Part 5 – Tokio

Właśnie jesteśmy na etapie szału prereleasów Gatecrasha, lecz dziś chciałem cofnąć się lekko w czasie. Gatecrash mnie trochę zaabsorbował, więc nie miałem kiedy usiąść do bloga i teraz nadrabiam. Jakiś miesiąc temu miałem okazję przejechać się znowu do Tokio, odwiedzić sklep Tomoharu Saito „Hareruya” i zagrać tam Grand Prix Trial Sydney.

Lokalizacja GP dość egzotyczna dla Polaków, ale chciałem tylko obczaić, jak wygląda „ciut wyższy poziom Magica” w Japonii i pograć coś competitive. GPT okazało się świetnym wyborem, a sam sklep wywarł na mnie ogromne wrażenie.

Po kolei, zacznijmy od Tokio – o samym mieście wspomniałem w jednym z poprzednich wpisów, ale nie wiedziałem, jak ugryźć temat. Dziś podzielę się tylko kilkoma spostrzeżeniami i dorzucę tradycyjne informacje magicowe.

Tokio jest świetne, kolorowe, zabawne, ciut drogie i jest rajem dla nerdów. Miałem okazję pozwiedzać w przyspieszonym tempie; równie szybko ostrzelam Was fotkami jeszcze z poprzedniej wizyty w stolicy Japonii.

Foto-video-strzelnica

Tokio - bazaar of wonders

Na powyższym obrazku macie targowisko przy jednej z największych świątyń w mieście. Akurat tego dnia było jakieś święto, tłumy jak w częstochowskich pielgrzymkach, masa sklepików, turystów, odpust pełną gębą.

swiatynia w deszczu

Jakoś tak wyszło, że zawsze do Tokio trafiałem, jak padał deszcz. Nie ujmowało to ani trochę uroku miastu. Z okazji pogody kupiliśmy dwa takie parasole, z okazji słabej pamięci zostawiłem oba w Tsukuba Expressie.

Wszystko, co fajne, dzieje się w deszczu! Dla mnie Tokio wygląda właśnie tak jak w Ghost in the Shell.

2 tokio starbucks

Tutaj robiłem się na hipstera (jeszcze byłem posiadaczem przepięknej parasolki), że niby jem w Starbucksie na środku Tokio, przy najbardziej zatłoczonym i znanym skrzyżowaniu Kraju Kwitnącej – Shibuya crossroad.

tokyo widok

Tutaj widok z bodajże 45 piętra miejskiego ratusza. Takie „Tokyo Skytree” dla ubogich : ) Akurat jest wjazd za darmo i można podziwiać piękne widoki, za to wyprawa na „podniebne drzewo tokijskie” to już kosztowny i absorbujący czas rytuał.

Tokio - backstreet

Oto uliczka, kocham takie backstreety, jakieś zaplecza, małe przejścia z dala od tłumu. Tu powinien być jakiś pościg, strzelanina, albo przynajmniej wielka draka w chi… japońskiej dzielnicy.

Tokio - świnki

Jadłodajnia ze świnkoniną.

HARERUYA!

Saitoshop2Dla mnie zdecydowanie hitem tej wycieczki było zwiedzenie sklepu Tomoharu Saito, żywej legendy Magica. Sam turniej zrelacjonuję w pigułce, bo talia, jaką grałem, jest taką jednostrzałówką, która musi wpasować się w meta. Zresztą teraz wchodzi GTC i deck traci na świeżości.

Na turniej zabrał mnie japoński kolega Eiji, który chciał zagrać swój pierwszy poważny turniej i wybrał właśnie na tę okazję GPT Sydney. Wskoczyliśmy w podmiejski express, z niego od razu w metro i dość szybko trafiliśmy do sklepu.

Tu macie mapkę na stronie sklepu: http://www.houkago-magic.jpn.org/hmia/10/06/27_0736.shtml

Hareruya zajmuje jedno piętro sporego budynku, zaraz nad Seven Eleven, czyli klasycznym convenient storem, jakich tysiące w Japonii. Masz minutę, to między rundami możesz skoczyć na kawę, kanapki, kupić sobie słodycze, browar albo inne frykasy. Ogromny plus. W samym sklepie znajduje się zresztą automat z napojami – to chyba azjatycki standard.

Sklep obsługiwała masa ludzi, sam Saito siedział przez chwilę, a potem zniknął. Obsługa robiła wszystko – sprzątała, sprzedawała, pakowała single, otwierała boxy, szukała kart do zamówień, prowadziła turniej, sędziowała. Nie było momentu, aby odpoczywali albo się obijali (zresztą w Japonii kult pracy jest na swój sposób piękny, oni kochają i szanują pracę). Poniżej kilka fotek z opisem sklepu.

Saitoshop1

Kupowanie singli w sklepie wygląda tak, że siada się do komputera, loguje (tu jest strona z singlami: http://www.saitocardshop.com), robi zakup, przelew albo rezerwację kart.

Następnie wstawało się, szło metr obok do lady i prosiło o karty. W ten sposób pewnie od razu aktualizował im się stan na magazynie, szła informacja do opłaty podatku (Japończycy nigdy by nie kombinowali z jakimiś lewymi sprzedażami, wszystko musi być w 100% legalne!).

Saitoshop3

Trofea Saito – trochę tego naciułał. Kusi, aby pójść w jego ślady : )

Saitoshop4

Loteria fantowa! Można było kupić za 500 jenów los. Właściwie to losem była zakryta paczka z trzema kartami, w nich mogło się trafić jakieś literowe oznaczenie. Jak miałeś tam literkę „S”, to wybierałeś z puli S-kart (po prawej na zdjęciu). Poza tym, były także dwie pule ze słabszymi literkami. Oczywiście trafiały się też paczki bez literki, czyli wychodzi, że kupujesz 3 crapy za 500 jenów (ok 20 zł). Kolega trafił słabszą literkę i wziął za to promo Fact or Fiction. Ja trafiłem dwa puste zestawy i za 1000 jenów mam 6 skośnych crapów.

Była też jakaś maszyna, gdzie dostawało się losową koszulkę z kartami, w założeniu można było tam trafić jakieś hity, w rzeczywistości kupiłem tak koszulkę z 6 szitami ;p

Saitoshop5

Przykłady cen kart. Wybór ogólnie bardzo duży, ceny przystępne.

Saitoshop6

I znów przykładowe ceny singli. Przyjmijcie, że 100 jenów to około 3,5-4 zł.

Saitoshop7

Ostatni zestaw.

Saitoshop8

Zaplecze zajmowało jakąś 1/4 albo nawet 1/3 powierzchni sklepu. Tutaj mamy część obsługi, w sumie naliczyłem 10 osób! To znaczy, że może pracować ich ciut więcej na jakieś zmiany. Czysty hardcore, ale musi im się to opłacać.

Większość z nich to także gracze albo sędziowie.

Saitoshop9

A w prawym górnym rogu, w czapce macie właściciela. Liczy zapewne swoją zieloną manę w skarbcu.

Sklep wyglądał jak wielki magazyn z kartami, obok było miejsce na około 50 graczy i oczywiście automat z napojami oraz dwie toalety. Codziennie odbywają się tam turnieje, jak jeden się kończył, to zaczynał drugi. Nagrody szły tylko w punktach na sklep, więc płacili produktem. Raj dla graczy i dobrze prosperujący biznes. Jeszcze takie atrakcje w postaci loterii, na których można coś wyciągnąć, ale sklep i tak jest na plus.

Grand Prix Trial do Kangurowa

Niespecjalnie liczyłem na baje do Sydney, bo i tak bym się tam nie wybrał. Raz w życiu miałem zaproszenie na Worldsy do Australii, ale jakoś z Brzegowym i Wołowcem nie grzeszyliśmy wtedy kasą, a przy braku tanich lotów, nawet 1000$ gwarantowanej nagrody jakoś nie kusił. Wracając do tematu – na turniej wybrałem Bg Zombies. Mój rogue deck, którym tyrałem trochę na MTGO, na zmianę z Drzwiami_do_nikąd.deck i Epic_experiment_nikomu_nie_działa.dec. Drzwi najbardziej kusiły, ale nie miałem jak załatwić kart. Na szczęście Eiji miał większość kart do zombich, więc wybór był prosty. Musiałem tylko dokupić Lilianę, Vraskę i dwa Lolkowe Trolle.

Oddałem taki spis:

3 Forest
4 Overgrown Tomb
3 Cavern of Souls
7 Swamp
4 Woodland Cemetery
2 Evolving Wilds
1 Dreg Mangler
4 Diregraf Ghoul
2 Ulvenwald Tracker
4 Gravecrawler
1 Bloodline Keeper
4 Blood Artist
4 Geralf’s Messenger
3 Bloodthrone Vampire
4 Lotleth Troll
4 Deathrite Shaman
3 Golgari Charm
2 Liliana of the Veil
2 Rancor

Sideboard
1 Golgari Charm
2 Vraska the Unseen
2 Duress
2 Tribute to Hunger
2 Ultimate Price
2 Underworld Connections
2 Garruk Relentless
2 Appetite for Brains

Sideboard zawierał 2 Duressy, których praktycznie nie używałem. Z założenia miały trafiać w Sphinx’s Revelation. Poza tym, to lekko transformujący sideboard; na wiele decków, które potrafiły wytrzymać szybki napór i robiły spory advantage jakimiś Tuskami, Aniołami, Augurami Bolasa, wyjmowałem najczęściej 4 Diregraf Ghoule. Czasem leciało 8 jednomanowych Zombie. Na Mono redy wypadały Crawlery, część Messengerów (wchodzą tapnięte, schodzą od Pilara), na decki bez manipulacji grobem leciały Shamany, w ogóle osłabiałem tani napór. Zamiast tego wpadały wszystkie planeswalkery, Podświatowe Koneksje, czasem discard i removal – zależnie od matchupu. Ludzie się dziwili, że ich Pilary i tani point removal mało robi, młóciłem ich planeswalkery moimi Vraskami i w ogóle było zaskoczenie.

Tak na szybko:

1 Runda vs RBW Human-Vampire deck

Właściwie obie gry sprowadziły się do tego, ze przeciwnik zaczął z Thalii, a ja wstawiałem na blok Lotleth Trolla. Przeciwnik atakował, ja dopalałem, on chciał dobić Pilarem, a ja dopalalem dalej. W efekcie robiło mi się jakieś monstrum 6/5. Jest to możliwe, jak mamy 2 landy, trolla i poza tym same stwory na ręce. Ten deck ma prawie same ludziki, więc jest to możliwe. Takie rozdanie załatwia praktycznie gry z mono redami, trzeba za to uważać na decki bounce’ujące, jakieś Azorius Charmy itp.

2:0

2 Runda vs Rb zombies+vampires i exaltedowe landy

No tu za dużo nie pamiętam, ale znowu mam w zapiskach 6/5 trolla, jakiś mulligan u przeciwnika.

Pierwszą wygrałem lekko, potem po sideboardzie narzucił jakieś mega tempo i wykręcił na 1:1 bez straty życia. W trzeciej grze zadziałał mój sideboard, masą removalu oczyściłem pole, dobrałem życia z Tribute’ów.

2:1

3 Runda vs BGR Aggro Jund

W jego decku widziałem jakieś Gravecrawlery, Tuska, Huntmastera, Bonfire, Aristocratę i Lotleth Trolle. Tutaj była kluczowa jedna sytuacja – byłem o krok od straty całego stołu, kiedy przeciwnik zagrał overloadowane Mizzium Mortars. Na szczęście cały czas grałem spokojnie i trzymałem na ręce Golgari Charm. Nie tylko obroniłem stół, to jeszcze przeciwnik się do tego tapnął, nie miał many na regenerację Lotletha, którego nie umiałem przejść. Od razu strzeliłem z Trackera, wyczyściłem mu nim cały stół. Tutaj też miałem trzech Blood Artistów na stole, tego nie mógł wyciągnąć. Ogólnie combo Troll+Tracker wykastrowało wielu przeciwników w tym turnieju, zawsze trzymałem otwarte many na regenerację i strzał, starałem się grać kontrolnie, do okoła zagrożeń, nie pchałem wszystkiego bez sensu do przodu. Ewentualne mass removale broniłem Charmem i regeneracją Trolla, a także przywracałem do życia Crawlerów. Jedyny problem dla tego decku to Terminus, na niego muszę mieć w stole Bloodthrone Vampire, poświęcać Crawlery i mieć jeszcze na ręce jakiegoś Zombie. No sporo warunków do spełnienia, a i tak wychodziłem tu na minus. Jeśli podejrzewałem u wrogów Terminusy, to nie wysypywałem się za bardzo z ręki. Ten deck potrafił wygrywać po wejściu dwóch Tusków i dobieraniu żyć z revelacji, więc mógł pozwolić sobie na late game.

2:1

4 Runda vs RGB Jund

Skończyły się aggro i zaczęły się problemy. Tutaj advantage z Tusków, Smoków, Bonfireów i Huntmasterów zrobiło swoje. W pierwszej miałem flooda i tylko się długo broniłem Bloodline Keeperem, który swoją drogą jest całkiem syty i czasem z Bloodthrone Vampire czy Blood Artistą potrafi nagle się transmutować, a co za tym idzie wygrać szybko grę. Tu jednak nie dożył spokojnej starości. Drugiej gry nie pamiętam w ogóle, z notatek wychodzi, że bardzo długo się rozkręcałem i zabijałem wszystko, co się rusza. Masa removalu i powolny napór zrobił mi grę na 1:1. Niestety z takim wolniejszym jundem jest bardzo ciężko, musi wszystko dochodzić w idealnej kolejności, trzeba siedzieć z charmem na ręce, aby Bonfire wszystkiego nie zniszczył, jakoś magicznie trzeba dostawać i rozwijać planeswalkerów. Prawie nie do zrobienia vs jego haste, wilkołaki i directy. Trzecia gra była bardzo długa, przegrałem ją jakoś na styk, Liliana doszła turę po tym jak wygrałaby mi grę. Ale to nie wina złych topdecków, tylko bardzo nierówny matchup. Tu moja wygrana byłaby fartem.

1:2

5 Runda vs GWr Aggro

Przeciwnik miał w pierwszej screw. Wstawił mi dwa słonie 4/4 i się nimi bronił, ja zaś wrzuciłem Trolla, Crawlera i Rancor na niego. Moje chłopki szybko przebiły się przez jego obronę. Po sideboardzie wyjąłem wszystkie 1 mana dropy – Shamany, Crawlery, Diregraf Ghoule, zostawiłem chyba tylko jednego z Trackerów. Po co mam ich trzymać jeśli i tak nie przebijają się przez słoniska, centaury i anioły wchodzące w 2-3 turze?

W drugiej grze dostałem szybkiego healera i… 3 Bonfire na twarz Grin Po prostu cud! Gdzieś na początku jeszcze rzuciłem apety na mózg, który w nic nie trafił.

Przeciwnik zaczął trzecią od mulligana, czym mi lekko ułatwił. Pamiętam tylko, że chwilę się broniłem aż wszedł Bloodline Keeper i tak jak wspomniałem, dość szybko się transmutował FTV!

6 Runda – draw

Wzięliśmy remis niemalże z automatu. Widziałem, że mam niezłe taje, jakoś nie chciało mi się liczyć czy mogę spaść. Była tam szansa, że przy bardzo złych paringach i wynikach wypadnę, ale nie chciało mi się kombinować. Od razu po remisie zabrano nam decki. Sędziowie powiedzieli, że jest spora szansa iż wejdziemy do topa, a tam wszystkim robią dodatkowego deck checka. Przy tej okazji sędziowie sprawdzili mój numer DCI i bardzo się cieszyli, że jestem Mistrzem Polski. Przynajmniej tak mi powiedział kolega Eiji, którego jeszcze o to zapytali. How nice.

Chwilę później wszedłem do topa na jakimś porządnym miejscu, 4-1-1 dało radę. Chyba jedna dwunastka też się dostała.

Top 8 vs UWR midrange

No i niestety fatalny matchup. Tutaj deck się wykłada (dlatego też za bardzo go nie polecam). O dziwo, wygrałem pierwszą grę. Ułożyłem puzzle z 2 Blood Artistów, Trackera, Shamana, Trolla, a po drugiej stronie zobaczyłem tylko Anioła i drawy. W drugiej przesajdował się na wersję kontrolną. To akurat przewidziałem, ale moje Liliany, Garruki i Vraski nie bardzo chciały się pojawić. Zabił mnie Drogskol Ojciec i dwa Sphinx’s Revelation. Nie miałem naporu, nie miałem kontroli, moje stworki nie mogły się przebić. W trzeciej grze dostałem jakieś szybkie aggro na aniołach od przeciwnika. Ja za to siedziałem na mega floodzie. Niestety średnie decki lubią się zacinać w krytycznych momentach.

Tym oto sposobem zarobiłem jakieś marne Planeswalker Pointsy i dostałem kupon na 1000 punktów do sklepu, co odpowiadało 1000 jenów (około 35-40 złotych). Kupiłem trzy boostery, po czym zwinęliśmy się do domu.

Granie z Japończykami

Po moich doświadczeniach z Katsuhiro Mori, miałem fatalne zdanie o japońskich graczach, w ogóle jawili mi się jako przycinacze i cwaniaki. Jednak pobyt tutaj i gry z lokalnymi magicowcami odmieniły moje zdanie o 180 stopni. Jestem pod takim wrażeniem, że aż wydzieliłem na to rozdział xD

Standardem dla każdego gracza jest rozłożenie 7 kart przed rozpoczęciem gry i upewnienie się, że zobaczyłeś i potwierdziłeś, że wszystko jest ok. Jeśli formatem jest jakiś constructed, to co grę wykładają również tyłami sideboard i pokazują, że mają w nim 15 kart. Każda faza jest oznajmiana na tyle po angielsku, na ile potrafią. W sumie nie każdy przeciwnik parał się englishem, ale przynajmniej bardzo się starali i byli zawsze życzliwi. Zazwyczaj zaznaczali każdy step, każdy atak, upewniali się co do stanu żyć. Bardzo ładna technicznie gra. Może nie byli prosami, robili trochę błędów w grze i czasem zwracałem im uwagi na działanie kart (nawet japońskich, bo uczyłem się ich przed turniejami), ale ogólnie jestem pod wielkim wrażeniem. Znając ich wychowanie i kulturę nie wierzę, aby przycinali. Oczywiście pojawią się czasem cwańsze jednostki, ale to bardzo wyjątkowe sytuacje, jak wspomniany Mori-niech-mu-ban-na-zawsze-przyświeca-amen. Na turnieju azjatyckim nie bałbym się o to, że zostanę oszukany, na pewno nie tak jak czułem się w Hiszpanii czy innym gorąco-temperamentym kraju.

Z ciekawostek dodam, że na wszystkich pre jakie grałem nie było ani razu sędziego, ale nie było też żadnej kłótni, dociekań, warningów. Wszyscy spokojnie się dogadywali, jak mój przeciwnik mnie nie rozumiał, to ktoś ze stolika obok spojrzał i powiedział mu, że gram czar w odpowiedzi na jego czar i że tak można. No bardzo fajna, przyjacielska atmosfera. Była też druga strona medalu – jeden ze sklepów trochę nie ogarniał, więc gildie na pre RTR były losowane, widziałem jakieś ustawianie wyniku kostką, co nikomu nie przeszkadzało, a chodziło tylko o to, żeby ktoś wygrał mecz i nie było remisu. Ba! Nawet widziałem jak organizator nagle oznajmił, że skończył się czas i jest mu przykro, ale gracze muszą skończyć rundę. Dwóch jeszcze grało, spojrzeli się na siebie i z automatu jeden oznajmił – ok, to wygrałeś. Wszyscy byli szczęśliwi, żadnych dodatkowych tur, żadnych problemów xD

P.S. Taki miły akcent na koniec od Bylka, który niedawno wrzucił mi na fb posta:

Miałem wizje lub może sen albo halucynacje. Mniejsza o większość liczy się co widziałem, a raczej słyszałem – internetową audycje przez jakiś bliżej nie zidentyfikowany program do rozmów przez internet. Audycja nazywała się OberTalking i dzwonili do Ciebie różni ludzie zadając różne pytania. Muszę odstawić prochy.

Może to się wiąże, z moimi coraz większymi przymiarkami do robienia streama magicowego? Nazwę już mam – OberTalking : )

 


mam śmieszną głowęInne części podróży po Japonii:

Planeswalking across Japan. Part 1 – przybycie

Planeswalking across Japan. Part 2 – magical!

Planeswalking across Japan. Part 3 – casual

Planeswalking across Japan. Part 4 – dodatek: Korea

Planeswalking across Japan. Part 6 – instrukcja jak używać Japonii

 

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze