar odnieść wielkie zwycięstwo i w ten sposób przekonać mieszkańców Ravnici, aby dali mu pełnię władzy. Vig jednak został zamordowany, eksperyment wymknął się spod kontroli, a sam Rakdos doznał licznych obrażeń w walce z Krajem. To odbiło się na Izoldzie. Pozostali członkowie kultu wyczyli jej słabość i rzucili się na nią, rozszarpując jej ciało na kawałki, a potem je pożarli. Niedawno Rakdos powrócił. Jego czempion, Exava, walczyła niedawno z Emmarą Tandris, czempionem Selesnyi. Nie będzie zadowolona, gdy cię zobaczy. Nie przechodź, panie, przez te wrota. Kult Rakdosa to sami wariaci. Nie czeka cię tam nic dobrego.

***

Yup. Tak bardzo spodobało mi się granie singlowymi legendami, że poczułem chętkę na grę w EDH. Przy okazji doszedł hype związany ze spoilerami do Commandera 2015 i stwierdziłem, że coś z tym trzeba w końcu ruszyć. Zabrałem się za pudło z crapem i powyciągałem z wszystkie ciekawsze erki, jakie miałem z pre i draftów. Zrobiłem mały przegląd legend i się okazało, że wygląda to dość biednie. Coś tam się znajdzie, ale bez szału, a jeśli do tego wziąć zwykłe karty, to będzie to bardziej zlepek kart niż jakieś szczególnie sensowne konstrukcje. Na szczęście kołatała mi w tym wszystkim sygnatura Gizmoo z forum mtgnews.pl:

Faza 1: ludzie dopiero się uczą EDH, więc grają jakimiś preconami, randomowymi theme deckami, funowymi konstrukcjami poskładanymi z kart znalezionych w klaserze itd.;
Faza 2: ludzie zaczynają ogarniać format, ich decki stają się sensowne, synergiczne i przemyślane;
Faza 3: jakieś 2/3 ludzi gra combem, pozostała 1/3 gra staxem;
Faza 4: ludzie pukają się w głowę i mówią „Pieprzyć to, wracamy do fazy pierwszej”.

Jeszcze wypada mi tu tylko dodać, że to cytat z innego forumowicza, Spike’a. W każdym razie wpadłem w fazę pierwszą.

***

Gładki marmur lśni, ale gdzieniegdzie, w kątach, dostrzec można zaschnięte plamy krwi. Pod sufitem kłębią się girlandy łańcuchów. Na kilku z nich wiszą czerwone, poszarpane kotary. Na jeszcze innych wisi broń. Wyraźnie widać, że nikt tu specjalnie nie dba o oręż. Wyszczerbione, przerdzewiałe ostrza, połamane trzonki – ta broń zdecydowanie nie wygląda jak ozdoby. Raczej jak brutalne narzędzie zbrodni i to często używane. Świadczą o tym zwłoki przywiązane łańcuchami do solidnych kolumn. Niektóre z nich dyndają w powietrzu w teatralnych pozach. Przypominają dzieła szalonego lalkarza. Dopełnieniem tej makabrycznej inscenizacji jest trup, huśtający się w jednej z klatek nad buchającym z paleniska ogniem. W samym środku komnaty stoi skąpo odziana kobieta. W jednym ręku trzyma groteskowy miecz, którego twórca z pewnością cierpiał na jakąś obsesję. Ostrze upstrzone jest wielkimi zębiskami, zupełnie jakby kolce tworzące jelec nie wystarczyły. Druga dłoń trzyma zakrzywiony, karbowany sztylet. Albo krótki miecz. Lepiej nie mieć okazji tego sprawdzać. Rogaty hełm przysłania oczy kobiety, roztaczające wokół krwistoczerwony blask. Widać w nich wściekłość. Widać w nich żądzę. Ale widać też rozbawienie i zainteresowanie. Kobieta uśmiecha się szeroko, pokazując ostre zęby. Wreszcie uderza jednym ostrzem o drugie i mruczy drapieżnie:

– To będzie ciekawy dzień.

***

Zanim jednak opowiem o deckach i o tym co z tego wyszło, jedna uwaga. Początkowo uznałem, że jedna talia będzie rampowała się, bo generałem będzie Karametra, God of Harvests, a druga będzie stworkowym aggro na Mogis, God of Slaughter. Po namyśle poszedłem jednak po rozum do głowy. Wstawianie na stół niezniszczalnego enchanta z dość silnym efektem oznaczałoby mniej funu z gry i nieco bardziej restrykcyjne podejście do deckbildingu. Musiałbym nawkładać pewną liczbę Erase’ów, aby był sens w ogóle się bawić. Nie wspominając też o tym, że RB nieszczególnie miałoby jak sobie radzić z Karametrą. Być może są karty na tyle elastyczne, we wszystkich kolorach, że normalnie nie jest to problem. Kłopot tylko w tym, że trzeba je mieć, a przede mną było tylko moje pudło z crapem. Bogowie jako generałowie odpadali. Talie były jednak w pewnym stopniu pod nich składane, więc mieli wpływ na charakter decków.

Skończyło się więc na złożeniu dwóch talii. Oto one:

pokaż / ukryj

Trostani

Choć talia była robiona pod Karamtrę, to pasowała też do Trostani. Miała w siebie wbudowane dwa fundamenty związane z umiejętnościami tej legendy. W decku były duże stwory, dzięki którym mogłem zdobywać życie (to przy okazji, w końcu pierwotnie miały być mana sinki i duże stwory) oraz tokenoroby. Te ostatnie oczywiście wpisywały się w umiejętność populowania. Na zagrywanie tego wszystkiego miała pozwalać rampa. Oprócz paru funkcjonalnych kart (Acidic Slime, Eternal Witness), dorzuciłem także trochę removalu w postaci białych sweeperów. Miałem deck.

Druga talia, jako się rzekło, miała być agresywnym naporem opartym na stworkach. Wyglądała w ten sposób:

pokaż / ukryj

Exava, Rakdos Blood Witch

Talia na Exavie pierwotnie miała obracać się wokół Mogisa. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na wyrafinowane strategie. Nie miałem kart, które pozwalałby mi wydobyć z tych generałów ich prawdziwą esencję. Wyszło z tego więc tępe aggro ze smokami i demonami oraz sweeperami i jakimiś losowymi kartami. I tak było z tym mnóstwo zabawy.

***

Każdy balkon, każda galeria i każda kolumna zielenią się starannie wypielęgnowaną, uporządkowaną roślinnością. Tuż przed wrotami pną się wysokie drzewa. Zbyt małe jednak, aby przysłonić olbrzymią bramę. Za drzewami stoją dwa ogromne filary. Pomiędzy nimi znajduje się wejście. Znad portalu na przechodniów spogląda kamienna twarz, ozdobiona pozłacanymi ornamentami roślinnymi. Nawet tu, u podnóża niebotycznych schodów, wrota robią silne wrażenie. Bije z nich potęga, spokój i pewność siebie. Otoczona kultystami Rakdosa kobieta patrzy jeszcze przez chwilę na bramę. Wreszcie nakłada na głowę rogaty hełm, bierze miecz do ręki i wskazuje nim wrota.

– Czas zacząć zabawę. Spalcie ich!

Kultyści ruszają do ataku, ale nie jak karne, dobrze zorganizowane wojsko. Biegną szaleńczo, w bezładzie, jak rozradowany, świętujący tłum. Nad ich głowami z furią w stronę gildyjnej bramy Selesnyi frunie ciemnoskóry gad. Smok otwiera paszczę, a obok powietrze przeszywa błyskawica, trafiając kopułę jednej ze świątyń. Rozlega się grzmot.

***

Jak już miałem gotowe talie, usiadłem z bratem do stołu. Rany! Co się momentami działo! A przecież decki te mają typowo sklejkowy charakter. Tu kijek, tam belka, tu łata, tu trochę słomy, jakiś wiecheć – jest ściana, tu druga, tam trzecia, ale domem nie da się tego nazwać. Mimo to stoi. Decki okazały się mieć więcej ciekawych interakcji niż się spodziewałem i nagle zacząłem wszystkie te karty odkrywać na nowo. Uczucie było podobne jak w przypadku legendarnej kostki, choć mniej intensywne. Żeby nie było, tych interakcji nie było aż tak dużo jak w porządnie skleconym decku, ale wystarczyło do tego bym się podjarał formatem.

***

Kolejne natarcie goblinów właśnie się załamuje. Brzydale nie potrafią przebić się przez zwartą linię elfich rycerzy w pełnych zbrojach płytowych, na których lśni zielony symbol drzewa. Obrona walczy z determinacją i poświęceniem, tak jak można się tego spodziewać po członkach Selesnyi. Ale to nie tylko kwestia wyszkolenia i dyscypliny. To także kwestia przywódcy, którego obecność dodaje broniącym się otuchy i pewności siebie. Mężczyzna donośnym głosem komenderuje oddziałami. Gdy trzeba, sam włącza się do walki, z wprawą wykorzystując swą nietypową broń. Jego sural niejednemu obrońcy zdążył ocalić życie w tej potyczce.

Pod zniszczoną bramą pojawia się długowłosa elfka w srebrnobiałej sukni. Wskazuje ręką jeden ze szturmujących oddziałów wroga. Niemal od razu napastnicy znikają w paszczy kolosalnego, opancerzonego robala. Mat’Selesnya jest pokojowo nastawiona, ale wie jak się bronić bronić się. Nie stroni też od przemocy, gdy pokojowe metody zawodzą. Robal rusza więc na armię przeciwnika, zadając jej olbrzymie straty. Nagle zatrzymuje się i zastyga w bezruchu. Po chwili pochyla łeb i wężowym ruchem obraca się, sunąc tym razem w stronę wrót.

– Palcie, puszczajcie krwi i radujcie się! – słychać u podnóża schodów. Rusza kolejne natarcie.

***

Oto na przykład gram Trostani przeciwko Mirko Vosk, Mind Drinker (tak, potem złożyłem kolejny deck w innych kolorach; przewijarkę z przesadzoną liczbą mind controli, ale bez sweeperów). Generalnie mam przerąbane, bo co z tego, że na stole mam stwory skoro nie mam jak się przebijać. Te stwory to zresztą popierdółki, a część rzeczy brat mi poprzejmował – między innymi mojego Commandera. Najgorsze w tym wszystkim to, że brat ma Mirko w stole i mnie atakuje co turę. Ja mam pustą rękę, w grobie masa kart – następny atak Mirko mnie zabija. Dobieram kartę z topa i fortuna obraca się na moją korzyść – Eternal Witness! Dzięki tej karcie mogę wrócić z grobu Craterhoof Behemotha i moimi maluchami zaatakować za 100 (mniej więcej) z tramplem i wygrać. Pomogło też to, że brat się wytapował i nie miał na kontrę, ale to jakby zupełnie inna historia. Witnesska i Behemoth pięknie się kombią i to jest w tej opowieści ważne. Może to zresztą nie jest nic nadzwyczajnego, ale dało mi to zagranie sporo satysfakcji.

Takich sytuacji było oczywiście więcej. Szybko okazało się, że therosowi bogowie są przegięci, bo talie nie miały żadnego sposobu na to, by się ich pozbyć ze stołu. Nawet Karametra potrafiła zabłysnąć. Biało-zielony deck miał dawać tony many i faktycznie to robił. Ba, momentami miałem nawet problem z tym, że tej many generowało się za dużo, a za mało było opcji na jej wykorzystanie. Powiedzmy, że średnio na grę miałem 12 many, raz więcej, raz mniej. Dzięki gainlife’owi gry były dłuższe, a bombowe kreatury sprawiały, że na stole momentami było trochę stagnacji. Jednocześnie dzięki sile tych kart sytuacja w każdej chwili mogła się odwrócić o 180 stopni. Mogłem zatem grać tak jak lubię, czyli do końca – z nadzieją, że zaraz dobiorę tego jednego outa, który mi w decku pozostał.

O tym jednak, że decki te (oraz wspomniana UB kontrolo-przewijarka) nie były najlepiej skrojone niech świadczy to, że o ile ja starałem się tego generała zagrywać, to brat aż tak dużej potrzeby nie czuł. Po części tu rolę grało pewnie fakt, że format był dla niego nowością i nie był przyzwyczajony do gry commanderem. Wydaje mi się jednak, że w większej mierze należy winić za to sklejkowość decków. Exava mogłaby być jedną ze 100 kart w decku; nie ma znaczenia to, że jest generałem. Mirko podobnie, nie był konieczny do wygrywania, zwłaszcza że napakowałem talię mind controlami i drawem – a to już prosty przepis na katastrofę. Mirko okazał się zresztą przegiętą kartą, bo o ile WG (nim głównie grałem) miało parę odpowiedzi, to wystarczył sweeper/mind control i było po zabawie. Dlatego też jeśli ktoś będzie się chciał bawić w składanie decku tak jak ja, to zbalansujcie lepiej karty pod kątem power levelu. BR vs WG były w miarę na podobnym poziomie. UB było jednak odrobinę za mocne.

***

Piękne kwiaty, gęste krzewy i dumne drzewa płoną. Kopuły pobliskich świątyń leżą w gruzach. Żaden budynek wokół nie uniknął uszkodzeń. Pod ścianami ścielą się trupy goblinów, elfów, ludzi, centaurów. Jest nawet jeden demon, a na ścianie po lewej stronie wrót opiera się smocze cielsko. Ono też już się nie rusza, choć z nozdrzy jeszcze bucha dym. Zawalona kolumna zagradza fragment schodów przed bramą, służąc obrońcom za barykadę. Za nią szczerzy kły gromada leoninów, humanoidalnych kotów. Elfka w srebrnobiałej sukni stoi w samym ich środku. Obrońcy nie mają już większych szans. Przeciwnik nawet na moment nie przerwał oblężenia, cały czas wściekle atakując. Brutalna taktyka przyniosła efekty. Koty to ostatnie posiłki na jakie elfka mogła liczyć. Może mieć tylko nadzieję na cud. Armia wroga rusza i wreszcie dociera po ruinach schodów na sam szczyt. Prowadzi ją skąpo odziana kobieta, z dwoma groźnie wyglądającymi mieczami. Przed samym atakiem przystaje na chwilę. W tłumie leninów dostrzega elfkę.

– Emmara. Tym razem nie pomoże ci żaden zakapturzony łazęga – syczy, zaciskając dłonie na rękojeściach mieczy. W oddali niebo za kultystami robi się czarne. Na horyzoncie pojawia się ogromna, wychudzona postać. W ręku trzyma bicz. Jej sylwetka jest przezroczysta i skrzy się gwiazdami. Napastnicy ruszają do ataku. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Nagle, rozlega się grzmot. Potem kolejny i kolejny. Zaraz potem zza jednej ze świątyń, daleko za bramą, wyłania się monstrualna bestia, galopująca w stronę pola bitwy. Zaraz z impetem uderzy w napastników. Elfka wydaje rozkaz kontrataku. Czasem cuda się zdarzają – ma czas pomyśleć, zanim na jej drodze pojawia się pierwszy przeciwnik.

***

Jedną z najtrudniejszych rzeczy przy składaniu było obcinanie kart. Widać to zresztą bardzo dobrze, gdy ktoś przyjrzy się tym deckom bliżej. Wynika z tego liczba landów, która na ten moment wydaje mi się nieoptymalna. Zdarzały się gry, w których mieliśmy problemy z manabase. To skutkowało mulliganami. Liczba fixingu i rampujących kamyków tudzież dobrego utility też chyba taka sobie, a na dodatek nieoptymalnie dostosowana do talii. Jak na „sklejkę” z kart z pudła nie będę jednak narzekać. Nie miałem dostępu do stapli. Nie mogłem za bardzo przebierać (choć np. Evolving Wilds powinienem był wsadzić – mój błąd). Mimo to i tak miałem kłopot z tym, co zostawić, a z czego zrezygnować.

Wydaje mi się, że gdyby ktoś miał iść w moje ślady, to po ustaleniu generała i przejrzeniu kart należałoby rozpisać sobie, ile jakich kart potrzebujemy – ile landów, ile drawu, ile kamyków/manodajek, ile sorcery i instantów. Ja zrobiłem trochę na odwrót – zebrałem karty, a potem odkładałem te, które mi się wydawały najmniej funowe. W obu wypadkach grunt to określić, co tak właściwie chcemy deckiem osiągnąć, jak ma wyglądać nasza strategia, etc. Nawet jeśli w praktyce coś nie do końca będzie trybiło, to i tak trochę poznamy przy okazji reguły deckbuildingu. Otwiera się też pole do eksperymentów. Takie wyciąganie kart z pudła w jakimś sensie może nie tylko pomóc nam stać się lepszymi graczami, ale i jest jednym z dwóch najlepszych sposobów na wejście w EDH (drugi to precony). Lepszym na pewno niż netdeckowanie list czy granie cudzymi deckami.

***

– Dokładny raport jest tutaj, panie. Pomagaliśmy obu stronom, starając się nie faworyzować żadnej z nich. Obie pokazały swój potencjał. Ich czempioni wykazali się zdolnościami przywódczymi. To świetni dowódcy. Można to stwierdzić ponad wszelką wątpliwość. Wygląda więc na to, że osiągnęliśmy sukces. Nie wszystko było jednak idealne. Obie strony trochę ślamazarnie wystawiały wojska. Logistykę i zaopatrzenie zdecydowanie należałoby poprawić. Ale mamy na to czas. Będziemy nad tym pracować w przyszłości. Tak. Ci dowódcy wymagają kolejnych testów. Trzeba ich będzie jeszcze wielokrotnie sprawdzić, zanim skorzystamy z ich usług na innych planach. Sugeruję ponadto dalsze poszukiwania. Może się okazać, że jest od nich jeszcze lepszy kandydat. Multiwersum jest ich pełne. W końcu znajdziemy herosa, który będzie idealnie nadawał się do naszych celów.

***

Cóż mogę powiedzieć na koniec? Znajdźcie sobie chętnych do gry, weźcie pudło z crapem, poskładajcie z tego stukartowe decki i siadajcie do stołu. Odkryjecie inną stronę Magica. Nie tę kompetytywną – ją pewnie dobrze znacie. Tę casualową, która pozwala się cieszyć nie z dokopania przeciwnikowi, a z tego, że gramy wspólnie z rodziną czy znajomymi. Tę, w której jest ważne to, że siadacie razem i się dobrze bawicie, a nie frustrujecie, bo oppowi rzygło z topdecka lub zabrakło wam trochę szczęścia i się wam event nie zwróci. Tę, w której to nie zwyciężanie i wynik są najważniejsze, a zamiast tego liczy się przebieg gry i epickie zagrania, które w jej trakcie będziecie mieli. Na takiego Magica też jest czas i miejsce. Dajcie mu szansę, bo te emocje są tego warte.

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze