Part 2 – magical sakura!

Załamany podróżowałem krainą Tsukuby w poszukiwaniu innych Planeswalkerów. Na nic zdały się czary internetowidzenia, telepatie, pondery i te wszystkie sztuczki do podglądania górnych kart z biblioteki – przyszłość była wciąż zamglona. Traciłem nadzieję, że może istnieć jakaś magia tego miejsca, jakieś źródełko kolorowej many. Bliski poddania się chciałem już zawrócić z wytyczonej drogi i przerzucić się na zbieranie kart z baseballistami, aż tu nagle – światełko w tunelu! (oczywiście międzyplanarnym, a nie ciemnym i źle pachnącym).

Czarna mana zamigała w szklanej kuli, jedna wiadomość niczym z zaświatów: „Dear Przemek Oberbek.
I am belongs to M:tG circle of Tsukuba”

Słabo? Tak zaczynał się mail od pierwszego magicowca jakiego poznałem w Tsukubie! Mtg Circle zabrzmiało niczym cudowne YMCA lokalnych graczy. Ale od początku, jak to wszystko wykminiłem:

Wpierw bez sukcesu rozmawiałem z lokalsami i okazało się, że nikt nie wie co to Magic oprócz dwóch kolegów z pracy, którzy podśmiewali się pod nosem i mówili, że licealiści w to grali, a oni są zbyt poważni. Ok – złapałem aluzję.

Następnie szukałem po marketach, centrach handlowych, księgarniach i sklepach z zabawkami – totalna pustka, same karty z One Piece, Pokemonami itp. Magica nie maju.Sumimasen, sumimasen : („

Usiadłem, zapłakałem nad mym losem! Ale moje opiekuńcze bóstwa miały nade mną pieczę – łzy które roniłem skapywały na klawiaturę w odpowiedniej sekwencji aby w przeglądarce wpisać adres Store & Event Locatora Wizardów. Tyle wygrać! A jednocześnie tyle przegrać intelektu przed samym sobą, ehh. Przecież to było takie oczywiste, oj Ober.

Do rzeczy: wpisałem Tsukuba, Ibaraki, Japan, wyskoczyły sklepy, poklikałem w kilka, znalazłem najbliższy w mieście obok (w poprzednim blogu wspomniałem, że znalazłem coś w niejakiej Tsuchiurze, ale nie udało mi się tam dotrzeć), i wysłałem maila. Po paru dniach okazało się, że Pan Sprzedawca nie kuma ani słowa po engrishu, więc przekazał mój list swoim graczom. Dwóch z nich, bardziej ogarniętych w komunikacji międzyplanetarnej i zwyczajach gajdżinów (gajin – obcy, ufok, nie nasz, przybysz z planety małp, obcokrajowiec) wysłało mi maile. Takim sposobem poznałem Taroha – gracza, który mieszka w moim mieście i regularnie tyra w karcioszki – to ten ze wstępu, z Magicznego Kręgu Tsukuby. A także drugiego kolegę – Eijiego, z miasta obok, który wprowadził mnie w tajemniczy i ekscytujący świat mrocznej magii, pejczy i perełek do oznaczania życia, czyli pokazał mi sklepy magicowe w Tsuchiurze – sąsiednim mieście.

Tu muszę od razu powiedzieć o cudownej gościnności Japończyków. Nie tylko odpowiadali na wszystkie pytania, zaprosili mnie na drafty, pokazali wszystko, to jeszcze jeden z nich przyjechał po mnie z miasta obok, zabrał na wycieczkę po Tsuchiurze; pokazał sklep, do którego wysłałem maila, drugi, mega wielki sklep, w którym są regularnie prowadzone turnieje i w ogóle oprowadził po lokalnych zabytkach O_o’

Co za cudowny naród! Ale o samym sklepie i gościnności jeszcze się rozpiszę kilka pięter niżej. Na razie zacznijmy od mojego miasta.

 

Magia w Tsukubie…

Zanim przejdziemy dalej muszę Was ostrzec – tym razem wyszła mi mega fotorelacja. Jak używacie modemu telefonicznego, takiego, na który kładzie się słuchawkę i ściągacie wszystko z szybkością ładowania gier na Atari, to polecam natychmiast zmienić providera. Taki wstyd w erze internetu szerokopasmowego!

Materiały do bloga mnożą się jak tokeny z populate’a, a nie mam kiedy wszystkiego opisywać. KLĘSKA URODZAJU! No, ale już, spokój – nie rób scen. Jakość niezbyt dobra, bo waliłem na szybko fotki małą japońską małpką, czyli klasycznym olympusem, mam jednak nadzieję, że to Was nie zniechęci.

Wracając więc do tematu, poprzednio pisałem, że w Tsukubie nie ma ani jednego miejscu gdzie grają w MtG i, że nie mogłem znaleźć jakiegokolwiek sklepu z kartami. Lekko się pomyliłem.

To zdjęcie z tzw. sklepu stujenowego. Można tam kupić masę akcesoriów dla karciarzy wszelakich. Na przykład koszulki albo pudełka na karty za – nie do wiary – sto jenów. Czyli niecałe 5 zł. Klasery, koszulki do klaserów itp.

Sklepy stujenowe nieco różnią się od naszych sklepów „wszystko za 5 zł”, mniej więcej tym, że w polskich można kupić jedynie gówno, a tutaj po prostu przychodzisz po wszystko czego potrzeba i to w całkiem niezłej jakości. Kupiłem sobie w nich statyw metalowy do aparatu cyfrowego, klapki, pokrowiec na tablet, zegarek, akcesoria biurowe, lunchbox i kilka podstawowych rzeczy do domu.

Co do Magica – w moim mieście gracze spotykają się na regularne turnieje w Uniwersytecie Tsukuby – nazywają to miejsce Concordant Crossroadshttp://blog.livedoor.jp/c_crossroad/. Nie ma ich wielu, ale są nieźle zorganizowani i regularni, dostają salę na kilka godzin efektywnie ją wykorzystują. W poniedziałki od 18:30 do 21:00 są drafty, a w piątki leci 8-person w standardzie. Ponadto większość z nich ma decki do Legacy i gra między rundami, a czasem robią jakiś większy turniej Legacy w weekend. Poniżej fotka z drafta.

To był mój pierwszy draft, pisałem o tym na naszej fanstronie fejsowej, ale nie każdy musi z niej korzystać, więc się zacytuję:

„Drafta wdupiłem koncertowo. Pyknęliśmy 3x M13, zacząłem od pustej paczki, ale szły grywalne R/G. Szły i szły, więc je brałem, ale hitów nie było, rarów też nie. Kończymy zbierać karty a tu gość po prawej ma R/U, zaś kolejny R/G, z drugiej strony: gość po lewej G/W, i za nim typ R/G. Odcięli mnie od wszystkich sytów – poszedłem 1-2 ;p

Ciekawostki: graliśmy 35 minut na rundę, rozdraftowanie erek zaczynając od zwycięzcy, a ja karty sprawdzałem na mtgo w trakcie gry, bo nie wszystkie jeszcze ogarniam, dało radę ;p

W drafcie jeden gość mówił po angielsku ;p ale dogadywałem się z nimi na luzie”

Większość z nich zaczęła grac niedawno w mtg. Nie ma wśród nich żadnego mega prosa, jeden przyznał, że grał jakieś Grand Prix. Mimo to są nieźle ogarnięci, znają zasady, grają non stop, mają masę gadżetów; ładne pudełeczka, pełen zestaw tokenów, kostek, liczników no i masę kart do decków. Nikt jednak nie był zainteresowany wymianami ani handlem. Tak jakby im nikt nie powiedział, że poza sklepem gracze też mogą to robić.

 

… i magia w Tsuchiurze

Tsuchiura to stare miasto ze swoimi tradycjami  i mrocznymi zakątkami, zachowuje jednak spory urok. W małych uliczkach można znaleźć jakiś totalnie oldschoolowy sklepik, świątynię Shinto czy kawiarnię.

Jak wspomniałem, do miasta podwiózł mnie nowy kolega – Eiji. Pokazał mi wpierw sklep, którego nazwę zrozumiałem jako Waku-Waku Shop. Taka klitka ze wszystkim, świetny asortyment i 3-4 stoliki do grania. Tu na zdjęciu szef sklepu, Hattori i moja dziewczyna Rymi.

Warto tu wspomnieć o jej blogu: http://osowiala-sowa.blogspot.jp/, bo wrzuca na niego bardziej życiowe relacje z naszego wyjazdu i możecie sporo dowiedzieć się o zwyczajach Japończyków. Rymi przeczytała masę książek o kraju Kwitnącej Wiśni, łapie język o wiele szybciej i skuteczniej niż ja oraz wychwytuje wszelkie ciekawostki. Zresztą tu ma również wpis o Magicu http://osowiala-sowa.blogspot.jp/2012/09/blog-post_16.html, wyprzedziła mnie z opisem sklepów Tsuchiurskich ;p Będziecie mogli posmakować Magica i Japonii bardziej obiektywnym okiem.

Opiszę pewnie to samo, ale swoimi słowami.

Koszulki, akcesoria, karty z różnych gier. Na obrazku także boostery M13 po 330 yenów, czyli na dzisiejsze 13.1 zł. To również cena zestawu sushi, albo dwóch butli soku, albo trzech puszek napoju z automatu, albo taniego dania na stołówce. W skrócie – cena jak nasza, ale booster jest relatywnie tańszy dla Japończyka. Co zresztą widać po graczach, kupują sporo kart, nie narzekają, nie kombinują no i chyba nie wymieniają się ;p

Avacyn restored za 400 yenów, czyli 15.88 zł.

Tutaj kontynuacja gier, o których nie miałem nigdy pojęcia i zawsze przydatny Pad do Playstation. W sumie, to chyba nawet całe PSX, a obok niego bębenek do bardziej manualnych gier.

A tutaj rozpiska turniejów z ogłoszeniem na temat prereleasa RTR. Turnieje rozgrywane są regularnie. Friday night w standardzie co piątek o 19:00 oraz większe, comiesięczne turnieje.

No i tutaj rzut okiem na jakiś weekendowy turniej, aczkolwiek nie był to Magic. Długo nie posiedzieliśmy, wymieniliśmy japońsko-angielskie życzliwości z panem Hattori i zebraliśmy się do sklepu o bardzo oryginalnej nazwie.

Sakura Shop

Miejsce absolutnie genialne, w jakimś budynku przypominającym polski pawilon handlowy z lat 90-tych, całe piętro do wykorzystania dla sklepu. Fotki nie oddają całej przestrzeni. Poniżej macie kilka regałów z singlami różnych gier. Potrzebujesz – kupujesz. Prosta sprawa.

Boosterdraft co piątek, od 21:30 – czyli opcja dla typowych no-lifeów, którzy nie chodzą na imprezy ;p a poza tym comiesięczny turniej w constructed.

Jak przyszliśmy trwał właśnie turniej nie znanej mi karcianki. Pod względem znajomości innych gier jestem kompletną nogą. Jeszcze z 10 lat temu ogarniałem Doom Troopera, od którego zaczynała się moja przygoda z kartami, Rage’a na podstawie Werewolf: Apocalypse (gry RPG firmy White Wolf, w którą zresztą również grałem i prowadziłem sesje. Ach te swawolne lata nerdowskiej młodości), Kult, Star Wars, Lord of the Rings i kilka innych. Potem jednak totalnie przestałem się interesować i teraz nie mam pojęcia, co jest na topie, a co w klopie.

Poza wielką salą przystosowaną do gier, była także druga trochę większa, całkowicie pusta – widać ją na drugim planie. Prawdopodobnie wykorzystywana przy większych eventach – no raj po prostu. Ciekawe ile płacą czynszu?

Tutaj druga część sali i inny turniej. Wkręciłem się na krzywy ryj do kadru, hy hy.

Stoisko sklepowe i ogromny wybór koszulek do kart. Nic, tylko pomarzyć o takim miejscu w Polsce. Boję się, że to raczej nierealne ze względu na ceny użytkowania lokalu, media, podatki no i niestety mentalność graczy. Nie żebym sam był bez grzechu, bo jednak zawsze w Magicu byłem nastawiony na zysk, EV+, jednak jak już miałem swój sklep, to byłem mu bardzo lojalny i go wspomagałem jak mogłem – byciem dobrym i kupującym klientem, graczem oraz reklamując same miejsce i nie szukając tańszych alternatyw tak aby przyciąć 1-5 zł za turniej czy kupić booster o 50 groszy taniej od konkurencji. Niestety praktycznie wszystkie moje ulubione sklepy w Warszawie padły: Księgarnia Sophia, Elfoland, Atlantyda, Jarowit potem Strefa. Kwiatek na ich grób.

Tyle z nostalgii, znowu przykład cen japońskich boosterów:

A tutaj macie ceny singli, jak umiecie rozróżnić ceny, to skorzystajcie z bardzo uproszczonego przelicznika 100 yenów – 4 zł (dokładnie 3.97 zł na dziś). Dla przykładu Dark Confidant (5295 yen) stoi ~210 zł.

– x –

Card Shop Sakura wywarł na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. To jest taka moja mała fantazja na starość, jakbym wygrał większy turniej, albo odłożył trochę pieniędzy z pracy naukowej, to jako dodatkowe hobby chciałbym prowadzić sklep. Właśnie z masą stolików i możliwością grania w karty przez całą dobę, z dostępem do Magica Online, ale także innych popularnych gier sieciowych, Starcrafta, Lola itp. Czyli mega kawiarenka internetowa, gralnia i w ogóle raj dla nerdów.

W Japonii zresztą istnieją zajebiste kawiarenki, takie hotele mangowe. Jest tam dostęp do internetu, masa komiksów na miejscu, telewizja, łazienka, możliwość zakupu szczoteczki do zębów z pastą i bielizny na zmianę – pewnie się domyślacie czemu – bo można tam nocować i pewnie masa młodzieńców przeżywa w zamkniętych boxach chwile miłosnych uniesień ze swoimi ulubionymi bohaterkami i skazuje białko na ścięcie. Idea zabawna, ale z tego co się orientuję, jest to jedna z najtańszych opcji noclegu np. w Tokio. Zresztą bardzo możliwe, że sam z niej jutro skorzystam : )

Anyway – jakbym miał opcję wykupienia takiej hali, piętra, mega miejsca do grania, to bym się nie wahał. Tak samo z opcją przenocowania, z jakimś sklepem czy automatami z jedzeniem, możliwością wynajmu na jakieś konwenty i turnieje.

Jak Wam się podoba taka idea? : ) Pewnie cudo nie miałoby jak na siebie zarabiać i trzeba by było do niego dokładać, ale czego się nie robi dla marzeń i ideologii? Jak będę miał kasę, to będę kombinował ;]

– x –  

Wracam jeszcze na szybko do asortymentu Sakury, w trzech poniższych obrazkach i przechodzimy dalej.

Koszulki, koszulki, koszulki! Chcielibyście jakieś? Można zawsze zrobić konkurs psychatogowy i wysłać kilka do Polski : )

Dużo crapu na sztuki, nawet bardzo dużo, ale musiałbym zrobić kilka zdjęć panoramicznych. Wierzcie na słowo, że było tego sporo.

I na zamknięcie tematu jeszcze kilka singli oraz filmik. Jak klikniecie w obrazek, to dostaniecie większe zdjęcie. Brainstorm 300 yenów = 12 zł.

Na poniższym filmiku małe nagranie z mojej towarzyskiej partii z Eijim jego taliami do standardu. Nie zawiodłem – wygrałem 2-1! Przy okazji trochę widać jak wygląda teren.

 

Prerelease Return to Ravnica

To trochę trudny temat, zresztą widać na obrazku po prawej o co chodzi xD Analiza jaką zrobiliśmy z Sołtysem miała mi pomóc w ograniu formatu i w wyborze gildii. Idę na pre a tam mówią, że gildie są losowane. WTF Japanese, seriously?! Ale dużo nie powalczyłem. W końcu to dla funu i nadrobię skillem.

Turniej organizował bodajże Waku-Waku Shop, ale w wynajętej sali, w jakimś większym kompleksie. Zajmowaliśmy średnią salę lekcyjno-seminaryjną obok której panie w średnim wieku trenowały taniec hawajski, a w innej sali zbierał się jakiś komitet, pewnie osiedlowy. Dość absurdalne zestawienie.

Piecze nad turniejem sprawował jakiś człowiek nie znający totalnie angielskiego, nie będący sędzią DCI i robił wszystko dość oldschoolowo – żadnego komputera, zamiast tego klasyczne karteczki i losowanie wyników na zasadzie tasowania tych karteczek.

Tak jak pisałem na fejsie: „najgorszy polski sędzia jest o niebo lepszy niż tutejszy organizator. Nie żebym naszych jakoś bardzo krytykował, ale Boże wszechjedzący! Jak ja bardzo zaczynam doceniać polską organizację, pomysły i profesjonalizm!”.

W sumie nie ma sędziowania, ale co ciekawe, nikt się nie kłócił, nikt nie czuł potrzeby wołania sędziego, wszystko przeszło w bardzo sympatycznej i towarzyskiej atmosferze. Nie licząc tego, że widziałem jeden mecz ustawiony rzutem kostki, bo gracze nie chcieli remisu i nikt jakoś na to nie zareagował. Do dziś nie wiem czy ten turniej był sankcjonowany, mam co do tego ogromne wątpliwości.

Dla mnie jednak sympatycznie jest kiedy mogę coś wygrać no i, tu lipa nie tylko z losowaniem gildii, ale też z formułą turnieju. Zagraliśmy dwa turnieje jednego dnia z rozkładem nagród – dla wszystkich. Czyli 1 booster za wygranie rundy, graliśmy 4 rundy. Idziesz 4-0 to dostajesz 3 paczki, co przy wpisowym 2500 yenów (100 zł) jest dość słabe. No trudno, uznałem, że ten jeden pre przeboleję. Na Gatecrasha pewnie pojadę do Tokio. Tymczasem bardzo Wam zazdroszczę mega prereleasów jakie były w Polsce, po prostu niebo a ziemia!

O moich pre i zestawach wspomnę pod koniec, na razie jeszcze kilka fotek:

Na drugim plane kolega Eiji – wpadł po mnie i Rymi z samego rana samochodem, dał mi zestaw landów abym miał swoje basici, dostałem też kostki i paczkę osiemdziesięciu nowych, czarnych koszulek do kart. To się nazywa gościnność!

Wszystko organizował, mówił jak jest z jedzeniem, jak z rundami, odwiózł nas na koniec z powrotem do domu. Było mi głupio, że nie mam się jak odwdzięczyć, ale tacy są Japończycy. Bardzo mili i uczynni. Chciałem mu dać jakieś pieniądze za paliwo, ale mówił, że nie ma mowy. W Polsce jak najbardziej by przeszło, no bo kasa i w ogóle wszystko ma się opłacać a na pewno nie być na minus. Tutaj za to każdy przyjmie jakiś nawet najdrobniejszy prezent, bo to oznacza, że naprawdę jesteśmy wdzięczni. Także dałem Eijiemu herbatniki z małego rodzinnego sklepiku i jeden z boosterów, które wygrałem. Był wniebowzięty.

Trochę nie pasuję do otoczenia ciemnych, skośnych główek, ale miało to swój urok. Traktowali mnie z ciekawością, pewnie byłem dla nich małą egzotyczną małpką. Tu na zdjęciu rozmawiam z jednym z niewielu angielskojęzycznych graczy, którego poznałem wcześniej na drafcie w Concordant Crossroads.

Mtgo okazuje się najlepsza przeglądarka offline kart do Magica. Tutaj akurat używałem podglądu kolekcji z Bety MTGO. Do czegoś w końcu się przydała.

Nie było większego problemu ze składaniem talii po japońsku. Większość kart kojarzyłem z pisania analizy i wertowania spoilerów, a MTGO wspomagało mnie sporadycznie, ale dawało poczucie bezpieczeństwa : ) Dla pewności wziąłem jeszcze ze sobą tablet, gdzie zrobiłem sobie PDFa ze wszystkimi angielskimi kartami z Return to Ravnica, ale okazał się niepotrzebny.

Udało mi się nawet w przepisowym czasie złożyć dwie talie, bo miałem akurat taki zestaw. Na powyższym obrazku ukręciłem Selesnya deck oraz Rakdosa ze splashem Golgari.

Tak z innej beczki – wychodzisz z turnieju, przechodzisz do parku po drugiej stronie ulicy, a tu mała świątynia. Ot tak, aby pokontemplować między rundami, pomyśleć o sensie życia, sideboardowaniu się na konkretny archetyp.

Powyżej i poniżej dwie fotki udowadniające, że Japonki również grają w Magica. Nie wiem jak jej poszło, ale wydawała się ogarnięta w grze.

Poniżej macie mój zestaw i kartkę na wyniki gier. Wpisywało się do niej własny numer DCI, imię przeciwnika, numer jego karteczki, rezultat gry, punkty za rundę, sumaryczne punkty w turnieju..

A tutaj są moje zdobycze z obu turniejów, ogólne poza Detention Sphere nie widzę nic sprzedawalnego. Ech, mój antyfart do otwierania paczek nie ma końca.

Teraz trochę o samym pre. Zaczyna się pierwsze, idę się zapisać, płacę i dostaję kupkę kart, mam wylosować sobie land – wybieram mountain i pan organizacyjny z usmiechem podaje mi zestaw Izzeta. Poważnie – Izzeta? To gildia, której najbardziej nie chciałem dostać. Na szczęście znowu na pomoc przyszła gościnność Eijiego. Oddał mi swojego Rakdosa, którego przynajmniej akceptowałem i stwierdził, że dla niego to bez znaczenia, bo i tak gra for fun. To bardzo miłe.

W tym pre miałem właśnie gotowe dwa decki. W Rakdosowej wersji miałem Desecration Demon, Corpsejack Menace na splashu, który dawał radę z Unleashem, do tego promo Koń, Rakdos Return, nie było źle. W wersji z Selesnyą miałem Grove of the Guardian i Azor’s Elocutors, a do tego znośne commony u iuncommony, ale bez szału

Zestaw nie był jakiś mega mocny, ale dał radę ukręcić 3-1. Przegrałem tylko jeden mecz z totalnym noobem, który miał po prostu lepszego Rakdosa niż ja. Szybsze stwory, więcej removalu i guildmage, o którym mogłem sobie tylko pomarzyć. Na grę z nim rozpocząłem Rakdosem, który okazał się nie tylko być słabszy, to jeszcze rozpoczął mi przezornie z mulligana. Potem zmieniłem na Selesnya, która dla odmiany przyfloodził. Koleś robił koszmarne błędy, poprawiałem go kilka razy, tłumaczyłem mu karty, których sam nie umiałem przeczytać, a mimo to pokazał co znaczy dobry zestaw. Dla własnego zdrowia psychicznego zagraliśmy potem jeszcze 6 gier for fun. 6-0 dla mnie. Right…

W tym turnieju zagrały 54 osoby, ale jak mówiłem, ograniczyliśmy się do 4 rund. Przez ten czas dowiedziałem się, ze Anioł 5/6 jest niezłym mocarzem, Desecration Demon działa świetnie i nalezy go szybko zabijać przeciwnikowi, wspomniany Rakdos Return czyni ogromne zło i stał się jedną z moich ulubionych kart RTR, Swift Justice to super sztuczka, Explosive Impact jest bardzo mocny – głównie dlatego, ze zabija 4 na 5 prerylisówek – o tyle ważne na pre, że każdy przeciwnik miał tam swoją kartę promo. Poza tym enchanty są świetne, format drogi, wchodzą wszystkie konie i słonie na stół, ogólnie spoko się gra, mało kto grał Izzetem a Golgari dość toporne i Scavenge ssie. 

Zmieniła się moja ocena gildii:

1. Selesnya
2. Rakdos
3. Golgari + splash
3. ex equo Azorius
4. czyste Golgari
5. Izzet

Następnie zagrałem drugie pre, nie udało mi się wylosować Selesnya, za to dostałem Golgari. Tu już ciut przyjemniej, bo liczyłem na jakieś $ erki, dostałem za to Carnival Hellsteed, Deadbridge Goliath, Wild Beastmaster, Chromatic Lantern, Armada Wurm i tyle. Wyszło mi czyste Golgari, nie dało się nic lepszego skręcić. Deck był wolny, pozbawiony sztuczek, taniego removalu i ogólnie ssał, co pokazał mój wynik, bodajże 2-2. Do tego przejechała po mnie Vraska, znowu pojawił się na niebie Anioł 5/6 i było mi raczej smutno. Skull Rend mi się nawet spodobał. Początkowo uznałem, że jest za drogi, ale jednak fajnie wyrzucali mi karty na randomie i kastrowali w ten sposób moje jedyne opcja wygrania xD. Również Collective Blessing mnie nieźle zamiótł, to mega potęzna karta.

Po tym pre przestawiło  mi się – oceny gildii v2.:

1. Selesnya
2. Rakdos
3. Azorius
4. Golgari + splash
5. czyste Golgari
6. Izzet

 

Podsumowując

Magic istnieje w Japonii poza Tokio, jupi! Da się grać, ludzie są nieźle zorganizowani, jest dostęp do kart. Mam wrażenie za to, że mało osób z poznanych przeze mnie używa MTGO. Mają takie bardziej casualowe nastawienie do grania.

Można się nauczyć nieźle kart z nowego dodatku robiąc analizy albo czytając trochę spoiler. Udało mi się spamiętać większość kart po obrazkach, na pre pomyliłem się może dwa razy. Raz myślałem, że Rites of Reaping jest instantem. Jak to może być sorcery? Co za gówniana karta ;p Dla pewności zawsze można użyć jakiegoś laptopa, tabletu, telefonu czy wydrukować sobie spoiler – da radę, a przy dobrej samoorganizacji nie zabiera praktycznie czasu. Grałem o wiele szybciej niż moi przeciwnicy, którzy nie znali własnych kart i czytali je podczas gry.

-x-

To by było na razie tyle. Jutro planuję planeswalking do Tokio i mam zamiar zabrać jeszcze więcej materiału do moich rytuałów, odwiedzić jakieś sklepy magiczne ze scrollami, może kupić sobie jakąś nową księgę magiczną do constructed. Postaram się po tym dać w miarę szybko kolejną notkę o moich podróżach międzyplanarnych.

Teraz jeszcze czekam na drafty RTR na żywo w Concordant Crossroads i na MTGO, jak trochę pogram to zrobię jakiś mały manual do draftowania, bo w tym temacie warto powiedzieć więcej niż to, że najlepsze gildie to: WG, WU, RB, GB, UR albo „zapomnij o gildiach. Bierz to co jest otwarte”…

Pozdrawiam!

 


mam śmieszną głowęInne części podróży po Japonii:

Planeswalking across Japan. Part 1 – przybycie

Planeswalking across Japan. Part 3 – casual

Planeswalking across Japan. Part 4 – dodatek: Korea

Planeswalking across Japan. Part 5 – Tokyo

Planeswalking across Japan. Part 6 – instrukcja jak używać Japonii

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze