Part 1 – przybycie do Tsukuba

Mana wszelkich kolorów spakowana, księga czarów w plecaku, equipmenty na swoich miejscach. Zarzucam płaszcz planeswalkera i przywołuje w głowie obraz konstruktów międzyplanarnych. Kolorowe płaszczyzny przelatują mi w głowie. Nagle pęknięcie w powietrzu i granatowy wir zaczyna formować się przed oczami. Silny podmuch i ładunki elektryczne zbierające się na koniuszkach palców zwiastują długą podróż.

Brama otwarta – pora rozpocząć podróż do siostrzanej krainy Kamigawy, czyli Japonii.

 

Akademia prawie Tolariańska

Bardzo długo nie wrzucałem nowych wpisów do bloga, ale miałem ku temu sporo powodów, oto główny z nich: właśnie udałem się z ukochaną na półroczny wyjazd w celu studiowania zielono-niebieskiej magii, w National Institute for Environmental Studies, w mieście Tsukuba. Przy okazji wzbogacania mojego stażu naukowego chciałem uregulować trochę życie i poprawić własną dyscyplinę. Japonia idealnie się do tego nadaje – spokojni ludzie, cisza, prawie sami obcokrajowcy zajęci sobą, do tego idealne warunki w pracy.

W instytucie mam własne, ciche miejsce, pokój dzielę z czterema totalnie bezinwazyjnymi osobami, bardzo miłymi, pomocnymi, ale jednocześnie zajętymi sobą i nie narzucającymi się. Żadnej muzyki, krzyków, dziwnych zachowań, plotek, niepotrzebnych przerw w pracy itp. No i kolejna ogromna zaleta: papierkowa robota dla mnie nie istnieje, nie mam styczności z księgowościami, nie wypełniam tony dokumentów, mogę zająć się tylko sprawami naukowymi. Szef jest człowiekiem bardzo wyrozumiałym, posiadającym ogromną wiedzę, którą się bez przerwy dzieli, do tego daje ogromna swobodę.

Jak dodam jeszcze, że w przerwie po obiedzie mogę iść pograć w tenisa, baseball (narodowy sport Japończyków!) czy piłkę nożną – to zrozumiecie dlaczego potrafię siedzieć tu z przyjemnością ponad 8 godzin dziennie.

 

Magia wschodu

Właśnie z magią jest trochę problem. Japończycy niby tacy zwariowani, mają dostęp do gier, nasza karcianka jest wydana również po japońsku. Zauroczony wielkimi możliwościami gry, nieograniczoną opcją wymiany angielskich kart na skośne, zabrałem klaserek z kartami i zacierałem pazerne rączki.

Rzeczywistość niestety zweryfikowała na moją niekorzyść. Tsukuba nie ma ani jednego miejscu gdzie grają w MtG (przynajmniej, na razie nie znalazłem). Nawet nie widziałem jakiegokolwiek sklepu z kartami. Dopiero po długich poszukiwaniach, znalazłem w mieście obok (Tsuchiura) sklep organizujący regularne turnieje, lekkie 30 km, które miałem już zamiar przebyć rowerem. Miałem zamiar i na tym na razie się skończyło, bo po dwóch tygodniach ciągłego żaru z nieba (33 st. i więcej, do tego bardzo parno, niemal tropikalnie) akurat w ubiegły weekend postanowił sobie spaść deszcz. Nie taki tam kropiący luźniutko, ale klasyczna ściana wody. Na razie spasowałem.

W Tokio za to, jest ponad 30 sklepów z MtG, ale te wycieczkę zostawiam na później, bo trochę będzie mnie kosztować. Może wybiorę się tam na prereleasa? : ) Na razie odstawiam te plany na później, acz w wolnej chwili studiuję wszystko, co wiąże się z nowa Ravnicą. Mam zamiar napisać kolejny mega epicki, ogromny poradnik do limited, związany z tym światem. Wy zyskacie lekturę, a ja dzięki temu nauczę się kart na pamięć, aby mnie Japończycy nie przycinali ;p

 

Problem ze znalezieniem sklepu bierze się głównie z tego, że Japończycy mimo ogromnej chęci do pomocy mają ograniczony zakres informacji. Spędzają większość czasu w pracy, mają przez to mniej zainteresowań, rzadziej też spędzają czas ze znajomymi. Przepływ informacji i potrzeba ich zdobywania nie są zbyt wielkie. Jak powiedziałem o Magicu, to nikt z moich rozmówców nie kojarzył na początku, o co chodzi. Jak pokazałem im, że dwóch Japończyków zrobiło finał Mistrzostw Świata, to się ucieszyli, ale bez większej euforii. Z jednej strony łatwo tu się dogadać, sporo osób zna angielski, a jak nie zna, to można jakoś się dogadać na migi lub kilkoma japońskimi słówkami. Z drugiej strony jeśli nie wiedzą, co to za karty, to za dużo nie wyrzeźbią.

W internecie nie jest łatwo coś znaleźć, działa Store and Event Locator, to jednak wszystko. Oficjalna, japońska strona Wizardów sprawia mi problemy w obsłudze, poza nią jest już Dziki Zachód. W ogóle Japończycy nie lubią chyba zmian, bo jak coś działa dobrze, to ciągną temat w nieskończoność. Ich internet jest z lat 90. To jest przykład strony sklepu z MtG – http://members3.jcom.home.ne.jp/wanpaku_t/store.html. Niby taka nowoczesność, gadające kible z gadżetami, roboty, cuda, dziwy – a jednak w pokoju mam działające video, w naszej bibliotece jest wypożyczalnia kaset VHS, a w elektronicznym można kupić świeże kasety magnetofonowe.

 

Pocztówka z Państwa Środka

 

Skoro nie ma za dużo Magica, to uznałem, że w wolnym czasie trochę potrenuję. No i znowu rozczarowanie – tu nie ma szkół walki na każdym rogu… JAK TO NIE MA SZKÓŁ WALKI?! Przecież to Japonia, każdy zna karate, judo i aikido! A właśnie, że nie. Trochę tego mają we wczesnych szkołach, ale kto by miał potem czas dużo ćwiczyć? Tsukuba ma te, które wymieniłem,- oraz kendo i boks. Nic więcej  nie znalazłem. Słabo, bo chciałem potrenować MMA albo przynajmniej jiu-jitsu czy taekwondo, na te na razie nie trafiłem.

Tsukuba ma najlepszą sekcja judo w całej Japonii, ludzie z Polski przylatują tu na treningi. Jednak nie do końca mi pasuje bez złożonej walki w parterze. Karate to takie gorsze taekwondo, po co sie uwsteczniać? Kendo totalnie mi nie pasuje – latanie z kijem nie idzie w parze z MMA. Aikido nawet nie jest sztuką walki, jak mówią; „To sztuka Życia” i ogranicza się jedynie do defensywy – skip. Pozostaje boks, który jest daleko i drogo. Jak sami widzicie, jestem słabą baletnicą i zawsze coś mi przeszkadza xD

Wspomniałem jednak, że w moim instytucie można uprawiać sport w czasie pracy. Chodzę więc po lunchu na piłkę. Dwa dni w tygodniu, około godziny. Wydaje się mało, ale przy tutejszej pogodzie jest to wystarczająco. Gramy od południa. Dziś zaliczyliśmy godzinę w pełnym słońcu, przy takiej wilgotności, że wchodząc na boisko byłem cały spocony.

Pogoda na razie tropikalna, ale trzeba się nacieszyć, póki jest ciepło. Zima będzie dla nas niezłym testem na przetrwanie, no ale ten temat pozostawię na listopad albo grudzień. Zapowiada się bardzo „wesoło” : ) Póki co wesołe są małe trzęsienia ziemi, które trafiają nam się po kilka w tygodniu. Dopóki nie są w ogromnej skali, to jest śmiech i zabawa, jednak liczę, że nie doświadczymy żadnego większego. Tu można sprawdzić, co i jak nas trzęsło danego dnia: http://www.jma.go.jp/en/quake/quake_local_index.html. Te poniżej piątki można łatwo przegapić, przespać, nie poczuć.

Wracając do tematu piłki – znalezienie butów nie było proste, przy pierwszych zakupach okazało się, że numery kończą się jakieś pół centymetra przed moim. Noszę około 44 rozmiaru europejskiego, pasują na mnie buty o rozmiarze wkładki 28,5 – 29 cm. Tu sensowne buty kończą się na 28 : ) Nie poddałem się jednak, zjechałem parę sklepów i aby pograć w sakka (soccer po japońsku), wysupłałem resztkę kieszonkowego na jakieś świecące Adidasy. Ich numer 28 był ciut większy i na styk się zmieściłem. No to mam czym grać w National Institute for Environmental Studies!

 

Tsukuba Evelyday Riving

Przez całą moją karierę magicową, miałem trochę okazji do zwiedzania świata, jednak z braku funduszy nie ruszałem się poza Europę, a moje tripy trwały nie dłużej niż tydzień. Skipnąłem nawet 2 albo 3 Pro Toury japońskie, na które miałem zaproszenia. Szkoda, bo poza magicową turystyką poznałbym wcześniej ten cudowny kraj. Może od razu powiem, czym tu się zachwycać: cisza i spokój, o których wspomniałem na początku, to podstawa. Wszystko płynie tu swoim tempem, łatwo się zorganizować, skupić na ważnych sprawach. Na ulicy nie doświadczyłem nigdy agresji, nie widziałem niczego nieprzyjemnego. Nie widziałem jeszcze ani jednego bezdomnego, młodzi ludzie jak imprezują, to nie robią bardachy, w swoim gronie cieszą się jak dzieci. Rower można zostawić na ulicy i bardzo mała szansa, że ktoś go ruszy. Nieraz zapominałem wyciągnąć kluczyk z blokady, nieraz zostawiałem coś w koszyku rowerowym. Znajomy powiedział nawet, że zostawiał laptopa – nikt się nim nie zainteresował. W ogóle rowerów jest tu chyba więcej niż w Amsterdamie, po prostu wszędzie stoją rowery; jest masa ścieżek, parkingów rowerowych.

 

Jedynym przejawem buntu w Tsukubie są pstrokato ubrani młodzi ludzie (tak mniej więcej jeden na stu, może dwustu) oraz… GANG MOTOCYKLOWY! To jest dopiero kuriozum. Motorowi spotykają się jakoś po nocach, jak ludzie śpią, i przejeżdżają głośno, bez tłumików, główną ulica miasta. Po paru minutach wracają i koniec, jest cisza. Policja interesuje się nimi tylko jak bardziej hałasują niż zazwyczaj i jedzie za nimi, ale nie ingerują.

Z gangiem wiąże się jedna historyjka – jeden z tutejszych Polaków (a przyjeżdża ich sporo) narąbał się okrutnie i ledwo szedł. Został wrzucony do taksówki, ale chyba nie trafił do domu. Kiedy zataczającego napotkał gang motocyklowy, panowie się zlitowali i odeskortowali naszego rodaka do domu ^^

Poniżej obrazek z naszego hotelu dla naukowców – Ninomiya House. We wnętrzu jest przytulne patio, w którym często wieczorami spotykamy się na ploty. Mieszka tu obecnie siedmiu Polaków, o których wiem. Poza nami są jeszcze Chińczycy, Japończycy, Francuzi, Anglicy, Niemcy, chyba Amerykanie, Australijczyk, Hindusi. Nie do końca wszystkich ogarniam, ale klimat trochę jak z Erasmusa.

 

Jeszcze w w pigułce podam trochę spostrzeżeń:

– w Tsukubie Naruto praktycznie nie ma. Myślałem, że moja ulubiona kreskówka będzie wrzeszczeć z każdej strony, a tu lipa. Jest za to sporo One Piece’a.

– w każdym poradniku, blogu, przewodniku trąbią o wizytówkach, taka ceremonia, każdy ponoć ma wizytówkę, rozdają je często i z honorami, bla, bla bla. Nakupowaliśmy sobie gadżetów do wizytówek, zamówiliśmy druk, sami zaprojektowaliśmy pikne i oryginalne, a na razie nie ma komu dawać. Od przyjazdu, czyli przez dwa tygodnie, dałem jedną wizytówkę i tak trochę na siłę.

– często trafiałem na anglojęzycznych tubylców, także da się pogadać, ale trzeba się przyzwyczaić, że dla Azjatów L brzmi tak samo jak R. Niech Was nigdy nie zdziwi grass będący szklanką.

– w normalnej TV jest jeden zestaw programów – coś o jedzeniu, coś o polityce, jakiś show (ale daleko mu od hitów internetu), serial w stylu Mody na Sukces, czasem leci jakieś znośne anime. Poza tym sporo czasu antenowego zajmują gówna, w których najważniejsze gwiazdeczki panteonu poznają świat i dziwią się, jak on wygląda. Robią przy tym sporo min i ciągle wydają z siebie intrygujące eeeeeEeeeeeEeeeeE! Tak przynajmniej wygląda codzienna telewizja, nie ma w niej hentajów albo dziwadeł przebranych za jeszcze większe dziwadła. Jest rodzinnie. Za to na płatnych kanałach jest ponoć sodoma i gomora Grin

– jak już mówiłem nie ma hentajów… Nie ma hentajów! W sklepach jakiś sofcik, w telewizji tym bardziej. Może to urok spokojnej Tsukuby, zobaczymy, co Tokio będzie miało do zaoferowania ;]

 

Oishii!

Jedzenie wymaga oddzielnego rozdziału. Ile nie powiem, to i tak będzie za mało. Jedzenie jest bardzo smaczne i syte. Można oczywiście trafić na dziwny wyrób z ryby, ale zazwyczaj jest OK. Część naszych owoców i warzyw jest importowana do Japonii, stąd ich wyższe ceny, ale da się dużo rzeczy kupić z naszego podwórka. Znajomi sporo ogarniają, gotują sobie i przywołują smak słowiańskiej ziemi. Ja za naszymi daniami akurat nie latam, wolę próbować jak najwięcej tutejszej karmy.

Regularnie z moją ukochaną wcinamy sushi, takie marketowe jest bardzo tanie, zestawy zaczynają się mniej więcej od 12 zł. Wcinam, aż mi się uszy trzęsą. Różne sałatki, kotlety i słodycze również mi lekko wchodzą. Gorzej z wynalazkami – naleśnik o zapachu wioski rybackiej, słodycz będąca suszonym mięsem, olej z wasabi, tofu o zapachu czegoś brudnego – niespecjalnie przypadły mi do gustu.

Aha, jestem też ogromnym fanem kawy Georgia. Jak jesteście mega fanami Twin Peaks, to mogliście wpaść na jej cudowne reklamy:

 

 

Piję ją w pracy, w domu, w podróży rowerowej, na ploteczkach itp. Do tego sprawdziłem już z dziesięć rodzajów i każda nieźle smakuje. Kto by pomyślał, że zostanę fanem mrożonej kawy?

 

Tyle na dziś, jest 3:30 (w Polsce 20:30) a rano muszę lecieć do roboty. Niebawem postaram się dorzucić kolejną garść przeżyć i ciekawostek, może nawet coś zgarnę z frontu magicowego. Może tym razem nie dam tak długo czekać na kolejny odcinek bloga ;]

Pozdrawiam

– Ober

 

P.S.Tak wygląda Tokio. Życzę sobie powodzenia z szukaniem tam sklepów z MtG ;p

P.P.S. – Jak chcecie rzucić okiem na jakieś dodatkowe fotki, to dodaję je regularnie na moim facebooku.

 


mam śmieszną głowęInne części podróży po Japonii:

Planeswalking across Japan. Part 2 – magical!

Planeswalking across Japan. Part 3 – casual

Planeswalking across Japan. Part 4 – dodatek: Korea

Planeswalking across Japan. Part 5 – Tokyo

Planeswalking across Japan. Part 6 – instrukcja jak używać Japonii

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze