Wyprawa do Kioto na Team Limited Trios

Z mojego drugiego wypadu do Japonii wróciłem już w grudniu, ale przygnieciony pracą, przygotowaniami na Grand Prix Pragę i wieloma drobnymi zajęciami, jakoś nie miałem kiedy wziąć się za ostatniego bloga z Kraju Kwitnącej Wiśni. A szkoda, bo do opisania miałem prześwietne Grand Prix Kioto w formacie Team Limited Trios. Co ciekawe, udało nam się nawet skończyć w kasie! Akurat przyszła dobra okazja, aby wrócić do tematu, bo już w ten weekend (1-2 marca) rozgrywany jest podobny turniej teamowy w Barcelonie.

Może komuś przydadzą się moje przemyślenia z takiego specyficznego formatu Limited, a może zabawię Was po prostu historyjkami. Zapraszam do lektury : )


Opisałem kiedyś jak poznałem kolegę Eijiego. W skrócie, wyglądało to tak: szukałem miejsca do grania w Magica w okolicach mojego japońskiego mieszkania, przejrzałem Store and Event Locatora Wizardów, wysłałem po angielsku maile do najbliższych sklepów, sprzedawca w jednym z nich przyznał, że słabo zna język, ale skontaktował mnie z dwoma graczami. Jeden zaprosił mnie na cotygodniowe drafty do klubu uniwersyteckiego, a drugim był właśnie kolega Eiji, mieszkający obok naszej Tsukuby, w mieście Tsuchiura, gdzie często zabierał mnie na różne FNMy. Język angielski doszlifował studiując w Niemczech.

Poza tym Eiji, to mój najlepszy japoński kolega, z którym jeździłem również na turnieje do Tokio i czasem grałem w piłkę. Kiedy przyleciałem drugi raz do Japonii, od razu zaplanowaliśmy wyjazdy turniejowe i zaczęliśmy kombinować nad Grand Prix w Kyoto. Ponieważ formatem tego turnieju miał być Team Limited Trios w bloku Theros potrzebowaliśmy trzeciej osoby do drużyny. Początkowo Eiji miał zaprosić swojego kolegę z Bhutanu, ale ostatecznie zastąpił go niesamowicie sympatyczny Watanabe – lokalny gracz, bez wielkiego doświadczenia turniejowego, za to z ogromnym sercem do gry.

Tydzień przed turniejem spotkaliśmy się, aby wszystko omówić i trochę ogarnąć o co chodzi w takim turnieju. Zrobiliśmy mały plan zwiedzania, ustaliliśmy, że jedziemy z Eijim w czwartek kolejką do Tokio, potem wsiadamy w nocnego busa i spotykamy się w piątek rano w Kioto z Watanabe. Akurat kolega sporo zarabia, więc mógł pozwolić sobie na przejazd szybką koleją – Shinkansenem. My woleliśmy oszczędzić, a mnie do tego jarało poznawanie kraju z okna autokaru. Poza ceną podróży jest także różnica w czasie przejazdów. Shinkansen śmiga w jakieś 2-3 godziny, a my mieliśmy się tłuc po nocy przez dziesięć godzin. Ale co to dla magicowych turystów?

Na nasze organizacyjne spotkanie załatwiłem 12 boosterów Therosa, dokładnie tyle ile dostaje drużyna na złożenie trzech talii. Struktura turnieju jest taka, że każdy gra swoją talią i co najmniej dwóch graczy z teamu musi wygrać swoje mecze. Na spisanie poola jest 20 minut, na budowę talii i ich spisanie jest godzina. Rozgrywane jest 9 rund, a drużyny z wynikiem 7-2 lub lepszym, wchodzą do drugiego dnia. Potem najlepsze cztery z nich rozgrywają Team Booster Drafta.

Włączyliśmy zegar, otworzyliśmy paczki i zaczęliśmy omawiać swoje pomysły i obserwacje. Zostałem jednogłośnie wyznaczony do budowania talii, koledzy rozdzielali karty na kolory, a ja kombinowałem, co można z tego złożyć. Pobudowaliśmy różne konstrukcje i pograliśmy do północy. O szczegółach naszego testingu piszę niżej, w rozdziale Team Limited Trios: Theros, aby nie mieszać wszystkiego ze sobą.

Aha, jeszcze na rozgrzewkę polecam anime, które mnie rozczuliło i prawie na raz obejrzałem wszystkie odcinki:

Jest tu duuużo Japonii, zwyczajów i takiej codzienności, którą lubię. Głównie bohaterki nawet wybrały się na wycieczkę krajoznawczą i trafiły między innymi do Kioto. Naprawdę przyjemna bajka, co prawda ozdobiona wieloma soft erotycznymi (ale nie pornograficznymi) wątkami, jednak nie jest to nic wyjątkowego jak na tutejsze produkcje. Link dałem akurat do wersji z niemieckimi napisami, bo anglojęzyczne zniknęły z Youtube’a. Jak ktoś chętny i zdeterminowany, to znajdzie sobie angielskie napisy. Uważam, że warto.

 

Wycieczka do Kioto

Przez chwilę nasz wyjazd stał pod znakiem zapytania, bo Eiji nabawił się jakiejś niezidentyfikowanej dolegliwości w nodze. Bolała go, spuchła i ledwo chodził. Lekarz nic ciekawego nie znalazł, wstępne badania nic nie pokazały, więc jako lekarstwo dostał pastylki przeciwbólowe i kule. Jednak Japończycy to twarda nacja i zawsze z podniesionym czołem walczą z przeciwnościami, co zresztą cechuje prawie wszystkie postacie z anime i mangi.

Przystanek – Saito Shop „Hareruya” w Tokio

Tydzień później, spakowani, z naszymi magicowymi skarbami, ruszyliśmy w drogę. Ze względu na stan nogi Eijiego, przemieszczaliśmy się tempem spacerowym, nie robiło to na szczęście większego problemu. Zresztą szybko okazało się, że polska aspiryna jest bardzo pomocna na tę dolegliwość (japońskie leki mają to do siebie, że są dość słabe).

Do stolicy Japonii przyjechaliśmy trochę wcześniej, chciałem odwiedzić nowy Tournament Center, odświeżony i powiększony sklep prosa Tomoharu Saito. Oficjalnie nazywa się „Hareruya” (po polsku Halleluja). Bardzo podobnie swój sklep nazwał w tym mieście inny pros – Katuhiro Mori, ale ze względu na moje złe doświadczenia Pro Tourowe, nie pałam do człowieka sympatią. To drugie miejsce to „Kareruya”. Oczywiście w samym Tokio jest masa innych sklepików, miejsc do grania, ale nie było sensu wszystkich odwiedzać.

1 Hareruya

1 saito san

Miejsce  jest na ponad 100 graczy, w którym na miejscu można kupić praktycznie każdą kartę, a turnieje odpalają się kilka razy dziennie. Na środku sali mamy podest z feature match area, na żywo wyświetlający sytuację na stole. Do tego kilka automatów z napojami i szybkimi przekąskami. Po prostu raj dla gracza.

Kupiliśmy jakieś protektory, brakujące karty do constructed, wylosowaliśmy trochę crapów w lokalnej loterii magicowej i koło dwudziestej udaliśmy się w stronę autokaru. Przystanek był mały, miał jakiś sklepik, trochę automatów, toaletę. Niby nic nadzwyczajnego, ale od dziecka podniecam się podróżami lądowymi po kraju i większość z nich spędzałem z nosem przyklejonym do szyby. Jakie było moje zdziwienie, jak okazało się, że nocne autobusy mają zasłonięte wszelkie szparki, by każdy mógł spokojnie spać. Również moje plany czytania artykułów naukowych spełzły na niczym.

Ciekawe za to były przystanki. Stawaliśmy co dwie godziny na postojach, które przypominały małe hipermarkety, z działającymi barami 24h/dobę. Wszystko w świetnym stanie, czyste toalety, niskie ceny, świeże jedzenie. Przyjemna sprawa.

Ekspresowe rajd po świątyniach

Kioto (京都市 Kyōto-shi, dosł. Kyōto=stolica, shi=miasto) to miasto w zachodniej części wyspy Honsiu, stolica prefektury Kioto. Niegdyś, jak sama jego nazwa wskazuje, było stolicą kraju i siedzibą cesarza. Podczas II Wojny Światowej, Stany Zjednoczone planowały zrzucić na miasto bombę, jednak finalnie zmieniły listę celów. Ach, ci łaskawi Amerykanie…

3 Kyoto GP 260

Na imponujący dworzec (z aulą 60 metrowej wysokości) przybyliśmy około szóstej rano i po kwadransie spotkaliśmy się z Watanabe na śniadaniu w pobliskiej knajpie. Po jedzeniu mieliśmy jakieś 5-6 godzin na zwiedzanie. Wybraliśmy dwie najbliższe świątynie i po jakichś 20 minutach, z pomocą kolejki, byliśmy już u stóp jednej z nich.

Szintoistyczna świątynia Fushimi Inari-Taisha

Ludzie modlą się w tej świątyni o sukces w interesach i szczęście. Kolega Watanabe nawet kupił mi tam charm na szczęście. Na wzgórzu Inari, zaraz za główną świątynią, znajduje się tzw. 10000 Bram Tori, ufundowanych przez wiernych. Są ustawione tak blisko siebie, że tworzą czterokilometrową drogę na szczyt wzgórza. Trasa ta nazywa się Oyama Tour (Oyama-meguri).

Świątyni Daigo-ji

Następnie przetransportowaliśmy się autobusem do świątyni Daigo-ji, na terenie której stoi 38-metrowa pagoda, najstarsza budowla w Kioto. Można do niej wejść tylko przez pięć dni w roku i najwyraźniej zakupiony wcześniej fartowny charm zadziałał, bo stała dla nas otworem.

Poza tym teren słynie z drzew wiśniowych, które pięknie kwitną na wiosnę, z wielkiego świętego drzewa (jakiego gatunku nie pamiętam i nie mam go również na zdjęciach) oraz kompleksu budowli świątynnych, które powstały w okolicach XVI wieku.

Przy okazji drzew, taka mała anegdotka. W Polsce można zakupić różne farmakologiczne specyfiki z Miłorzębu Japońskiego, tzw. Ginko Tree. Wyciąg z jego liści pomaga, ogólnie mówiąc, na mózg – otępienia, problemy z pamięcią, koncentrację itp. Okazało się, że miejscowi nie mają o tym pojęcia i lubią swoje drzewo za charakterystyczne żółte listki.

Niestety nie opowiem żadnych innych anegdotek ze zwiedzanych miejsc, ani samego Kioto, bo po pierwsze na wyprawę turystyczną słabo się przygotowałem i zawsze takie cuda wynajduje Rymi, której tym razem ze mną nie było : ( A szkoda, bo Rymi wie wszystko o miejscach, do których jedziemy, wie iloma litrami farby pomalowano Tokyo Tower, w którym roku panowali Szoguni, jaka jest geneza powstania każdego symbolu reklamowego jaki napotykamy. Po drugie, mam słabą pamięć i zapomniałem prawie wszystko co mi Eiji i Watanabe opowiadali.

Team „Long Way Walkers”!

Po tych kilku godzinach spacerów, w połączeniu ze zdrowotnym problemem Eijiego, dość szybko wymyśliliśmy nazwę Teamu. Tydzień wcześniej chłopaki uznali, że będziemy Ober Team, albo Ober and Friends, ale było to tak bardzo napuszone i megalomańskie, że nie mogłem się zgodzić xDDD Tym razem, już jednogłośnie padło na Long Way Walkers i miało to też nawiązywać do długiej drogi podczas tego GP. Kto wie, może to także przyczyniło się do naszego niezłego wyniku?

Tak powstał „Long Way Walkers”, czyli długodystansowcy w składzie: Eiji Matsuzaki, Yoshiaki Watanabe i Przemysław Oberbek.

6 Kyoto GP 228

 

Grand Prix – Team Limited Trios: Theros

Najważniejsze nasze spostrzeżenie dotyczyło kart dwukolorowych. Poza oczywistymi rarami i mythicami, są one najmocniejszymi w bloku Therosa. Monokarty można wcisnąć bez problemu do decków, jak np. mamy Boon Satyra, trochę czerwonych spaleń, to prosto można złożyć RG aggro. W ogóle Theros obfituje w grywalne karty. Nietrudno złożyć deck w jakich tam chcemy kombinacjach kolorystycznych, trudniej za to wyciągnąć najlepsze value z kart. W Therosie i obecnie w połączonym THS i BNG mamy multikolory + karty fixujące manę oraz Devotion. To są główne talie, na których się skupiałem. Dalej można je dzielić na aggro heroic, tradycyjne aggro (głównie RG), midrange (UB), czyste devotion białe, czarne albo ich kombinacja czy też czerwone lub zielone devotion. Wyszło nam, że czarny devotion, nawet z 12 boosterów, wcale nie jest mocarny, tylko dość wolny i wymagający odpowiedniej kolejności dochodzenia kart. Heroic był mega mocny i szybki, do 3-5 heroic stworów i double strike’ów dostawaliśmy jakieś 10 kart, które je pompuje. Trzeci, to był midrange, taki trochę cięższy napór, coś z droższymi removalami, jakaś Gx rampa itp.

Po podziale kart na kolory odkładaliśmy na oddzielne kupki multikolorowe karty i szukaliśmy dla nich odpowiednich kombinacji, tak aby jak najwięcej z nich zmieścić do talii. One były dla nas kluczem przy wyborze kombinacji kolorystycznych. Podwójne landy nie miały tu znaczenia i jeśli, dajmy na to talia czarno-biała nie miała zbyt wielu podwójnych kosztów, to Temple of Silence w tych kolorach leciał do innej talii, która miała biały lub czarny kolor, tak by wyciągać dodatkowe value z samego scry’a.

Co do heroicowego paliwa: prawie zawsze kierowałem się skalą, w której tanie stwory z Bestow były najwyżej, po nich czary pompujące i dające kartę, następnie drogie stwory z Bestow, potem pompki ze scry, potem aury „Ordeale” (gdzie zielony, czarny i biały nie zawsze nawet trafiały do talii), a na końcu jakieś aury dające po prostu bonus (jak zielone dopakowanie na flashu, które uznawałem za przydatne tylko przy potrzebie zielonego devotion).

Watanabe chciał talie głównie czerwono-czarne, albo kombinacje niebieskiego lub zielonego z nimi, acz zazwyczaj pilotował kolory Rakdosa. Eiji lubił zieleń i kontrolne decki, a ja łapałem ultra aggro heroic decki, głównie RW i UW na 15 albo 16 landach.

Piątek

Po zwiedzaniu przyjechaliśmy na sajt, aby się zarejestrować i zagrać 4-rundowy side event w Team Limited Trios: Theros, który posłużył jako kolejny etap przygotowań. Nie pamiętam, jakie karty trafiliśmy, ale przez cały turniej nie trafiliśmy żadnego drogiego Mythica. W ogóle mythiciem była chyba tylko Nylea i Ashen Rider. To dość jałowo jak na 36 otworzonych boosterów Thinking Talie nie były za to złe, ładnie nam grały, mieliśmy sporo fajnych commonów i w efekcie ukręciliśmy bardzo solidne 4-0, za co dostaliśmy ponad 20 paczek nagrody.

Miałem jedno ciekawe spostrzeżenie podczas tych gier – zazwyczaj gracz A dostawał szybki heroic deck. Nie wiem czemu tak wychodziło albo gdzie można było przeczytać taką poradę. Na pewno na gracza B dawano najlepszego zawodnika z teamu, aby mógł łatwo podpowiadać kolegom po prawej i lewej (układ teamu przy stole, to oczywiście A-B-C, każdy z teamu może podpowiadać, jeśli zostanie o to poproszony przez gracza, ale najłatwiej jest zgłaszać się do tego w środku). Gracz B dostawał przez to zazwyczaj najsłabszą talię lub wymagającą najwięcej kombinowania – tu powinien trafiać deck kontrolny. Na skrzydło A i C pozostawał midrange i heroic. Wykminiłem, że na heroica dobrze jest przeciwstawiać talię, która ma bounce, ponieważ nie przeciwdziała mu dopakowywanie i taki już mocno obudowany bohater dużo traci.

Drugie, co wynieśliśmy z tego dnia – na styk wyrabialiśmy się ze spisaniem talii, tak że na następne dni szykowaliśmy już wcześniej po 15 takich samych basic landów i dwóch zajmowało się spisywaniem, a trzeci zaczynał kombinować z układem talii.

Nie zagraliśmy żadnego triala, bo było to pierwsze Grand Prix Teamowe bez bajów. Następnego dnia mieliśmy więc do zagrania 9 rund. Szybko po tym side evencie zebraliśmy się szukać noclegu.

Noclegi w Kioto

Nie mieliśmy pewności co do każdego noclegu w weekend. W piątek mieliśmy zabookowany hostel na obrzeżach Kioto. Ładne i spokojne miejsce, z jakąś sauną, darmowym WIFI, sporą kuchnią i przyjazną obsługą.

Na noc z soboty na niedzielę nie było tam miejsca, więc kombinowaliśmy trochę i wylądowaliśmy w kafejce mangowej, zaraz obok sajtu. Super sprawa, bo wyszło nam tanio, powiedzmy, że wygodnie (spanie na fotelach lotniczych i niestety, w tej kafejce, bez pryszniców, więc braliśmy prysznic w umywalce z pomocą podróżniczych, wilgotnych chusteczek). Jest to jednak miejsce przystosowane do pracy, grindowania wszystkiego w grach internetowych czy imprezowania przy karaoke w gronie znajomych. Mi pasowało, że wszystko mam pod ręką. Zasiadłem w mojej kabinie 1,5m x 2,5m, przepakowałem się, sprawdziłem wyniki z GP, wrzuciłem coś na fejsa, zamówiłem żarcie nie ruszając tyłka, dostałem po chwili syty ryż z wołowiną i surowym jajkiem do wymaglowania w środku (taki patent, o którym już pewnie pisałem – ciepła miska z żarciem, gdzie jajko się dość szybko ścina, dziwne, że na to nie wpadłem wcześniej w Polsce), za darmo nieograniczone napoje: soki, kawa, herbata, czekolady, różne gazowane cole, sprajty itp.

5 Kyoto GP 196

mój boks w kafejce mangowej

 

4 Kyoto GP 198

i kolejna świątynia, tym razem po drodze z kafejki mangowej na sajt

 

Trzecią noc na szczęście znowu zaliczyliśmy w hostelu, gdzie mogliśmy już na spokojnie się wyspać, wykąpać i najeść.

Sobota

Zaczął się main event, na którym grało 578 Teamów, co daje 1734 graczy. Relację Wizardów można oprzeczytać tutaj.

spisaliśmy poola, zrobiliśmy swapa i dostaliśmy jakiś taki nijaki zestaw. Ledwo wyrobiliśmy się ze spisem, sędzia stał nade mną i wyrywał mi kartkę, jak kończyłem spisywać landy. Tego dnia też wyszły zabawne nieporozumienia i problemy z komunikacją. Po jakiejś trzeciej rundzie okazało się, że źle siedzimy, bo Watanabe jakoś nieuważnie wpisał mnie na pozycję A. Potem na B siedział Eiji i sam Watanabe zajmował miejsce C. To trochę utrudniało podpowiadanki i zepsuło strategię „anty-heroic-na-miejscach-A-przeciwników” Smile

Jakoś tak na styk jednak udawało nam się wygrywać. Tu Watanabe przegrał, to wygrałem ja i Eji, potem ja coś schrzaniłem, to chłopaki nadrobili. No i dzikim fartem zrobiliśmy 7-2. Przegraliśmy w 2 i 4 rundzie, reszta do przodu.

7 Kyoto GP 194

Nasi przeciwnicy z 4 rundy. Zaintrygowany ich tradycyjnym strojem, zapytałem czy mogę zrobić zdjęcie. Od razu zaczęli pozować Grin

Nie znałem jeszcze wszystkich kart w wersji japońskiej i udało mi się np. pomylić jakieś sorcery z instantem, nie zabić stwora w odpowiedzi itd. W związku z tym starałem się mieć cały czas otwartym tablet na angielskim spoilerze Therosa. Ktoś tam się raz doczepił, że korzystam z zewnętrznej pomocy, ale sędziowie zrozumieli i nie robili z tego problemu.

Niedziela

Do dnia drugiego GP wchodziły 43 teamy, z czego 36 kończyło w kasie. To całkiem niezły przelicznik i duża szansa na pieniądze. Nie zdarza się tak często, ale mimo, że zagrało ponad 1700 graczy, to Teamów jednak było te 578, czyli tak jakby zagrało tylu graczy na zwykłym GP. Przy 9 rundach bardzo mało z nich wchodziłoby do drugiego dnia.

Byliśmy gdzieś pod koniec standingów, do tego trafiliśmy bardzo słaby zestaw. W slocie erek sporo landów i crapu. Ja grałem UW latające aggro, ale takie trochę bez gamebreakerów. Eiji dostał mono green devotion z Arbor Colossus i Nykthos, Shrine to Nyx, a Watanabe grał RB Devotion, który z wersji ciężkiej i drogiej w grze pierwszej, transformował się w ultra szybki RB napór. Zestaw nie był dramatyczny, ale był na pewno słabszy od sobotniego. Drugi dzień zaczęliśmy od wtopy, następnie dwie wygrane i znowu wtopa. Przed ostatnią dla nas rundą, czyli 14, nasze szanse na kasę były niepewne. Spodziewałem się, że po przegranej raczej wypadniemy z nagród.

Tak czy inaczej, siadamy na luzie do ostatniej rundy, a tu przed nami, faworyzowany przez ekipę relacjonującą, Team w składzie: Shuhei Nakamura, Martin Juza, Yuuya Watanabe. Pytam ich:

– panowie, co się stało? Całkiem nieźle szliście po pierwszym dniu.
– aaa, coś nie poszło, lol : )

No rzeczywiście nie poszło, bo mieli nawet mniej punktów niż my, zamiast jednej naszej wygranej, oni mieli remis. Fajnie sobie pograliśmy, ja dostałem ichniego Watanabe za przeciwnika, raz go nieźle wyczułem ze Stymied Hopes, bo wiem, że prosi lubią po sideboardzie dokładać jakieś kontry jak mają je w sideboardzie (potem mówił swoim ziomkom po grze, że to jednak słaba karta, bo w ogóle nie działa ^^). Finalnie jednak upokorzyli nas 3-0 i skończyli na 21 miejscu, dostając po 300$ na głowę. Prawdopodobnie, wygrywając z nimi skoczylibyśmy ciut wyżej, a przy Top 16  nawet złapalibyśmy Pro Pointa.

Kończy się faza swiss, ze zwieszonymi głowami idziemy obczaić standingi, a to psikus, zajęliśmy 36 miejsce, ostatnie w kasie. 250$ na głowę! Dla chłopaków sama gra z prosami, o których tylko czytali w relacjach była fajna, do tego nigdy nie zrobili Day 2 na Grand Prix, a jeszcze kasa do tego? No same zalety. I przyznam, że sam cieszyłem się dokładnie z tego samego, bo z prosami gra się fajnie, pierwszy raz miałem Day 2 na Teamowym Evencie i kasa zawsze zwraca wycieczkę. Potem, jak gadałem z Eijim, przyznał, że taki turniej bardzo mu się przydał. Jak wcześniej grał jakiekolwiek drafty, to kończył 0-3 i uważał, że limited jest głupie, nieciekawe i w ogóle nie lubił go. Po GP zaczął robić wyniki 2-1 i 3-0 w draftach, co oczywiście zmieniło też jego podejście do formatu.

Ogromnie cieszyłem się naszym wynikiem, mimo że mogło pójść lepiej; przez nieporozumienie mieliśmy niewygodny układ graczy na miejscach ABC, czasem się nie zrozumieliśmy podczas konsultacji (angielski moich kolegów nie był najlepszy, nie mówiąc już o moim japońskim) i ktoś z nas zagrywał dziwnie czary lub źle blokował, a koledzy przy tym nie mieli jakiegoś ogromnego doświadczenia turniejowego i w samego magica grali niecały rok, co rzutowało na ich indywidualne wyniki. Oczywiście przy dobrze zgranym teamie władającym nieźle jednym językiem, grałoby się o wiele łatwiej.

 

Poniedziałek

Pozostało nam wrócić do domu.  Na szczęście w drodze powrotnej, jechaliśmy już za dnia, więc mogłem podziwiać widoki przez szybę busa. Trafiliśmy na lekko deszczową pogodę, która dodała uroku, zwłaszcza jak mijaliśmy teren górzysty. Wszędzie zalegała mgła, z której wystawały tylko zalesione wierzchołki. Cudowny widok.

Nie obyło się bez małego faux pax – jak tylko wbiegłem do autokaru, to poleciałem na sam koniec, gdzie było pusto. Tyle miejsca, tylko dla mnie, ho ho ho! Nie zwracałem oczywiście uwagi na krzywe spojrzenia współpasażerów, dopóki nie przyszedł zdenerwowany Eiji. Nakrzyczał na mnie, kazał iść na przód busa i oznajmił, że to są miejsca wydzielone tylko dla kobiet, jeśli jakieś nie życzą sobie towarzystwa mężczyzn. W sumie fajny pomysł. Często jeżdżę Polskim Busem i tam często na początku trasy powtarza się scenka: wszyscy wsiadają, jedna czy dwie dziewczyny zajmują samotne miejsca, już mają się zamknąć drzwi, jak wpada spocony, gruby student i siada przy zniesmaczonej niewieście. Jak się jedzie samemu to zawsze jest ta zabawna loteria: kogo dziś trafię, czym będzie pachnieć, ile rodzajów kiełbasy będzie mieć w kanapkach, jakie życiowe historie opowie przez trzy godziny swojej ciotce/ziomalowi/psiapsiółce/partnerowi byznesowemu/kotu?

Tu przynajmniej kobiety mają szansę uciec : )

 

Pożegnanie z Japonią

Niestety w połowie grudnia mój wyjazd się zakończył i musiałem powiedzieć ‚do widzenia’ Tsukubie. Zapakowałem tysiące drobiazgów zakupionych w sklepach stujenowych, zabrałem wypimpowany japoński deck do Magica i tym razem nie zapomniałem zabrać ze sobą laptopa. Nie jest to bardzo częste, ale widoczna była tego dnia Góra Fuji. To miłe, że przyszła się pożegnać.

8 POZEGNANIE Z JAPONIĄ

Na koniec taki mały bonusik, związany z grami i z Japonią. W sam raz dla nerdów : )

Pozdrawiam,

– Ober


Inne części podróży po Japonii:

Ober at Tsuchiura, Arena Mtg ShopPlaneswalking across Japan. Part 1 – przybycie

Planeswalking across Japan. Part 2 – magical!

Planeswalking across Japan. Part 3 – casual

Planeswalking across Japan. Part 4 – dodatek: Korea

Planeswalking across Japan. Part 5 – Tokyo

Planeswalking across Japan. Part 6 – instrukcja jak używać Japonię

Planeswalking across Japan. Part 7 – Ober returns to Japonica

Planeswalking across Japan. Part 8 – odwyk vs GP Kioto

 

Print Friendly, PDF & Email

Komentarze